Interstellar (2014)
Patyczak to co napisałeś przez chwilę mnie zaintrygowało.

Znaczy że ktoś mógł w ten sposób kupić przesłanie Interstellar.

Ale popełniasz jeden błąd - traktujesz już Interstellar nie jako film science fiction, a jako poemat o miłości i o kosmosie. Jako dzieło sztuki krótko mówiąc.

A jak na poemat niestety Interstellar jest potwornie płytkie i banalne. A zamiast kończyć się artystyczną metaforą albo wizją, kończy się w najbardziej hollywoodzki i kliszowaty sposób jak to tylko możliwe.

To mógł być naprawdę mądry film, ale absolutnie taki nie jest.

Sama miłość przenikająca przez kosmos jest ładną myślą, jako wartość która istnieje poza czasem. Gorzej gdy jest to traktowane jako "odpowiedź na sens wszystkiego", "wartość spajająca wszechświat" - tu już Nolan filozoficznie przeskakuje rekina a bohaterowie tego filmu wielokrotnie tak mówią.
Poza tym potrzebna byłaby bardziej błyskotliwa metafora lub subtelniejsza wizja niż McCounaghey za szafą. Niepotrzebnie zupełnie mieszani są do tego ludzie przyszłości, a już KOMPLETNIE niepotrzebne jest ostatnie 15 minut, z tym potwornie kiczowatym muzeum ku pamięci Jessici Chastain (LOL). Dochodzą takie kwiatki jak to że McCounaghey musi wykraść statek kosmiczny i że trafia do Anny Hathaway w odpowiednim czasie...

Jeśli Interstellar ma być traktowany jako dzieło sztuki to niestety potrzebny był ktoś kto ma wyczucie i wyobraźnie. I powiedzmy - artystyczną duszę. A Nolan to jest wyrobnik kreujący się na wizjonera, który w pierwszych bardzo dobrych filmach pokazał że jest dobry w swoim fachu. Ale nigdy nie wykroczył ponad to.
A od czasu gdy sięgnął blockbusterów to coraz bardziej obniża poprzeczkę. Już Mroczny Rycerz miał być głębokim dziełem a jaki jest każdy widzi. Podobnie miało być z Incepcją która miała zaginać granice świadomości i wykraczać poza granice wyobraźni.
I podobnie jest teraz z Interstellar które jeśli ma być traktowane jako poemat o miłości to jest jednym z najgorszych poematów jakie kiedykolwiek powstały.
Jest to banał niższy nawet niż "dzieła" Paolo Coelho.

Odpowiedz
Poemat o miłości i kosmosie nie musi od razu oznaczać dzieła sztuki i nie odbieram tak filmu Nolana. Nawet nie uważam, że jest szczególnie głęboki na poziomie treści, bo nie jest; zachwyca mnie głównie tym, czym powinien zachwycać taki blockbuster - są emocje, czuję ciężar wyprawy do niezbadanej galaktyki i obcość kosmosu, która nadaje mu jakiegoś mistycznego rysu. No i robi na mnie olbrzymie wrażenie stroną wizualną, ale ja w przeciwieństwie do reszty świata widzę w tej "nudnej", ascetycznej stylówce Nolana świadomy artystyczny zabieg i ta pustka jego filmów fascynuje mnie i w Batmanach, i w Incepcji. I teraz, w Interstellar. Uważam, że odejmowanie i prostota są równie trudne jak stworzenie jakiejś oszałamiającej, rozbuchanej wizji i również wymagają podobnej wyobraźni. Więc paradoksalnie, tam gdzie krytycy Nolana widzą jego największą wadę, ja dostrzegam największą zaletę Duży uśmiech

Jeżeli już mamy się posługiwać pojęciem "poematu", to poemat kojarzy mi się właśnie z jakimś pochwalnym, wcale nie głębokim, tekstem. I tak też odbieram Interstellar. Nolan nie chciał powiedzieć o miłości nic nowego, opowiedział starą jak świat historię w konwencji s-f i z pomocą fizyki kwantowej. Mnie to wystarczy Uśmiech

Odpowiedz
Jeśli poemat nie jest głęboki to fajnie by był chociaż dobry od strony artystycznej. Jeśli metafory nie są głębokie to niech chociaż będą ładne.

Ja w momencie gdy McCounaghey był w 5 wymiarowym pokoju za szafą... byłem skłonny się z Tobą zgodzić. Naiwne, mało subtelne, naciągane, ale nadal ładne.

Niestety film nie kończy się w tamtym momencie, a ciągnie dalej i dalej.

A wszystko co dzieje się dalej nie ma już nic wspólnego z artyzmem, tylko z typowym generycznym, przepełnionym patosem zakończeniem ze złych blockbusterów.

Ja uważam Interstellar za ładny space adventure, za kino czysto rozrywkowe które jest zbyt płytkie i głupawe by w ogóle ruszać jego przesłanie.
Ma parę ładnych idei - jak tunel czasoprzestrzenny, jak nieźle zbudowana relacja McCounagheya z córką, jak relatywizm czasu i przede wszystkim ten teserakt (czyli graficzny pomysł na wyjście poza trzy wymiary).
Do tego rewelacyjną muzykę Zimmera i bardzo solidne zdjęcia.
Bywa w kilku momentach urzekający (jak cała sekwencja wodnej planety, TARS idący na ratunek Anne Hathaway).
I za to wszystko ma u mnie mimo wielu wad 7/10.

Odpowiedz
Cytat:A wszystko co dzieje się dalej nie ma już nic wspólnego z artyzmem, tylko z typowym generycznym, przepełnionym patosem zakończeniem ze złych blockbusterów.

Mnie się to zakończenie podobało, a wręcz bałem się, że film skończy się McCounagheyem ginącym gdzieś tam pośród mroków kosmosu, co by było jakimś tam pozorowaniem artyzmu. Ale skoro już wiem, że oglądam fajną i dość optymistyczną bajeczkę o miłości i kosmosie, to po co nagle udawać, że jest inaczej? I Nolan idzie na całość dzięki czemu mogłem zobaczyć ponowne i mega dziwne spotkanie ojca z córką i ten czasowy paradoks zastosowany w praktyce, na co czekałem cały film. Poza tym lot do Anne Hathaway też wydaje mi się fajną klamrą.

Odpowiedz
No dobrze, spotkanie z córką może było ok, ale ten cały cyrk z muzeum ku czci Jessici Chastain? Przecież to okropnie badziewne było.

Nie mówiąc że spójność i poniekąd logiczny sens się mocno sypie.
Wszystko się rozłazi w takiej typowo hollywoodzkiej papce.

Odpowiedz
Mnie wcale nie dziwi, że Jessica Chastain była tam czczonaDuży uśmiech

Odpowiedz
Ale z perspektywy widza jest to pokazane po prostu fatalnie.

Odpowiedz
(20-01-2015, 00:24)Capt. Nascimento napisał(a): Ale z perspektywy widza jest to pokazane po prostu fatalnie.

Z Twojej perspektywy, nie każdego widza. I mnie akurat interpretacja Paszczaka, który znowu pięknie i mądrze pisze nie dziwi. Zresztą nie bez powodu przywołałem tę historię z Nolanem i Zimmerem, aby jednak uświadomić i pokazać na czym tak naprawdę opiera się ten film. I czy dla niektórych to jest ckliwe i kiczowate to już inna inszość.

(20-01-2015, 00:17)Capt. Nascimento napisał(a): No dobrze, spotkanie z córką może było ok, ale ten cały cyrk z muzeum ku czci Jessici Chastain? Przecież to okropnie badziewne było.

Nie mówiąc że spójność i poniekąd logiczny sens się mocno sypie.
Wszystko się rozłazi w takiej typowo hollywoodzkiej papce.

Ale jak to nie ma sensu? Wręcz przeciwnie wszystko się pięknie zazębia. Obrazy z początku filmu stają się tak naprawdę ujęciami z muzeum. I nie wiem co jest badziewnego w muzeum Murph? W Polsce w Wadowicach to chyba było muzeum Karola Wojtyła na długo zanim jeszcze umarł.
A tutaj mówimy o kobiecie, która uratowała świat! Hej, to jednak jest jakaś zasługa.

A jak ja już pisałem wiele razy, końcówka jest dla mnie (widzisz ja nie piszę, że dla wszystkich widzów) bardzo ładna i wzruszająca.
Przecież jeszcze większy byłby kicz, gdyby udało się Cooperowi cofnąć w czasie i wrócić do młodszej Murph.
Plus cały motyw z muzeum też jest dobry, gdyż pozwala pokazać, że bohater nie czuje się do końca dobrze w starym odtworzonym domu. Tak jak cały czas go ciągnie ku gwiazdom, jest pionierem. I zostawia stary świat, aby pomóc tworzyć nowy.
Ba, nawet tutaj mogę dać przykład z bajki dla dzieci: Dzielny rycerz, budzi księżniczkę z wiecznego snu. Ku takiemu końcowi zmierza ten film i mnie to się szalenie podoba. Może dla niektórych, ckliwo i kiczowato i nie ma gunów, ani gagów i onelinerów, ale czasami człowiek potrzebuje takie ciepłe zakończenia ku pokrzepieniu serca.
/www.filmmusic.pl - me recki 
#istandbydaenerys






Odpowiedz
Cytat:I mnie akurat interpretacja Paszczaka, który znowu pięknie i mądrze pisze nie dziwi.

Jeżeli to o mnie, to bardzo dziękuję...

Odpowiedz
A mnie juz nie podziekowales, gnido? Cofam to co napisalem, Nolan jest lepszy od Ciebie! On by podziekowal! ;(


Odpowiedz
Przepraszam, ja bardziej dziękowałem Lorensowi ironicznie za przekręcenie mojego nickaDuży uśmiech Bo wrodzona skromność sprawia, że wszelkie komplementy wolę zbyć milczeniem - i tak też było w twoim przypadku, za co przepraszam Duży uśmiech

Odpowiedz
To ja tez ironicznie bardzo dziękuje! Język

Odpowiedz
(20-01-2015, 07:59)patyczak napisał(a):
Cytat:I mnie akurat interpretacja Paszczaka, który znowu pięknie i mądrze pisze nie dziwi.

Jeżeli to o mnie, to bardzo dziękuję...

O rety, najmocniej przepraszam, nie wiem co mnie naszło na Muminki. Tak, tak oczywiście chodziło o Ciebie i Ciebie chciałem pochwalić. Uśmiech

A jakby ktoś chciał metalowa wersja słynnego dokowania:





/www.filmmusic.pl - me recki 
#istandbydaenerys






Odpowiedz
Lawrence napisał(a):Ale jak to nie ma sensu? Wręcz przeciwnie wszystko się pięknie zazębia. Obrazy z początku filmu stają się tak naprawdę ujęciami z muzeum. I nie wiem co jest badziewnego w muzeum Murph? W Polsce w Wadowicach to chyba było muzeum Karola Wojtyła na długo zanim jeszcze umarł.
A tutaj mówimy o kobiecie, która uratowała świat! Hej, to jednak jest jakaś zasługa.

A jak ja już pisałem wiele razy, końcówka jest dla mnie (widzisz ja nie piszę, że dla wszystkich widzów) bardzo ładna i wzruszająca.
Przecież jeszcze większy byłby kicz, gdyby udało się Cooperowi cofnąć w czasie i wrócić do młodszej Murph.
Plus cały motyw z muzeum też jest dobry, gdyż pozwala pokazać, że bohater nie czuje się do końca dobrze w starym odtworzonym domu. Tak jak cały czas go ciągnie ku gwiazdom, jest pionierem. I zostawia stary świat, aby pomóc tworzyć nowy.
Ba, nawet tutaj mogę dać przykład z bajki dla dzieci: Dzielny rycerz, budzi księżniczkę z wiecznego snu. Ku takiemu końcowi zmierza ten film i mnie to się szalenie podoba. Może dla niektórych, ckliwo i kiczowato i nie ma gunów, ani gagów i onelinerów, ale czasami człowiek potrzebuje takie ciepłe zakończenia ku pokrzepieniu serca.

Nie nie nie i jeszcze raz nie.

Cały matematyczny wątek Jessici Chastain jest zrobiony na odpierdziel, trzy przesycone patosem sceny, bez najmniejszego ładunku emocjonalnego. Gdy Jessica biegnie z radością oznajmiając że oto ludzkość uratowana bo ma wzór, Nolan próbował widzowi wmówić że powinien się cieszyć, podczas gdy ani ludzkość widza tu nie interesuje (bo nie jest w ogóle pokazana) a już tym bardziej Jessica Chastain i jej równanie. No i dochodzi radość w slow motion, opadające kartki i wzniosła muzyka Zimmera jakby widz miał właśnie przeżywać katharsis choć tak naprawdę sprowadza się do wzruszenia ramion.

No i potem sceny w muzeum robią powtórkę z rozrywki - coś co kompletnie dynda widzowi próbuje przekonać go, że powinno mu zależeć. I że powinien też się wzruszyć.

A tak jak mówię - nie ma ani ładunku emocjonalnego, ani nie jest to pokazane wiarygodnie, a do tego wyraźnie na odwal "byle nie marnować czasu".

To taki typowy kliszowy tępy patos rodem z Hollywoodu, taki jak w końcowej przemowie Mrocznego Rycerza albo Jestem Legendą.

Twoje tłumaczenia Lawrence są zadziwiające, bo widzisz w jednej scenie Nolana więcej symboliki i przesłań niż w całej filmografii Bergmana.
Coś co Nolan zrobił na odpierdziel, Ty odczytujesz na 20 sposobów, widząc głębię i artystyczne piękno.

Lawrence napisał(a):A tutaj mówimy o kobiecie, która uratowała świat! Hej, to jednak jest jakaś zasługa.

Fikcyjny świat którego nie widzimy, ludzi których nie widzimy, kobieta której nie znamy. Nie tak się buduje ładunek emocjonalny a próba bawienia się potem we wzniosły patos "radujmy się bo on/ona uratował/a świat" to jedna z najgorszych Hollywoodzkich klisz.

To są bardzo tanie emocjonalne zagrywki które już nawet na przeciętnych pożeraczy popcornu nie działają. Uśmiech

Odpowiedz
Ja wcale nie czuję tego, że Nolan każe mi dzielić radość z ludzkością uratowaną przez Chastain. Te muzeum to raczej ciekawy element świata przedstawionego, a nie prostacki sposób na wzbudzenie w widzach podniosłych emocji.

Odpowiedz
Patyczak napisał(a):Ja wcale nie czuję tego, że Nolan każe mi dzielić radość z ludzkością uratowaną przez Chastain. Te muzeum to raczej ciekawy element świata przedstawionego, a nie prostacki sposób na wzbudzenie w widzach podniosłych emocji.

I dlatego mamy do czynienia ze slow motion, wzniosłą muzyką Zimmera i płaczącym z zachwytu/wzruszenia McCounagheyem.

Dlatego potem McCounaghey łazi po starym domu, zachwycając się każdym meblem i roniąc łezkę nostalgii.

Litości.

Pomijam już że ten film 1/3 seansu poświęca na prostackie wzbudzanie w widzach podniosłych emocji, 1/3 na drewniane dialogi stanowiące jedną wielką ekspozycję i tłumaczenie tego co się dzieje na ekranie lub kolejne przemowy, a 1/3 na podróż/akcję.

Odpowiedz
(20-01-2015, 16:08)Capt. Nascimento napisał(a): I dlatego mamy do czynienia ze slow motion, wzniosłą muzyką Zimmera i płaczącym z zachwytu/wzruszenia McCounagheyem.

Dlatego potem McCounaghey łazi po starym domu, zachwycając się każdym meblem i roniąc łezkę nostalgii.

Było zupełnie inaczej. Żadnego slow-motion (jest w ogóle jakieś w Interstellar?), Cooper się nie zachwyca, nie płacze, jest raczej lekko rozbawiony i od razu dostrzega brak autentyczności (wszystko lśni, zero pyłu). Ożywia się dopiero na widok TARSa. Jest w tym filmie sporo grania na emocjach, ale akurat nie tutaj.

patyczak napisał(a):Ja wcale nie czuję tego, że Nolan każe mi dzielić radość z ludzkością uratowaną przez Chastain.

Bo nie każe. Ważna w tej scenie jest Murph i jej radość. Z uratowania ludzkości, jasne, ale także powodowana myślą, że ojciec jej jednak nie porzucił i próbował do niej wrócić, nawet jeśli w sposób nie do końca dla niej zrozumiały.

Odpowiedz
(20-01-2015, 16:08)Capt. Nascimento napisał(a): I dlatego mamy do czynienia ze slow motion, wzniosłą muzyką Zimmera i płaczącym z zachwytu/wzruszenia McCounagheyem.

Dlatego potem McCounaghey łazi po starym domu, zachwycając się każdym meblem i roniąc łezkę nostalgii.

Litości.

Właściwie to ja powinienem napisać "Litości" . Gdyż mamy dwa niezbyt długie zdania. W pierwszy 3 razy mijasz się z prawdą, a w drugim 2. Właściwie to każdy Twój zarzut jest nieprawdziwy!

(20-01-2015, 17:05)Karan napisał(a): Żadnego slow-motion (jest w ogóle jakieś w Interstellar?),

1.Oczywiście, że nie ma. W sumie to teraz nawet się zastanawiam w jakim filmie Nolana pojawia się slow-motion?

2. Co do tej wzniosłej patosowej muzyki Hansa Zimmera, to masz na myśli ten moment od przyjęcia wiadomości, mazania tablicy do "Eureka!", kiedy to wyciszana jest reszta instrumentów, a na pierwszy plan wychodzi solowa partia na pianino, mogąca się skojarzyć z Glassem?

3. Cooper w tej scenie nie płacze, a raczej się cieszy i wtedy zamyka się Tesseract.

4. Cooper wchodzi do domu/muzeum i raczej się uśmiecha na tekst, jako niby miał kochać farmerstwo. Nie zachwyca się meblami, a bardziej dziwnie się czuje, gdyż wszystkie są czyste i bez kurzu. Najbardziej z tego wszystkiego raduje go widok TARSa.

A potem nawet sam mówi i widzimy, że nie czuje się dobrze w tym "odtwarzanym" świecie. Nie ma żadnych wzruszeń i nostalgii, za dawnymi latami, a wręcz przeciwnie jest chęć do dalszych podróży, do kolejnego kroku naprzód. Dlatego też zrozumiałe jest, że później bierze ranger i wylatuje do Brand, do nowego ludzkiego domu.


I po raz kolejny byłbym ostrożny z tym pisaniem "widz" w liczbie mnogiej. Gdyż nie każdy widz tak to musi odbierać, ja nie, patyczak (teraz napisałem poprawnie) chyba też nie. Plus mam nadzieję, że jednak nie każdy widz oglądnął niedokładnie ten film i potem stawia nieprawdziwe zarzuty. Oczko
Przykro mi, ale jeżeli krytykujemy i hejcimi to trzymajmy się faktów, a nie twórzmy zmyślonych. Gdyż wtedy to naprawdę mam ułatwione zadanie i jedynie mogę powiedzieć banalne: "Nie zrozumieliście filmu i niedokładnie go oglądnęliście".

Przykro mi.
/www.filmmusic.pl - me recki 
#istandbydaenerys






Odpowiedz
(20-01-2015, 21:25)Lawrence napisał(a): 1.Oczywiście, że nie ma. W sumie to teraz nawet się zastanawiam w jakim filmie Nolana pojawia się slow-motion?

W Incepcji całkiem sporo. Tylko odpowiadam.
.

Odpowiedz
Slow motion to było małe przejaskrawienie z mojej strony.

Ale co ja czytam - finał Interstellar był doskonały zdaniem 3 osób.
Fascynujące.

Nie było tam patosu i taniego grania na emocjach. Musiało mi się przywidzieć.

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  








Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości