Filmy noir
#41
(21-07-2011, 23:44)Bucho napisał(a): Na koniec tylko dodam, ze Nolan srednio wytworzyl atmosfere wszechogarniajacego zla i moralnej niejednoznacznosci - kto niby, Batman?

Zgadzam się, że Batman jest najbardziej moralnie jednoznaczny - koniec końców nie łamie swoich zasad i takie tam, ale u niego powiązanie z bohaterem noir jest trochę inne. Batman w sumie walczy ale ostatecznie przegrywa, nie ma happy endu, dobro nie wygrywa. Tak naprawdę Batman jest największym przegranym, mimo, że jako jedyny nie daje się sprokowac Jokerowi, musi wziaśc (Każdy błąd zrozumiem. Ale "WZIĄŚĆ"?!) winę na siebie i funkcjonowac jako przestępca. Chodzi mi tu o logikę świata na opak, w którym chocby nie wiem co dobro nie ma racji bytu.

Cytat:Czy moze murzyni na barce, ktorzy mimo, ze sa mordercami, gwalcicielami, odwalaja takie slodo-niedorzeczne akcje, ze glowa boli.
Można to i tak rozumiec. Jak dla mnie to by się wiązało z logiką świata odwróconego i z tym o czym pisałam o Batmanie, który stojąc poza prawem jest "jedynym sprawiedliwym" - "normalni", teoretycznie uczciwi ludzie nie potrafią zrobic tego, co robi murzyn na barce. Czyli to znów ci źli ludzie, wyjęci poza nawias prawa, czynią słuszną rzecz, czyli doprowadzają tak naprawdę do sytuacji, w której nikt nie ginie. To mimo wszystko jest trochę pesymistyczna wizja świata.

Do tego dorzuciłabym jeszcze kreację postaci Jokera - przedstawia dwie różne wersje tego, jak dorobił się swoich blizn na twarzy. Jedna - ojciec pijak, druga wersja - żona. U Burtona Joker wpada do beczki z kwasem, później operuje go jakiś pseudolekarz, a wszystko to jest dziełem przypadku/przeznaczenia (wedle interpretacji). U Nolana szaleństwo Jokera jest spowodowana traumami po kontaktach z innymi ludźmi - przypomina się od razu "Piekło to inni ludzie", Sartre, egzystencjalizm...
This whole world's wild at heart and weird on top.

Odpowiedz
#42
(22-07-2011, 13:08)Danae napisał(a): Tak naprawdę Batman jest największym przegranym, mimo, że jako jedyny nie daje się sprokowac Jokerowi, musi wziaśc (Każdy błąd zrozumiem. Ale "WZIĄŚĆ"?!)
Uuu racja. Dzięki za poprawkę.
This whole world's wild at heart and weird on top.

Odpowiedz
#43
Odkopuje temat, żeby poinformować, że dzisiaj o 20:00 w Kinotece seans "Sokoła Maltańskiego" z 1941 r. w ramach stulecia Warner Bros.

Odpowiedz
#44
Też będzie disclaimer? :)
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
#45
Nie było, bo nie występował żaden murzyn :P

Ogólne wrażenia z seansu całkiem spoko. Bogart rządzi na planie, a reszta obsady tylko nieznacznie mu ustępuje. Biorąc pod uwagę czas i zasoby przeznaczone na produkcję widać, ze wycisnęli z tego maks co się dało. Akcja zasadniczo opiera się na dialogach, brak jest jakichś bardziej sensacyjnych elementów a wątek miłosny jest dodany nieco z czapy. Niemniej Sam to dobra postać, nie jest czysty, ale też nie jest tak brudny jak chcieliby niektórzy (co mści się na nich w ostatnim akcie).

Bogart w każdym niemal ujęciu ma fajkę - nawet gdy bije Joela Cairo (Peter Lorre) nie wypuszcza peta z ust.

[Obrazek: Peter_Lorre_and_Humphrey_Bogart_The_Malt..._Still.jpg]

 Szacuneczek jednak dla twórców za brak lokowania produktu - Sam każdego papierosa zwija samemu, a nie wyjmuje z paczki.

Odpowiedz
#46
(11-05-2023, 08:08)Scheckley napisał(a): Bogart w każdym niemal ujęciu ma fajkę - nawet gdy bije Joela Cairo (Peter Lorre) nie wypuszcza peta z ust.
O, to powinien jednak być disclaimer, bo daje zły przykład młodzieży i ta pod wpływem filmu będzie hodował raka płuc.

Odpowiedz
#47
No, ale jednak dym z fajek jest ważny ze względów dramaturgicznych sceny:


Odpowiedz
#48
OGPUEE se zrobił Spooktober, który zginie w czeluściach krótkiej piłki, to ja postanowiłem, że w tym roku odhaczę noirvember, bo kiedyś te wszystkie boxy trzeba obejrzeć w końcu. Przy okazji uwzględniam kilka tytułów już wcześniej obejrzanych, bo w sumie cały ten temat jest dość biedny. To jedziem do Milanówka:

Dead Reckoning - solidny powojenny Bogie, który robi dokładnie to, za co go pamiętamy. Niezła fabuła tocząca się wokół weteranów wojennych. Dobra, nieopatrzona obsada i w ogóle większość elementów składowych tu klika. Dobre, oldskulowe kino, choć bez większych wodotrysków.
7/10

Knock on Any Door - Lęk pierwotny swoich czasów. Prokurator broni młokosa, który wygląda i zachowuje się w sposób zupełnie nieprzystający do zarzucanej mu zbrodni. John Derek dobry, choć niekoniecznie był to najlepszy wybór do tej roli. Twist nie zaskakuje, ale jest dobrze poprowadzony. Generalnie to kolejna solidna pozycja, choć w dół ciągnie ją zbędne moralizatorstwo i końcówka, w którą zwyczajnie trudno uwierzyć.
6/10

Tokyo Joe - Bogart ponownie w roli wojennego weterana, który tym razem wraca do Japonii pilnować dawnego biznesu. Cóż... już pierwsze sceny, w których zdecydowanie za stary Bogie z pomocą ewidentnie widocznych kaskaderów robi za mistrza judo pokazują, jak kuriozalny jest to projekt. Jasne, ogląda się to nieźle, a elementy orientalne stanowią jakąś odskocznię od "czarnej" rutyny. Ale poszczególne elementy nie lepią się w logiczną, spójną całość. Element romansowy także nie jest na miarę drugiej Casablanki. Przeciętność, choć krótka.
5/10

Sirocco - A skoro o wilku mowa, to tutaj zdecydowanie bliżej do klasyka Curtiza, choć głównie za sprawą miejsca akcji. Zabrakło jednak siły oddziaływania, tych samych emocji i chemii między aktorami. Końcówka przekombinowana i głupia, a intryga zdecydowanie za długa, choć ma momenty, które można pochwalić. Ogółem jednak średniak.
5/10

The Family Secret - Ponownie John Derek, tym razem sparowany z Lee J. Cobbem, który musi zdecydować, co zrobić, gdy jego modelowy synalek popełnia przypadkowe morderstwo. Podobnie jak w przypadku Knock... trochę za dużo tu moralizatorstwa, nawet jeśli tym razem bardziej dopasowanego do materiału. Oczywiście ówczesna moralność, a ta dzisiejsza, to dwie różne rzeczy, więc trudno, żeby film robił większe wrażenie. Dziś byle paradokumenty z Polsatu mają więcej mięsa. Niemniej ogląda się dobrze, a dylematy stojące u podstaw pozostają jak najbardziej aktualne, co widać bardzo dobrze za oknem. Inna sprawa, że to bardziej dramat niż noir.
6/10

The Harder They Fall - Bardzo dobra rzecz, tym razem osadzona w środowisku bokserskim (w jednej z ról mamy tu zresztą całkiem dobrego aktorsko Maxa Baera). Całość przywodzi na myśl późniejsze Fat City, choć o ile tam mieliśmy niespełnione marzenia i stracone ambicje ginące pośród morza przeciętności i szarego życia, tak tu mamy wyzysk pięściarzy, którzy poza ringiem nic nie znaczą. Chyba jedna z lepszych ról Bogarta w ogóle. Polecam.
8/10

The Dark Mirror - Ciekawa rzecz ze świetną de Havilland w podwójnej roli. W ogóle cała obsada jest tip-top. Zaskakująco dobre efekty specjalne, po raz kolejny potwierdzające, że najprostsze sposoby są czasami najlepsze. Przy czym jest parę wpadek technicznych w paru miejscach, czego można było uniknąć (ale nie będę psuł seansu). Ogółem dobre kino, któremu zabrakło odrobiny mięska oraz zdecydowania, w którą stronę chce iść, bo w pewnym momencie stoi w rozkroku, przez co finał nie do końca satysfakcjonuje. Z drugiej strony pod względem psychologicznym film wyraźnie wyprzedził swoje czasy. Zresztą to taki materiał, że nawet chętnie obejrzałbym remake (już pomijając, że powstał jeden dla TV, z Jayne Seymour, a i De Palma zrobił coś podobnego, choć zupełnie inaczej). Tak czy inaczej warto.
7/10

Secret Beyond the Door... - Fritz Lang wielkim reżyserem był, ale niektóre jego tytuły są zwyczajnie słabe. W danym gatunku rozczarowujące był już dla mnie remake Human Desire i Ministerstwo strachu (choć oba są, mimo wszystko, solidne), a i obejrzana niedawno Zmęczona śmierć nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Drzwiowa tajemnica to jednak prawdziwe kuriozum, bo ani zawiązanie akcji, ani jej rozwinięcie, ani tym bardziej zakończenie nie są w żaden sposób wiarygodne. Ponownie studium psychologii gra tu ważną rolę, ale wiwisekcja kompletnie nie przekonuje, a finał jest wręcz bliski parodii Brooksa. Relacje i casting też robione na ślinę. Pozostaje więc kilka pocztówkowych momentów i te kilka robiących wrażenie scen, jak meksykański pojedynek na początku. Ale tak to kiepsko.
4/10

The Big Combo - Tytuł w sumie nieadekwatny do fabuły, ale czasem trzeba jakoś gawiedź do wizyty w kinie zachęcić. I w sumie lepsze to, niż początkowo planowane The Hoodlum. Fabuła to taki złoty standard gatunku - dobry detektyw, zły, ale nieuchwytny gangster-celebryta i dziewczyna, która ma być jego piętą achillesową. Widziane setki razy, a jednak i tu działające bez zarzutu. Swoje robi Richard Conte w roli gentlemana-sadysty (scena przesłuchania z jego udziałem jest kapitalna i pomysłowa). W ogóle zresztą cała obsada jest świetna, z wciąż jeszcze relatywnie nieznanym Lee Van Cleefem jako taką wisienką na torcie. W sumie przyczepić można się jedynie do finału, który jest pośpieszony i trochę niezdarny, no i w ogóle zresztą całość mogła by być spokojnie dłuższa te 10 minut. Ale polecić można - zwłaszcza fanom Serenity ;)
7/10
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
#49

James Rolfe (Angry Video Game Nerd) w ramach Noirvember zrobił fajny materiał o kinie noir, ogólnie to bardzo lubię jak opowiada o filmach.

Mój ulubiony noir to Sokół Maltański, który według Jamesa właściwie zaczyna noirową erę, a w przypadku neo-noirów to ulubiona trójka to pierwszy sezon Detektywa, Rozmowa Coppoli i Chinatown - co ciekawe ten ostatni miał sequel nakręcony przez Nicholsona, muszę w końcu obadać a Kto wrobił Królika Rogera używa subplotu z niezrealizowanego scenariusza do trzeciego filmu z serii o Jaku Gittesie (The Cloverleaf streetcar subplot), więc w jakiejś formie istnieje trylogia Chinatown :)

Cytat:According to PopMatters, "Chinatown 3" was written to be set twenty years after the events of the second movie, dealing with Jake's divorce, the suburban expansion of LA, and the destruction of Los Angeles’s public railway system. Robert Towne touches on the story in The Hollywood Interview, "No, I don’t know where the title Cloverleaf came from. It was actually supposed to be Gittes vs. Gittes, took place in 1968, and was about the era when no-fault divorce became legal in California".

BTW Eddie Valiant grany przez Hoskinsa to właściwie esencja detektywa z noirowych filmów

Odpowiedz
#50
Force of Evil - OK noir. Trochę nietypowy (lub mniej typowy), bo zamiast gangsterów i gliniarzy mamy prawników, księgowych, bukmacherów i wszystkich tych pomniejszych ludzi robiących, czasem nieświadomie w szarej strefie prawa. Dobry John Garfield i świetny Thomas Gomez jako bracia, jest też znana z Zabójstwa Marie Windsor, która ma dobrze wyglądać i tak też jest. Całość ponownie bardzo krótka, co czuć zwłaszcza w końcówce, dla mnie nie do końca odpowiednio wybrzmiałej, ale jakże życiowej przy tym. Poza tym jest dobrze.
7/10

The Web - Sympatyczna b-klasówka z perfekcyjnie bawiącym się swoją rolą Vincentem Pricem jako śliskim prawnikiem, który zgrabnie manewruje wszystkimi wokół. Świetna jest w ogóle obsada i całkiem fajna intryga - naiwna co prawda, ale fakt, że bohaterowie nie są wiecznie cwani i błyskotliwi działa na plus. To po prostu zwykli ludzie, którzy czasem zdają się po prostu nie wiedzieć co robią - ważne, że robią dla szefa. Na swój sposób można by ten tytuł nazwać wręcz korpo noir i w sumie remake w bardziej współczesnej otoczce byłby niegłupim pomysłem (oczywiście tak ze 20 lat temu). Inna sprawa, że dzisiaj trudno o takie ikony jak Price, z takim wdziękiem wcielającego się w zimnego manipulatora, że aż chce się mu wybaczyć. Warto choćby i tylko dla niego.
7/10

Larceny - Narodziny gwiazdy Shelley Winters, która za młodu była niezłym ciachem. Fabuła ma swoje plusy i minusy oraz trochę dziur, raz jeszcze zamiast gangsterki serwując nam grupę drobnych oszustów i zdecydowanie zbyt zawiłą, rozciągniętą w czasie intrygę, która przynudza delikatnie wątkiem romansowym. Obsada jednak wygrywa ten film, a zakończenie jest na swój sposób zaskakujące i całkiem fajne, a przy tym pozbawione jakichś morałów typowych dla gatunku. 
7/10

Kiss the Blood Off My Hands - Burt Lancaster i Joan Fontaine powinni w sumie wystarczyć za rekomendację. Zwłaszcza ten pierwszy jest dobry w roli niepotrafiącego zapanować nad emocjami uciekiniera. Świetny początek zapewnia solidną dawkę trzymającego z napięciu kina pokroju kapitalnego Un témoin dans la ville (które tym samym szczerze polecam), ale potem tempo nieco siada i skupiamy się na budowaniu relacji, psychologii oraz pejzażu powojennego Londynu. Do czasu oczywiście... Tytuł znowu wydaje się atrakcyjniejszy od końcowego produktu, ale krótki czas i solidne części składowe sprawiają, że trudno pisać o rozczarowaniu. Choć podejrzewam, że w rękach innego reżysera wyszłaby z tego mała perełka, a tak jest tylko solidne patrzydło z momentami.
7/10

Abandoned - Prekursor zeszłorocznej Dziewczyny z igłą, czyli rzecz o handlu dziećmi. Na faktach i z zacięciem dokumentalno-moralizatorskim (początek i koniec nie pozostawiają złudzeń, że to może dziać się w twoim mieście w tej chwili). Oczywiście nie jest tak posępnie jak w przywołanym tytule, choć są momenty mroczniejsze jak na swój czas. Generalnie udana rzecz z dobrym, czasem nieoczywistym castingiem (na drugim planie charakterystyczny Jeff Chandler i kradnący dla siebie sceny Raymond Burr), choć dzisiaj o ewidetnie tanim, telewizyjnym posmaku i niewykorzystanym potencjale - zwłaszcza w finale, który marnuje postać zbrodniczej matrony.
6/10

Deported - Znowu Chandler, tym razem w głównej roli. Deportują go do słonecznej Italii, więc przynajmniej pod względem klimatu i krajobrazów film nie zawodzi. Finał również jest niezły, zwłaszcza, że wcześniej mamy ciepłe kluchy, słabą chemię pomiędzy kluczowymi postaciami i niewiele typowej dla gatunku akcji. Główny "złol" niestety niewykorzystany, więc o prawdziwych emocjach można zapomnieć. Ale ogląda się nieźle.
6/10

Naked Alibi - Sterling Hayden był ewidentnie jednym z tych aktorów, którzy rozsadzali ekran i nie potrafiąc usiedzieć na miejscu cały czas wyglądali jakby mieli wybuchnąć. Nie inaczej jest tutaj - zrobi wszystko, żeby dopaść zabójcę kolegów i tylko szkoda, że prawo, które ma reprezentować mu w tym przeszkadza. Bardzo dobry pomysł wyjściowy i pierwsza połowa rozbijają się niestety o sztampową drugą. Szkoda, bo motyw byłego detektywa gnębiącego psychicznie podejrzanego to w sumie samograj, który dałoby się spokojnie pociągnąć do ekstremum, co być może zaowocowałoby małym klasykiem kina. W zamian dostajemy zdecydowanie mniej angażujący wątek meksykański ze śmieszną, bo poprowadzoną nieco wbrew wizerunkowi femme fatale rolą znudzonej życiem i klientelą Glorii Grahame. Na drugim planie ostatecznie zmarnowany Chuck Connors. Finał niezły, dynamiczny i nawet zaskakująco krwawy, pozbawiony morału, jak i zadumy, wręcz zimny. Mimo powściągliwej oceny, która wynika z tego, że w trakcie seansu zdarzało mi się zbyt często odbiegać myślami gdzie indziej - polecam.
6+/10
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
#51
Super pomysł z tym noirvember! Aż chyba odgapię

Zwłaszcza, że w tym miesiącu puszczają u nas w kinie Casablance (o ile dobrze pamiętam).
"Y es que eso es y, creo, será siempre el cine: una manera maravillosa de soñar" J. Potau

Odpowiedz
#52
(13-11-2025, 01:10)samuuel napisał(a): Chinatown - co ciekawe ten ostatni miał sequel nakręcony przez Nicholsona, muszę w końcu obadać a Kto wrobił Królika Rogera używa subplotu z niezrealizowanego scenariusza do trzeciego filmu z serii o Jaku Gittesie (The Cloverleaf streetcar subplot), więc w jakiejś formie istnieje trylogia Chinatown :)
Hehe, kompletnie nie kojarzyłem tej kontynuacji Chinatown i w ogóle nie wiedziałem, że Nicholson brał się kiedykolwiek za reżyserkę. Co jeszcze ciekawsze, scenariusz napisał Towne, autor oryginalnego Chinatown. 
[Obrazek: Two_jakes_poster.jpg]

Odpowiedz
#53
Detour - Legenda i kult narosły przez lata wokół tego tytułu mu nie pomagają, bo generalnie można było to zrobić trochę lepiej. Trudno powiedzieć, czy nieco ponad godzina seansu to mało czy dużo, bo z jednej strony nie dłuży się i nie ma przeciągniętych sekwencji, ale z drugiej praktycznie każdy element można by było jeszcze jakoś rozwinąć (choć nie było za co, bo to kino za paczkę fajek). No i bohaterowie - ona mocno denerwująca, on mocno bierny i cały czas chodzi z miną a la Idź i patrz (gdzie też dzieciak miał taką samą facjatę jeszcze zanim się zaczęło). Na plus klimat i pewien fatalizm. Na minus kuriozalność intrygi, a raczej jej drugiego aktu.
6/10 i <3

The Suspect - Bardzo brytyjskie kino, mocno w stylu Hitcha, acz pozbawione może tego samego pazura i dynamiki. Niemniej trzymające w napięciu do samego końca. Świetny Charles Laughton. Co prawda nie jest to czyste noir - dla mnie bliżej tu po prostu do kryminału/thrillera - niemniej to modelowy film w temacie. W sumie rozważałem nawet maksymalną notę, bo to jeden z tych tytułów, które siadają idealnie, a dodatkowo można je spokojnie powtarzać choćby dla samej gry aktorskiej i wszelkich niuansów, które dziś dostawalibyśmy łopatą przez łeb. Mam jednak poważne wąty co do kluczowego elementu całości - detektyw Scotland Yardu, który pojawia się z dupy i drażni niemiłosiernie przez to, że pojawia się z dupy. Co gorsza, jest to postać, którą można by bez problemu wyciąć z fabuły i związane z nim akcenty rozłożyć tak, by były jeszcze bardziej naturalne. Bo w tej formie mamy po prostu wygodne rozwiązanie scenariuszowe, które jest chyba tylko i wyłącznie po to, żeby zachować wymaganą wówczas moralność i ukarać zbrodnię. Niemniej polecam mocno.
8/10

The Sleeping City - Noir szpitalne. Kapitalne zawiązanie akcji, które wzięło mnie z zaskoczenia przeradza się w przedłużony odcinek NCSI albo ER. Na uznanie zasługuje fakt, że całość kręcili w autentycznych lokacjach szpitalu Bellevue, czego dzisiaj już by pewnie nie byli w stanie zrobić. Aktorsko jest ok, gorzej z intrygą, która po tylu latach jest co prawda pewnie w jakimś stopniu dalej aktualna, ale też przewidywalna i mocno letnia. Gorzej, że realizacja też jest bardzo telewizyjna, co widać zwłaszcza w widowiskowym tylko z założenia finale. Średniaczek.
5/10

Thunder on the Hill - Kontynuujemy nietypowe miejscówki, bo tym razem akcja dzieje się w odciętym od świata zakonie podczas burzy. Trochę szkoda więc, że tak uznany wizualnie reżyser jak Sirk właściwie w ogóle nie wykorzystał elementu pogodowego w ramach akcji, choć w swoich melodramatach potrafił to robić jak mało kto. Niemniej wizualnie jest porządnie. Fabuła znów przewidywalna i spokojnie można było w niej inaczej rozłożyć akcenty, pokusić się o coś mniej oczywistego, a bardziej emocjonującego. Acz finał na klasztornej wieży nawet się broni, a całościowo film nie nuży. Zresztą to lubię w tym "gatunku", że znacząca większość jego reprezentantów, to krótkie i konkretne rzeczy - tutaj czas zatrzymuje się na 84 minutach, czyli w sam raz. Jeśli zatem poprzedni tytuł można traktować jak odcinek Ostrego dyżuru, to tutaj mamy odpowiednik Detektywa w sutannie.
6/10

Fun fact: w przypadku dwóch ostatnich filmów nadal żyją aktorki Peggy Dow i Ann Blyth, które za niespełna 3 lata dobiją setki.
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
#54
(13-11-2025, 12:46)simek napisał(a):
(13-11-2025, 01:10)samuuel napisał(a): Chinatown - co ciekawe ten ostatni miał sequel nakręcony przez Nicholsona, muszę w końcu obadać a Kto wrobił Królika Rogera używa subplotu z niezrealizowanego scenariusza do trzeciego filmu z serii o Jaku Gittesie (The Cloverleaf streetcar subplot), więc w jakiejś formie istnieje trylogia Chinatown :)
Hehe, kompletnie nie kojarzyłem tej kontynuacji Chinatown i w ogóle nie wiedziałem, że Nicholson brał się kiedykolwiek za reżyserkę. Co jeszcze ciekawsze, scenariusz napisał Towne, autor oryginalnego Chinatown. 
[Obrazek: Two_jakes_poster.jpg]
Scenariusz Towna to największa rekomendacja dla mnie, poza tym słyszałem o tym filmie dobre rzeczy, więc jak nadrobię to skrobnę coś o tym w temacie Chinatown :)

[Obrazek: s-l1200.jpg]
Dead reckoning / Śmiertelne porachunki (1947) - zachęcony materiałem Nerda obejrzałem jako standardowy przykład kina noir. Jest tu mnóstwo elementów tego gatunku, intryga, femme fatale, miasto nocą, skazitelni bohaterowie. Przy czym Bogart nie jest tutaj prywatnym detektywem a paralotniarzem Ripem Murdockiem, który wraz ze swoim przyjacielem Johnnym jadą do Waszyngtonu, gdzie mają zostać odznaczeni Medalem Honoru, jednak Johnny Drake z niewiadomych powodów ucieka i Bogart ma kolejną zagadkę do rozwiązania i zagrania.

Film jest wciągający, dużo roboty robi tutaj nie tylko główna gwiazda, ale też Lisabeth Scott w roli miłości Jamesa o której ten opowiadał Ripowi. I przez to świetnie działa tu wątek romantyczny, postać Bogarta nasłuchała się o Dusty i cały film się z nią droczy jak i patrzy na nią przez pryzmat opowieści i ogólnie oczami Johnnego. Oboje mają świetną chemię i windują i tak świetne sceny - dla przykładu moment z drogówką tworzy napięcie, ale też Rip ma świetną bajerę, którą ratuje sytuację.

Dużo tu także zwrotów akcji dodających dynamiki ciekawej fabule, która cały czas się ciekawie rozwija, co prawda są tu pewne schematy tego typu kina i pewne rzeczy można przewidzieć, ale dalej to działa. Jak to w noirach, jest słodko-gorzko i skrypt tutaj dobrze to balansuje przez cały czas.

9,5/10 i chcę więcej. Noirów, Bogarta i Noirvember, także zainteresuję się tą listą:
https://www.slashfilm.com/1136820/all-16-humphrey-bogart-noir-films-ranked/

Odpowiedz
#55
Przy okazji dołączam rekomendację The Two Jakes. Poprzednikowi oczywiście nie dorównuje nijak, ale to bardzo solidny kryminał o dziwo zgrabnie łączący się z pierwszą częścią, a drugi Jake z tytułu jest interesującą i na swój sposób nadzwyczaj tragiczną postacią (w tej roli jak zwykle solidny Keitel).

Odpowiedz
#56
(17-11-2025, 23:56)samuuel napisał(a): paralotniarzem Ripem Murdockiem

Spadochroniarzem :)

Six Bridges to Cross - Takie Departed tylko w drugą stronę. Akcja też dzieje się w Bostonie. Tony Curtis gra młodego gangstera, który za dzieciaka został postrzelony przez gliniarza i od tego czasu panowie się kumplują, wzajemnie sobie pomagając. Tony kabluje, ale bezustannie kręci swoje na boku. Jednocześnie policjant próbuje cały czas zrobić z niego praworządnego obywatela. Dobra rzecz, w której nawet moralizatorstwo nie jest nachalne i czarno-białe. A skoro mowa o kolorach, to dziś wiadomo jak by to wszystko było zaprezentowane, a tak mamy naprawdę obiektywność w spojrzeniu na dwie strony prawa. Bardzo dobre sceny akcji, aktorstwo i niejaka epickość historii, która rozgrywa się na przestrzeni lat.
8/10

Lady on a Train - Było już komediowe noir? Nie? No to teraz jest. Dodatkowo to film świąteczny i musical (sic!). Przeurocza i radośnie beztroska Deanna Durbin widzi przez okno pociągu morderstwo i jako fascynatka kryminałów angażuje (nie tylko) siebie od razu w jego rozwiązanie, co oczywiście powoduje lawinę nietypowych sytuacji i ciętych dialogów rodem ze screwball comedy. W sumie do pełni szczęścia brakuje jedynie Cary'ego Granta, choć są jego dobrzy kumple w postaci Ralpha Bellamy'ego i E.E. Hortona. Humor bywa tu naprawdę pierwszorzędny i właściwie do pewnego momentu można by to wziąć za pastisz tego typu filmów. Szczęśliwie bardziej poważne elementy nie giną w natłoku dowcipów, choć bywają chwile, że wiarygodność wydarzeń siada przez niedopracowanie szczegółów. Finał też satysfakcjonuje, bo udaje się twórcom długo wodzić widza za nos (acz pewnie działało to lepiej w momencie premiery niż dziś). Jakby nie było, to przednia rozrywka, która dodatkowo stanowi idealny przykład, że kiedyś to było, a teraz nie ma - kobiety wyglądają tu jak prawdziwe damy godne tych wszystkich $, faceci są również nienagannie ubrani nawet jak noszą piżamę, do tego kultura, sposób wysławiania się, naturalne relacje między postaciami bez atakowania "racji płci" i wszystkie te drobne smaczki jak wystrój wnętrz czy miejsca rozrywki - wspaniały wehikuł czasu.
8/10

Edge of Eternity - Nie jest to noir stricte, ale ma elementy tego nurtu (bo właściwie trudno nazwać to gatunkiem), więc przylepię tutaj. Solidna, choć niezbyt skomplikowana i odrobinę za mało rozwinięta (bo krótka - niecałe 80 minut!) intryga dziejąca się pośród pięknych plenerów Wielkiego Kanionu. W sumie dla samej tylko scenerii warto obejrzeć, bo widoki i ujęcie ich w akcji zachwycają. Naprawdę nie ogarniam czemu dzisiaj nie powstają takie rzeczy, przy całej tej dostępnej technice, która rzeczony tytuł mogła by wywindować do miana arcydzieła za sprawą samej choćby rozdziałki czy dronów. A tak mamy po prostu dobre, konkretne, staroszkolne kino Siegela o hitchcockowskim posmaku, ze świetnym otwarciem i znakomitym zakończeniem a la Tylko dla orłów, częściowo robionym na żywca.
7/10

Time Out of Mind - Bardziej melodramat niż rasowe noir, ale kim jestem, żeby się kłócić z doborem tytułów :) Za kamerą Siodmak i operator Maury Gertsman - i to oni głównie sprawiają, że daje się to oglądać nie tylko bez zażenowania, ale i z zaciekawieniem, zwłaszcza w finale, który ostatecznie rozchodzi się po kościach. Cała historyjka jest zresztą mocno błaha, choć dzięki realizacji staje się jednak czymś więcej niż odcinkiem telenoweli Polsatu. Dla tego właśnie ocena nieco na wyrost.
6/10

Obsession (1949) - Bdb kino o zbrodni doskonałej. Co więcej, ta naprawdę miała szansę się udać, gdyby nie pewne scenariuszowe skróty, które pozwalają wyczarować z kapelusza super detektywa na miarę Columbo. Ale zarówno postać, jej interakcja z podejrzanym, jak i aktostwo pozwalają wybaczyć ten ewidentnie strzegący moralności widzów zabieg, bo ogląda się to wybornie. Cichym bohaterem filmu jest jednak pies, który dziś zapewne sprowadzony zostałby do roli baby Yody, a tak pozostaje jedynie kluczowym elementem większej układanki. Warto.
8/10

Listonosz zawsze dzwoni dwa razy (1946) - O dziwo nigdy jakoś nie widziałem tego w całości, tylko zawsze fragmenty na TVP czy gdzie tam leciało. I co tu dużo mówić - klasyka. Choć remake (który także sobie powtórzyłem przy okazji) podobał mi się jednak bardziej, bo ma w sobie nie tylko kolor w obiektywie Nykvista, ale też więcej chemii między kochankami i ludzkich odruchów. Tutaj Garfield wypada momentami jak robot - ludzie do niego gadają, a on stoi i się gapi, ani słowa w odpowiedzi, z miejsca tym samym przyciąga podejrzenia. Lana też potrafi być drętwa jak kij od szczotki. Niektóre komunały również serwowane są w mocno teatralnym stylu. Docenić zależy za to narzucone przez cenzurę niedopowiedzenia (pod tym względem remake jest wręcz zbyt dosłowny), zakończenie, także dobre zdjęcia i świetnego Hume Cronyna na drugim planie. No i fakt, że obie adaptacje znacząco się od siebie różnią, idą w nieco innych kierunkach oraz inaczej podchodzą do poszczególnych postaci. Plus to chyba jeden z nielicznych przykładów w historii, gdzie oba podejścia wzbudziły równie duże kontrowersje.
7/10

Singapore - Fred MacMurray i Ava Gardner to właściwie samograj, nawet jeśli oboje mieli już na dużym ekranie ciekawsze role i lepsze relacje miłosne. Na tym tle Singapur nie jest niczym wyjątkowym, ale zarówno realizacja, jak i intryga są na odpowiednio dobrym poziomie, by nie żałować straconego czasu. Pewnie w lepszych rękach i bardziej rozwiniętej historii dałoby się wyciągnąć z tego nieco więcej, ale i tak jest nieźle.
7/10

Schwarzer Kies - Niemiecki miks Bazy ludzi umarłych i Ceny strachu, przynajmniej jeśli idzie o klimat i tematykę, bo i tu mamy truckerów. W ogóle atmosfera bardzo przypominająca stare dobre kino polskie, czyli mamy gruzy starego świata, gdzie wciąż jeszcze młodzi ludzie próbują się jakoś wyrwać z biedoty i beznadziei. Część z nich stracenie ma zresztą wypisane na twarzy. Dobra rzecz, po prostu - może nie jakoś wybitna, ale wszystko tu, jak to się mówi, siada idealnie. Można oczywiście kwestionować idiotyzm pewnych decyzji czy główną postać kobiecą i jej niezdecydowanie, ale da się to zrzucić na karb gatunkowości. Przy czym oryginalna końcówka wygrywa nad dorobionym później happy endem, więc oglądać tylko tak.
8/10

A Woman's Vengeance - Rzecz na bazie opowiadania Aldousa Huxleya, który zresztą sam zaadoptował ją na duży ekran. Do tego Jessica Tandy w jednej ze swoich wczesnych ról. Efekt końcowy to film znienawidzony przez obecne feministki, czego dowodem towarzyszący mojemu wydaniu esej, w którym kobieta narzeka na to, że wszystkie baby w tym filmie są złe, a to wszystko, rzecz jasna, wina mężczyzn. A że fabuła osadza się na tym, że facet zostaje niesłusznie (?) oskarżony o morderstwo, więc jest pole do przepychanek światopoglądowych. O dziwo, nasz bohater jest tutaj trochę takim chujkiem (choć czasem chyba nie do końca świadomie), więc nawet można by osiągnąć jakiś rozejm na polu interpretacji (już kij z argumentami). Niestety sam film o tyle nie dostarcza, że na dobre kończy się właściwie w połowie, gdy już wiadomo, kto, co i jak. Potem jest psychologiczna gra w kotka i myszkę, ale raz, że mało przekonująca, a dwa, iż rozwleczona, więc kompletnie nie trzyma w napięciu (a liczy się czas). Nie wszystkie zresztą postaci i wątki zostały dobrze wykorzystane. Ale do kotleta jak znalazł.
6/10

An Act of Murder - Kolejna nietypowa rzecz, bo dotykająca tematu eutanazji. W sumie film wyprzedził pod tym względem swoje czasy, nawet jeśli właśnie z uwagi na nie, może wydać się obecnie ugrzeczniony i bezpiecznie moralizujący w finale. Ale trudno to uznać za jakąś znaczącą wadę - zwłaszcza, gdy reszta jest nie tylko naprawdę dobra, ale i potrafi zaskoczyć nagłą zmianą tonacji. Właściwie jedynym, do czego można się przyczepić, to znowuż "czystość gatunkowa", bo bardziej z tego dramat medyczno-sądowy aniżeli rasowe noir. Ale poza tym to bardzo dobre i świetnie zagrane kino, które ze względu na tematykę może wzruszyć.
8/10

The Lady Gambles - Barbara Stanwyck jako uzależniona od hazardu kobita, która stacza się na dno. Świetna rola i w sumie mało eksploatowany w kinie temat, przynajmniej ze strony damskiej, gdyż większość tego typu późniejszych produkcji reprezentuje już bardziej przygodowy sznyt. Szkoda zatem niezgrabnej, obowiązkowo pozytywnej końcówki, jak i w ogóle słabszego ogniwa w postaci rodzinnego wątku. Niemniej i tak jest dobrze - warto.
7/10

Cruel Gun Story - Jedna z wielu japońskich odpowiedzi na amerykańskie kino rabunkowe. Niestety przez to zapatrzenie się na Zachód przy jednoczesnym braku gatunkowego wyczucia i poziomu realizacji z początku naprawdę dobra rzecz z klimatem zamienia się w mocno niezgrabną, a w finale groteskowo balansującą na granicy parodii rzecz. Jasne, część mankamentów można łatwo zrzucić na karb totalnie innej kultury i języka kina, ale nie wszystko. Inna sprawa, że - no właśnie! - poszczególne elementy składowe widzieliśmy już u Jankesów w znacznie lepszym wykonaniu. Ale obejrzeć warto.
6/10

Symphonie pour un massacre - Świetna rzecz od żabojadów z młodziutkim Rochefortem w pierwszej głównej roli. Klimatem, wykonaniem, skrupulatnością i częstym opowiadaniem samym obrazem przypomina Melville'a lub Manna i jest tak samo dobra oraz równie zimna. Na uwagę zasługuje też soundtrack, który dobrze oddaje nieco artystyczny tytuł.
8/10

Outside the Law - B-klasowy kryminał, który z kolei podejściem do policyjnych procedur i skupieniem się przede wszystkim na śledztwie przywodzi na myśl Francuskiego łącznika. Być może ciągnie to nieco w dół doklejony do całości romans, w którym próżno szukać prawdziwej chemii czy choćby emocjonalnej stawki, ale to drugorzędny element fabuły. Krótki czas trwania nie pozwala także jakoś bardziej rozwinąć głównego bad guya. Ale nie przeszkadza to bardzo, bo realizacja, tempo, aktorstwo oraz finał są naprawdę dobre. Całkiem nieźle, jak na te czasy, pokazana jest też przemoc. A ponieważ ja lubię takie rzeczy, to daję ocenę nieco może na wyrost.
8/10

Calcutta - Alan Ladd w swoim primie i całkiem zgrabna fabuła z mocno bondowskimi motywami i całkiem klimatycznymi scenami. Problem pojawia się w połowie seansu, bo łatwo przewidzieć kto, co i dlaczego, więc końcówka już nie ekscytuje w żaden sposób. Ale całość jak najbardziej oglądalna.
6/10

Ride the Pink Horse - Dziwaczny film. Świetny początek, klimat tajemnicy i zwiastujący burzę Robert Montgomery, który przypomina tu nieco miks Widmarka i Millanda. Do tego interesujący czarny charakter i postaci poboczne. Ogląda się to więc naprawdę hipnotycznie - szczególnie w scenach, które nie potrzebują dialogów lub ograniczają je do minimum. Ale z drugiej strony prawie ani razu ta beczka prochu nie potrafi wybuchnąć, bo prawie zawsze gasi ją swoista normalność w przedstawieniu wydarzeń. Przywołuje to trochę na myśl późniejsze Długie pożegnanie z Gouldem, w bardzo podobny sposób nadając fikcji bardziej przyziemnego, ludzkiego wymiaru. I sprawia, że jest to ciekawe, bo inne, doświadczenie, które takim podejściem może zaskoczyć. Niestety ta obyczajowa otoczka nie jest w stanie zapewnić tych samych emocji, co rasowy kryminał, a finał nie dostarcza tego, co sugerował początek - także pod względem drogi bohaterów. Co nie zmienia faktu, iż to jeden z najbardziej oryginalnych filmów w tym gronie. Warto.
7/10

The Female Animal - Ostatnia rola Hedy Lamarr to znowuż bardziej melodramat niż rasowe noir. Całkiem dobry pomysł na fabularny nawias i osadzenie całości w środowisku filmowym nie zostają niestety specjalnie rozwinięte. Zamiast tego mamy dobrze zagraną, ale ostatecznie nudnawą historyjkę romansową, w której George Nader co chwila paraduje w samych slipach, prężąc muskuły, a Jane Powell kompletnie nieprzekonuje jako nastolatka (choć wygląda świetnie sama w sobie). Można sobie darować.
5/10

Non coupable - Świetna rzecz o przypadkowej zbrodni doskonałej, która zaczyna przeradzać się w seryjne morderstwa na francuskim zadupiu. W roli głównej znany z Pociągu i Paniki Michel Simon, który jest doskonały. Świetna, przewrotna końcówka i generalnie znakomite kino oraz jeden z kandydatów na podium tegorocznego noirvembera.
9/10

Flicka och hyacinter - Szwedzki Obywatel Kane. Jednak o ile tam mieliśmy intrygującą, większą niż życie, ekscentryczną figurę, która umiera nagle z tajemniczym słowem na ustach, tak tutaj mamy zahukaną introwertyczkę, która pewnego dnia popełnia samobója z miłości. Nie brzmi to więc za ciekawie, bo generalnie wszystko jest tu z góry wiadome i trudno się tym przejąć, a śledztwo, które potem następuje - o ile w ogóle można to tak nazwać - ma za zadanie jedynie wskazać, kto tak złamał serce młodej dziewczyny. I twist w zasadzie robi ten film, choć nie robi wrażenia, zwłaszcza dziś. Doceniam co prawda realizację czy subtelność przekazu, który obecnie byłby kładziony łopatą do głowy. Ale odbiłem się od tego totalnie. Spora w tym zasługa typowej skandynawskiej powściągliwości, tj. absolutnie wszyscy bohaterowie są posągowi i w iście bergmanowskim stylu, bez większych emocji wyrzucają z siebie nie tylko poszczególne kwestie, co sprzedają obcym osobom całe historie swoich żyć.
6-/10

Der Verlorene - Peter Lorre za i przed kamerą to zdecydowanie jedna z lepszych jego ról. Niesamowicie intensywny film o pokłosiu II w.ś., ponownie bez epatowania nazizmem czy holocaustu, które to rzeczy można spokojnie wyłapać "między kadrami". Chwilami wydaje się co prawda, że film gubi kierunek, w którym chce iść, co odzwierciedlałoby duże problemy panujące na planie, ale ostatecznie ten swoisty mariaż niemieckiego ekspresjonizmu, amerykańskiego noir i polskiego kina moralnego niepokoju mnie przekonał. Zresztą wątek polski też się pojawia, a sam Lorre mówi w pewnym momencie "Dobrze, dobrze". Polecam wszystkim fanom zaginionych/nieznanych perełek.
8/10

Razzia sur la chnouf aka Chnouf - Duchowy spadkobierca Touchez pas au grisbi, też zresztą z Gabinem i Venturą. I jak dla mnie tak samo dobry. Tym razem rzecz tyczy się gangu narkotykowego. I pod tym względem, tyle lat po premierze, potrafi zaskoczyć w temacie - inna sprawa, że pewne rzeczy się pewnie nie zmieniły pod tym względem. Dodatkowy plus wędruje też za wyprzedzenie swoich czasów i świetne zekranizowanie tego mema:
[Obrazek: 2l5otz.jpg?a489936]
8/10

Le monte-charge - Noir świąteczne. Przez co zaskakuje, bo pierwsza część zrealizowana jest jak rasowy romans. No a potem... nie powiem, nie raz dałem się podejść, więc lepiej nie napisać zbyt wiele. W każdym razie, gdy już wchodzi napięcie, to realizacja jest tip-top. Końcówka też wygrana, bardzo życiowa. Polecam.
8/10

Le dos au mur - Kapitalne otwarcie generalnie świetnego filmu. Tu też najlepiej nie zdradzać za dużo, ale idziemy w kompletnie innym kierunku niż poprzednik, a mimo to kończymy w podobnym miejscu. Zdecydowanie bardziej emocjonalne kino, równie dobre.
8/10

Ascenseur pour l'échafaud - Na finał noirvember ponownie Jeanne Moreau, tym razem w klasyce, która przyniosła jej sławę. Jest też Ventura na drugim planie. Generalnie klasyka i dobry debiut, choć zarówno zachowanie bohaterów, jak i realizacja mogą pozostawić dziś nieco do życzenia. To wszak bardziej swobodne kino, miejscami przesadnie kontemplujące swój nastrój ponad napięcie. Główny bohater (albo raczej wiodący, bo bohaterów jest wszak kilkoro) bez sensu znika z ekranu na długie minuty, ustępując szwędającej się po ulicach ukochanej, która gada do siebie w myślach. Ma to swój urok, ale osłabia dramaturgię. Szczęśliwie ta powraca w udanym finale, jakkolwiek jednak niezbyt zaskakującym. Nie byłem też fanem wątku młodych rozrabiaków.
7/10

I tyle. Nie chce mi się tworzyć jakiegoś podium wzorem kolegi - oceny mówią chyba same za siebie.
A teraz pora na westernber :)
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
#57
(12-11-2025, 13:51)Mefisto napisał(a): Dead Reckoning - solidny powojenny Bogie, który robi dokładnie to, za co go pamiętamy. Niezła fabuła tocząca się wokół weteranów wojennych. Dobra, nieopatrzona obsada i w ogóle większość elementów składowych tu klika. Dobre, oldskulowe kino, choć bez większych wodotrysków.
7/10


[Obrazek: MV5BMTQzNTI5ODA5OV5BMl5BanBnXkFtZTgwNTQ4...@._V1_.jpg]

Post Mefisto zachęcił mnie do obejrzenia "Dead Reckoning" i absolutnie nie żałuję poświęconego czasu. W sumie ten film to esencja esencji gatunku z niemal wszelkimi jego atrybutami - od skomplikowanej i zaskakującej jak na swoje czasy intrygi, po kobietę fatalną par excellence by na charyzmatycznym Bogarcie skończyć. 

Nie wgłębiając się specjalnie w historię przyznam, że film nieco zwiódł mnie swoją udawaną klamrą narracyjną.
Minus za dubbing, który w tej scenie kompletnie wyrwał mnie z immersji:


BTW głos Lizabeth Scott jest intrygujący, niemniej chyba wynikał z kartonów fajek wypalanych na planie ;)

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Filmy, które ostatecznie nigdy nie powstały bądź nie doczekały się dystrybucji slepy51 17 10,132 05-06-2026, 10:15
Ostatni post: shamar
  Filmy na święta Gieferg 345 54,457 28-12-2025, 01:31
Ostatni post: Pitero
  Filmy, które nigdy nie zostały zrealizowane. nawrocki 16 3,990 13-06-2025, 11:30
Ostatni post: shamar
  Dzieciaki a filmy Gieferg 236 61,245 25-02-2025, 01:48
Ostatni post: OGPUEE
  "Filmy więzienne" Bronco Bill 31 34,791 29-12-2024, 03:51
Ostatni post: Bucho
  Najbardziej oczekiwane filmy w życiu Gieferg 31 7,973 12-01-2024, 22:08
Ostatni post: zombie001
  Filmy, które były wg Ciebie zajebiste, ale nigdy nie obejrzałeś ich ponownie Super8 15 5,849 25-02-2017, 00:33
Ostatni post: Szpeku
  Filmy gdzie przychodzi po kogoś ŚMIERĆ Pai-Chi-Wo 10 5,125 12-02-2017, 00:34
Ostatni post: Pai-Chi-Wo
  Filmy prawnicze Eorath 24 15,618 07-02-2017, 19:23
Ostatni post: Pai-Chi-Wo
  Filmy, które doceniliście po latach military 36 12,185 03-02-2016, 21:32
Ostatni post: Szpeku



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości