Zgadzam się co do czołgów tygrysów, że większość rzucono na front wschodni i tam Rosjanie w największej w dziejach ludzkości bitwie pancernej większość zniszczyli. To był praktycznie początek końca Rzeszy. Bo od tego momentu Niemcy już tylko się cofali. Tygrysów wyprodukowano jednak całkiem sporo na samym tylko froncie wschodnim było ich kilka tysięcy jak nie kilkadziesiąt jeżeli dobrze pamiętam.
A bitew będę się czepiała. I sorry, ale nie można nazwać tego bitwami to są potyczki - pojedynek z jednym tygrysem to nie bitwa tylko potyczka. Cztery czołgi na polu walki jadące w jednej linii to też nie bitwa. Z całego filmu jeżeli chodzi o te potyczki kupuję pojedynek z tygrysem. A naparzanie w linii prostej na las w którym ukryta jest artyleria to samobójstwo żaden dowódca by tak nie poprowadził swoich czołgów.
Wróg puka do bram, ja chcę oglądać jak z tej bramy wyjeżdżają ostatnie rezerwy tygrysów a nie jakieś biedne potyczki w wąskich kadrach jak z serialu.
To sowieckich T-34 i tego typu czolgow budowano w tysiacach :) Jesli sie nie myle, to Tygrysow I zbudowano jakos ponad 1200, a T2 (rzymska nie wyglada tak fajnie, hehe), troche mniej niz 500. To byl cholernie drogi sprzet. Nawet stosunkowo malych i tanich Panter Niemcy zbudowali tylko jakies 6000 egzemplarzy.
Holiness is in right action, and courage on behalf of those who cannot defend themselves.
12-12-2014, 21:25 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13-12-2014, 02:42 przez Bucho.)
I i II poniżej dwóch tysięcy łącznie, przy czym to "jedynka" jest tym najbardziej rozpoznawalnym Tygrysem, no a ten w filmie to jedyny istniejący, który jest na chodzie.
Fajny film. Obiektywnie najlepszy film Ayera, choć ja najbardziej wciaz lubie Street Kings. Ale najlepszy, bo wszystkie wady tego tworcy w kreowaniu swiata i postaci tutaj pasują do kontekstu - prostackie dialogi, nachalna macho atmosfera, czy gburowate postacie troglodytów (Bernthal to tutaj taka małpa, że ja pieprze - już Waingro w Heat byl przyjemniejszy). Tutaj to ma sens, bo wojna, bo strach, bo śmierć.
Niemniej wojna w filmach to kompletnie nie moj klimat. Film jest generalnie ładnie zrealizowany - niektore ujecia są świetne, zdjecia bardzo dobre, ale nie jarają mnie filmy wojenne po prostu.
Druga rzecz jest taka, ze przez caly seans zastanawialem sie, czy jest jeszcze sens krecic filmy wojenne. Czy mozna powiedzieć coś więcej niż zostało już dotychczas powiedziane - przede wszystkim w "Band of Brothers"? Tam było to wszystko swietnie opowiedziane - wlasciwie ostatecznie: młodzi ludzie ginący na wojenie, bezsens wojny, brutalność wojny, bezsensowne śmierci, honor, braterstwo. Nie wiem, czy ten film coś od siebie dodaje. Oczywiscie nikomu nie zabronie robić filmów o wojnie, bo widac są na to widzowie :) Ale mnie nie ekscytują strzelaniny czołgów, ani nawet strzelaniny żołnierzy w miastach.
Może jakby to było post-apo, czy coś. ;)
Ale spokojnie 7/10, fajny film, nigdy więcej go nie obejrze.
10-01-2015, 15:45 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10-01-2015, 15:46 przez Gal Anonim.)
Shia w tym filmie z wąsem wygląda jak gimnazjalista ze swoim dziewiczym meszkiem pod nosem. Do tego pojazdy i broń które strzelają "laserami" jak w Star Warsach, gimbo teksty typu "jak myślicie, czy Hitler dałby dupy za batonika", zawsze idealna fryzura Pitta, nawet po zdjęciu hełmu oraz beznadziejna końcówka.
Nie polecam.
Motywy już ograne, ale robią swoją robotę. Największa wada to chyba sztampowość kompanii - to chyba jakiś drugowojenny odpowiednik drużyny z gier rpg. Ale poza tym klimat w filmie jest, brutalność pierwsza klasa, dwie godzinki mijają jak z bicza strzelił. Może za krótko byłem w wojsku i się na bitce nie znam (i wyjątkowo bym się nie chciał poznać), ale mi wszystkie pokazane w filmie sceny weszły gładko i bez formalnych zastrzeżeń - aż żal potem czytać z dupy ekspertów na forach, którzy nawet nie załapali tego co wyjaśniono w filmie.
For us, there is no spring. Just the wind that smells fresh before the storm.
(10-01-2015, 15:45)Crov napisał(a): ... przez caly seans zastanawialem sie, czy jest jeszcze sens krecic filmy wojenne. Czy mozna powiedzieć coś więcej niż zostało już dotychczas powiedziane - przede wszystkim w "Band of Brothers"?
Dobre pytanie!
Generalnie rzecz ujmując, sceny pokazujące rykoszetowanie pocisków to pewny "smaczek", którego wcześniej trudno szukać w innych produkcjach.
Oprócz tego (oczywiście w wielkim skrócie) Fury nie oferuje nic nowego w temacie. W pamięci zapada głównie obiad załogi czołgu w towarzystwie dwóch niemieckich panienek i potyczka z Tygrysem. Film jest strasznie klimatyczny, z tym że po scenie wspomnianego obiadu wszystko leci na łeb na szyje i zostaje dobite końcową sekwencją walki z plutonem grenadierów SS. Mam nadzieje, że temat II WŚ nie został jeszcze do końca wyeksploatowany i ktoś z "fabryki snów" jeszcze nas zaskoczy. Może nie tematem związanym z relacjami i odczuciami żołnierzy, ale może ukażę jakąś operacje militarną pod innym kątem.
(10-01-2015, 15:45)Crov napisał(a): Czy mozna powiedzieć coś więcej niż zostało już dotychczas powiedziane - przede wszystkim w "Band of Brothers"?
Chyba nie. Ale na tej samej zasadzie można też powiedzieć, że 20 lat temu "Heat" też wyczerpało swój temat :)
Mnie tam się podobało, daję 8, ale zastrzegam, że ostatnie oczko jest za scenę obiadu i emocje, bo tych w odpowiednich momentach nie zabrakło, choć oczywiście trudno porównywać film Ayera z takimi petardami (moździerzami?) jak Szeregowiec Ryan czy wspomniana Kompania Braci, bo to nie ta klasa, szczególnie jeśli chodzi o postaci i aktorstwo.
Końcówka trochę uwiera, bo była okazja do maksymalnego ściśnięcia widza za gardło, a wyszło na pół gwizdka, z wyraźnym ukłonem w kierunku typowo hollywoodzkich zakończeń.
Ten film pogrąża trzeci akt, który kompletnie odstaje od pierwszych dwóch. Do momentu rozwalenia gąsienicy było lepiej niż solidnie - ten naturalistyczny obraz wojny przesiąknięty pesymizmem i zrezygnowaniem był tak intensywny, że ręka sama chwytała za żyletkę. Scena obiadu rewela. Ale potem nastąpiło kompletnie nieprzekonujące nawrócenie Pitta skutkujące mało angażującą, bo z góry skazaną na niepowodzenie, potyczką. Także ogólnie meh.
Trzeci akt jest naturalną koleją rzeczy, nie wiem w jakim innym kierunku można było poprowadzić ten scenariusz jak nie typowego "ostatniego bastionu", zwłaszcza że pozostałe czołgi zostały wcześniej zniszczone i ekipa Furii została sama.
C'mon, ja rozumiem samo założenie, żeby na sam koniec pokazać jednak trochę idealizmu, ale motyw "ostatniego bastionu" jest rozwiązaniem zwyczajnie banalnym i pasującym do dominującej do tej pory nihilistycznej tonacji jak pieść do nosa.
Ale dlaczego niepasującym? Raz, że jest fabularnie uzasadniony, a dwa, że pozostaje w zgodzie z postawami prezentowanymi przez bohaterów. Gdy Pitt daje młodemu (dobra rola Percy'ego Jacksona) lekcję życia na wojnie mówi przecież, że albo my zabijemy ich, albo oni nas. Uważasz, że gdyby uciekli przed Niemcami to pasowałoby to do pierwszych dwóch aktów bardziej?
08-02-2015, 20:56 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08-02-2015, 20:57 przez Mierzwiak.)
Cytat:motyw "ostatniego bastionu" jest rozwiązaniem zwyczajnie banalnym
To jeden z najlepszych motywów w kinematografii. Lepszy od niego jest tylko "zabije wszystkich". I jak nie pasował, jak pasował? Mówić, że Pitt się "nawrócił" to tak, jakby powiedzieć, że Clint się "nawrócił" w "Gran Torino - kompletne niezrozumienie filmu, idź oglądać Felliniego :)