Interstellar (2014)
(21-01-2015, 04:17)Capt. Nascimento napisał(a): Ale co ja czytam - finał Interstellar był doskonały zdaniem 3 osób.
Fascynujące.
Czterech, dopisz mnie do listyUśmiech

Terminator | Aliens | Terminator 2: Judgment Day | True Lies | Titanic | Avatar
Directed by James "THE KING" Cameron

Odpowiedz
(21-01-2015, 04:17)Capt. Nascimento napisał(a): Slow motion to było małe przejaskrawienie z mojej strony.

Ciężko się zorientować, skoro reszta twojego opisu tej sceny również nie miała nic wspólnego z prawdą. Założyłem, że zapomniałeś jak to wyglądało.

Cytat:Nie było tam patosu i taniego grania na emocjach. Musiało mi się przywidzieć.

Decyduj się. Albo piszesz o konkretnych scenach albo o całym zakończeniu. W samym muzeum tego nie ma i już. Z grubsza pasuje do opisu tylko sama końcówka, z Cooperem odlatującym na poszukiwanie Brand.


Odpowiedz
Promocja na kosmos jest w wiadomym sklepiku.

Odpowiedz
Karan napisał(a):W samym muzeum tego nie ma i już.

Przecież jego dom też był częścią muzeum...

Jeśli filozofowanie o miłości będącej odpowiedzią na zagadki wszechświata, wartością spajającą wszechświat i McCounaghey kwantyfikujący zza szafy miłość przesyłając równanie ratujące Ziemię po tym jak sprowadza tam sam siebie w potrójnej pętli czasu nie jest waszym zdaniem głupotą i przeskoczeniem rekina, to nie ma za bardzo o czym dalej mówić.

Jeśli nie widzicie taniego dramatyzmu to już naprawdę wysiadam. Scena z paleniem pola i Casey Affleckiem? Otrzymanie równania w ostatnich możliwych sekundach? Przeplatane powolną ekspozycją McCounagheya mówiącego o kwantyfikacji miłości i ludziach z przyszłości z wzniosłą muzyką Zimmera? Gdy cieszy się że "nie wybrali jego, tylko wybrali ją"?

"Znajdę sposób by wysłać jej równanie"

TARS - "Jak Cooper, jak?"

"Miłość TARS Miłość, nie rozumiesz, to jest odpowiedź na wszystko - miłość się kwantyfikuje"

Jessica Chastain pisze równanie i biegnie wśród radosnej muzyki Zimmera krzycząc "EUREKA!!!" i rzucając kartki, raduje się, całuje swojego asystenta.
No to też nie jest tani dramatyzm, czysta subtelność i świetnie wyważony ładunek emocjonalny (bo tak przecież nam zależy na ludzkości której nie widzieliśmy i na postaci Chastain którą tak dobrze poznaliśmy).

Oślepiające światła, Cooper widzi przez świetliste fale twarz Anne Hathaway która to w tym momencie czuje i zerka za siebie.
Oh, dajcie więcej klisz.

Cooper budzi się w szpitalu. Dowiaduje się że jest na stacji Cooper.
McCounagheya rozpiera duma i radość.
Widzimy pomnik ku czci Jessici Chastain. Studenciak gada z Cooperem dalej chwaląc Jessicę Chastain.
Wracamy do domu! McCounaghey rozgląda się ze zdumieniem dookoła.
Cooper wychodzi przed dom pijąc piwo i gadając z robotem dokładnie tak jak na początku filmu rozmawiał z ojcem.
Zaczyna KOLEJNE przemówienie "kim jesteśmy? dokąd zmierzamy?".
Wchodzi do szpitalnego pomieszczenia w którym jest jego córka. Drzwi powoli się otwierają, wzniooosła muzyka Zimmera, McCounaghey gada z córką - staruszką.
Następuje "wiedziałam że wrócisz, bo mój tato mi obiecał... a teraz spadaj mam". Dramatyczna muzyka Zimmera again.

Szept "ona tam jest... (dramatyczna muzyka Zimmera, coraz bardziej dramatyczna i radosna) widzimy Anne Hathaway, Cooper kradnie statek (lol na pewno by mu nie dali statku)...
"Sama w całej galaktyce... (muzyka Zimmera ciągnie się i ciągnie)
Anne Hathaway w spowolnieniu zdejmuje kask.
Cooper leci "przy świetle naszego nowego słońca", "w naszym nowym domu"... klasyczny Nolan, bez przemówienia i mega dramatu na koniec nie byłby sobą.

Czyste piękno, ode mnie 200/10.


Odpowiedz
(21-01-2015, 14:19)Capt. Nascimento napisał(a): Widzimy pomnik ku czci Jessici Chastain.

Nie chcę tutaj nikogo obrażać i ciskać mocnymi słowami, jak nazywania kogoś kłamcą... Ale przykro mi to mówić, w swej krytyce znowu mijasz się z prawdą.
W filmie nie ma żadnego pomnika Murph.
/www.filmmusic.pl - me recki 
#istandbydaenerys






Odpowiedz
Ta? A ku czyjej czci jest ten pomnik na stacji nazwanej od Murph, w miejscu będącym muzeum ku jej czci?

2:37:50 w filmie

Lawrence napisał(a):Nie chcę tutaj nikogo obrażać i ciskać mocnymi słowami, jak nazywania kogoś kłamcą... Ale przykro mi to mówić, w swej krytyce znowu mijasz się z prawdą.
W filmie nie ma żadnego pomnika Murph.

Co masz na myśli mówiąc że w mojej krytyce znowu mijam się z prawdą? Skoro film uważasz za perfekcyjne dzieło to zapewne chodzi o wszystko co napisałem? Może byś się jakoś odniósł i napisał kontrargumenty?

Choćby apropo tego:

ja napisał(a):Jeśli filozofowanie o miłości będącej odpowiedzią na zagadki wszechświata, wartością spajającą wszechświat i McCounaghey kwantyfikujący zza szafy miłość przesyłając równanie ratujące Ziemię po tym jak sprowadza tam sam siebie w potrójnej pętli czasu nie jest waszym zdaniem głupotą i przeskoczeniem rekina, to nie ma za bardzo o czym dalej mówić.

Odpowiedz
Ku czci członkom misji Lazarus i Endurance.
/www.filmmusic.pl - me recki 
#istandbydaenerys






Odpowiedz
A to pół punktu dla Ciebie. Im mniej czci w tym filmie dla Murph tym lepiej.
Ale nadal jest to hołd ku Cooperowi/Murph albo załodze - jak całe pozostałe 10 minut filmu.

Odniesiesz się jakoś do reszty tego co pisałem, czy masz rację "bo tak"?

Odpowiedz
(21-01-2015, 14:51)Capt. Nascimento napisał(a): Odniesiesz się jakoś do reszty tego co pisałem, czy masz rację "bo tak"?

A czy ja gdzieś piszę, że mam rację? Ja sam piszę cały czas w liczbie pojedynczej, a nie mnogiej jeżeli chodzi o argumentację.
I tutaj mnie chodzi o posiadanie racji, a o przeinaczanie faktów. A niestety ostatnio w tych zarzutach co do zakończenia to się dość mocno pomyliłeś, podając zdarzenia, sytuacje, które w filmie nie miały miejsca.

A co do zarzutów to dalej nie wiem jak się mam odnieść do Twej krytyki zakończenia. Streściłeś po łebkach i z paroma błędami zakończenie, OK. Ja też mogę streścić zakończeni "Powrotu Jedi" od momenty jak Luke pali zbroję Vadera, aż do momenty jak wszyscy się cieszą. Gdyż i tu i tu mamy happyend. Ale nie wiem jak się odnieść do krytyki happyendu, tylko dlatego, że jest happyendem?

(21-01-2015, 14:19)Capt. Nascimento napisał(a): z wzniosłą muzyką Zimmera?

Jessica Chastain pisze równanie i biegnie wśród radosnej muzyki Zimmera krzycząc "EUREKA!!!" i rzucając kartki, raduje się, całuje swojego asystenta.

wzniooosła muzyka Zimmera,

Dramatyczna muzyka Zimmera again.
(dramatyczna muzyka Zimmera, coraz bardziej dramatyczna i radosna)
(muzyka Zimmera ciągnie się i ciągnie)

OK, przyjąłem nie podoba Ci się muzyka Hansa Zimmera. Dobrze, o gustach się nie dyskutuje. Tylko wiesz muzyka filmowa ma pewne zadania do spełnienia. Przede wszystkim musi być w obrazie. Fakt, że dzisiaj powstaje mniej wyrazistych score'ów, to jednak normalnie taką muzykę powinno się w filmie słyszeć. Jednym z zadań muzyki filmowej jest współgranie z obrazem. Dlatego też jak Muprhy biegnie radośnie i krzyczy EUREKA, to raczej wtedy nie pasowałby marsz żałobny.
I ja wiem, że to będzie ból, ale może przesłuchałbyś ten utwór:





Gdyż znowu nie do końca trafiasz, kiedy muzyka jest dramatyczna, wzniosła, a kiedy jednak stonowana w tym finale. Wiadomo finał jest podniosły, ale moment kiedy Cooper widzi Murph, to wtedy ani muzyka nie jest podniosła, ani dramatyczna. Wtedy otrzymujemy bardzo delikatnie zaserwowany główny motyw, gdyż od tego wymaga scena.


(21-01-2015, 14:43)Capt. Nascimento napisał(a): Jeśli filozofowanie o miłości będącej odpowiedzią na zagadki wszechświata, wartością spajającą wszechświat i McCounaghey kwantyfikujący zza szafy miłość przesyłając równanie ratujące Ziemię po tym jak sprowadza tam sam siebie w potrójnej pętli czasu nie jest waszym zdaniem głupotą i przeskoczeniem rekina, to nie ma za bardzo o czym dalej mówić.

Nie spodobał Ci się koncept filmu, OK. Bywa, zdarza się. Dla niektórych głupotą może być pomysł, że ktoś za pomocą krwi z prehistorycznego komara wskrzesza dinozaury i tworzy park rozrywki z nimi. Albo pomysł, że terapeuta zastraszonego dziecka okazuje się duchem. Czy też idea, że na dnie oceanu żyją kosmici, którzy potrafią kontrolować wodę. A może wielka małpa, która zakochuje się w kobiecie. Takich "głupot" to możemy w kinematografii wiele znaleźć. Ale niektórym się one podobają. Uśmiech

(21-01-2015, 14:19)Capt. Nascimento napisał(a): klasyczny Nolan, bez przemówienia i mega dramatu na koniec nie byłby sobą.

No tak, w takim razie czego oczekiwałeś? To jest film Christophera Nolana, a więc wygląda jak film Christophera Nolana. W takim razie i takie jest zakończenie. I to chyba nie powinno być dla Ciebie jakimś zaskoczeniem, skoro sam przyznajesz, że to typowe dla tego twórcy zakończenie.
/www.filmmusic.pl - me recki 
#istandbydaenerys






Odpowiedz
Lawrence napisał(a):Nie spodobał Ci się koncept filmu, OK. Bywa, zdarza się. Dla niektórych głupotą może być pomysł, że ktoś za pomocą krwi z prehistorycznego komara wskrzesza dinozaury i tworzy park rozrywki z nimi. Albo pomysł, że terapeuta zastraszonego dziecka okazuje się duchem. Czy też idea, że na dnie oceanu żyją kosmici, którzy potrafią kontrolować wodę. A może wielka małpa, która zakochuje się w kobiecie. Takich "głupot" to możemy w kinematografii wiele znaleźć. Ale niektórym się one podobają. Uśmiech

Jeśli nie widzisz różnicy to zaraz Ci ją pokażę.

"ktoś za pomocą krwi z prehistorycznego komara wskrzesza dinozaury i tworzy park rozrywki"

"terapeuta zastraszonego dziecka okazuje się duchem"

"ktoś sprowadza samego siebie z przyszłości do miejsca w którym właśnie się znajduje żeby móc odkryć że miłość kwantyfikuje się poza przestrzenią będąc rozwiązaniem zagadki wszechśwata i pozwalając przesłać córce równanie matematyczne ratujące mieszkańców Ziemi od śmierci z głodu i braku tlenu zza ponad czterowymiarowego tesseraktu położonego za szafą jego domu, gdzie dociera podróżą kosmiczną przez tunel czasoprzestrzenny i sprawdzając kolejne planety wlatuje do czarnej dziury"

PROSTOTA! A tu Nolan przeskoczył rekina tworząc coś co przypomina bardziej bełkot psychotycznego schizofreniko-paranoika w wariatkowie niż pełnoprawny scenariusz s-f.

Lawrence napisał(a):Ale niektórym się one podobają. Uśmiech

Nie mam nic przeciwko temu że Ci się podoba wspomniany pomysł.
Mi na przykład bardzo się podoba The Room. Ale nie mówię że to wybitny film.

Jakbyś na przykład napisał "no ok, Interstellar jest trochę głupkowaty, ale mimo tego jest pięknym filmem i u mnie ma 10/10 bo mnie tak zachwycił" to nie ma sprawy.

Jeśli zaś piszesz że "Interstellar to perfekcja ideał i dzieło sztuki" to już mi to mocno zgrzyta.

Lawrence napisał(a):No tak, w takim razie czego oczekiwałeś? To jest film Christophera Nolana, a więc wygląda jak film Christophera Nolana. W takim razie i takie jest zakończenie. I to chyba nie powinno być dla Ciebie jakimś zaskoczeniem, skoro sam przyznajesz, że to typowe dla tego twórcy zakończenie.

To w takim razie krytyka Nolana jest zakazana? Bo to typowe dla niego?
Wiesz że kiedyś Nolan kręcił dużo lepsze filmy?

Lawrence napisał(a):OK, przyjąłem nie podoba Ci się muzyka Hansa Zimmera. Dobrze, o gustach się nie dyskutuje. Tylko wiesz muzyka filmowa ma pewne zadania do spełnienia. Przede wszystkim musi być w obrazie. Fakt, że dzisiaj powstaje mniej wyrazistych score'ów, to jednak normalnie taką muzykę powinno się w filmie słyszeć. Jednym z zadań muzyki filmowej jest współgranie z obrazem. Dlatego też jak Muprhy biegnie radośnie i krzyczy EUREKA, to raczej wtedy nie pasowałby marsz żałobny.
I ja wiem, że to będzie ból, ale może przesłuchałbyś ten utwór:

A tu akurat Cię zaskocze bo lubię Zimmera a soundtrack do Interstellar uważam za jeden z lepszych jakie zrobił w przeciągu niemalże dekady.
Ale to nie znaczy że chcę słuchać go przez cały finał w tanich dramtycznie scenach. Soundtrack przesłuchałem cały - fajnie, ale film traktuję jako całość i jeśli w jakimś momencie jest zły to nie przymknę na to oczu tylko dlatego że muzyka jest fajna (szczególnie gdy po raz dziesiąty słyszę ten sam - dobry bo dobry - ale ten sam motyw muzyczny).
Gdy scena jest zła to wstawienie arii Mozarta prawdopodobnie jej nie naprawi. Uśmiech

Lawrence napisał(a):A co do zarzutów to dalej nie wiem jak się mam odnieść do Twej krytyki zakończenia. Streściłeś po łebkach i z paroma błędami zakończenie, OK. Ja też mogę streścić zakończeni "Powrotu Jedi" od momenty jak Luke pali zbroję Vadera, aż do momenty jak wszyscy się cieszą. Gdyż i tu i tu mamy happyend. Ale nie wiem jak się odnieść do krytyki happyendu, tylko dlatego, że jest happyendem?

A gdzie ja napisałem że happyend jest z założenia zły?

Napisałem o złym happyendzie w tym filmie, bo dramatyzm jest oparty na kliszach tłuczonych bez przerwy przez 20 minut do oporu, zrobione tanio emocjonalnie, bez ładunku emocjonalnego zbudowanego scenariuszem. Przykładem choćby wspomniana Jessica Chastain rozwiązująca równanie i biegnąca z radości, rzucająca kartki i krzycząca "EUREKA!", całująca swojego asystenta. Lame!
Gdy film próbuje pokazywać radość i euforię, w której widz nie może uczestniczyć bo ma to co się dzieje na ekranie w 4 literach (tak fatalnie i po łebkach był zrobiony wątek Jessici Chastain a szczególnie jej poszukiwań równania matematycznego), to ewidentnie scenarzysta lub reżyser dał plamę.

Drugim przykładem jest McCounaghey widzący przez oślepiające błyski światła Anne Hathaway, która też go jakoś widzi w powietrzu (jakże otarta klisza)... czy to miłość ich skwantyfikowała? Potem córka każe mu do niej lecieć, robiąc debilną przemowę... Czyżby między McCounagheyem i Hathaway wytworzyła się miłość? Aż tak silna była między nimi relacja w tym filmie? Nie była.
Podobnie ciągnąca się jak flaki z olejem końcówka, z klasycznymi durnymi przemowami, wolnymi scenami, dramatyczną do bólu muzyką... ENOUGH IS ENOUGH!

Pod kątem scenariuszowym i stylistycznym to jest amatorka, bardzo źle zrobiona. Hollywood w złym wydaniu.

Odpowiedz
(21-01-2015, 16:09)Capt. Nascimento napisał(a): Drugim przykładem jest McCounaghey widzący przez oślepiające błyski światła Anne Hathaway, która też go jakoś widzi w powietrzu (jakże otarta klisza)...
Ona go nie widziała (czytaj: nie wiedziała, że to on tam jest), tylko wyczuła obecność "czegoś", do czego wyciągnęła rękę.

Cholera no, krytyka krytyką, ale nie wymyślał sobie (po raz kolejny!) rzeczy, których w tym filmie nie było.

Odpowiedz
No dobrze, może go nie widziała (oczami wyobraźni) a tylko wyczuła obecność czegoś - nadal mieści się to w tej samej typowej dramatycznej hollywoodzkiej kliszy.

Można się czepiać pierdółek ale najważniejsze jest meritum prawda?

Odpowiedz
W momencie gdy lecieli przez wormhole, było to drobne wydarzenie, które dopiero w finale - gdy Matthew zaczął podróżować poza czasem - nabrało znaczenia, bo okazało się, że to był on i widział siebie samego.

Jaka to niby klisza?

Odpowiedz
Klisza, klisza, klisza. Słowo wytrych. Kapitanie, trochę zbyt mocno szastasz tutaj tym pojęciem.

Odpowiedz
Klasyczna klisza "główny bohater widzi w wyobraźni kobietę, która w tej samej chwili odwraca się wyczuwając jego "obecność".
Jeśli dodasz do tego wzniosłą muzykę i jakąś przemowę w tle to już po prostu perfect.

I co ich tak połączyło w tamtej chwili? Siła kwantyfikującej miłości której do siebie nie czuli?

patyczak napisał(a):Klisza, klisza, klisza. Słowo wytrych. Kapitanie, trochę zbyt mocno szastasz tutaj tym pojęciem.

Nie, to Nolan zbyt często sięga po złe hollywoodzkie klisze.

Odpowiedz
Odbierając klisze w ten sposób, mógłbym napisać: klasyczna klisza - ten film posiada wstęp, rozwinięcie i zakończenie.

Cytat:I co ich tak połączyło w tamtej chwili? Siła kwantyfikującej miłości której do siebie nie czuli?

Ja mam wrażenie, że przez cały film coś iskrzy pomiędzy nimi. Poza tym, ta scena nie tyle miała pokazać, że ich właśnie połączyła w tej chwili, jak to nazywasz, kwantyfikująca siła miłości. Tylko chodziło o to, że w kosmosie nikt na nich nie czekał, żadne bóstwa ani kosmici, a mimo tego, kosmos okazał się całkiem przyjazny, bo sprzyja takim niewiarygodnym zdarzeniom - jakby coś tam czuwało nad tym, żeby Mafju mógł pozdrowić statek kosmicznyDuży uśmiech To nie jest klisza, tylko sensowne zakończenie pewnego wątku.

Odpowiedz
Nascimento, nie obraź się, ale nie jestem w stanie więcej czytać twoich absurdalnych zarzutów, i pisze to osoba, której naprawdę nie podobał się film Nolana. Zastanów się nad tym Uśmiech

(19-01-2015, 12:58)Capt. Nascimento napisał(a): kwantyfikowaniu miłości
(21-01-2015, 14:19)Capt. Nascimento napisał(a): McCounaghey kwantyfikujący zza szafy miłość
(21-01-2015, 16:09)Capt. Nascimento napisał(a): miłość kwantyfikuje się (...) czy to miłość ich skwantyfikowała?
(21-01-2015, 22:05)Capt. Nascimento napisał(a): Siła kwantyfikującej miłości
[Obrazek: tumblr_inline_mj8o3wuytP1qz4rgp.gif]

Odpowiedz
Ten gif idealnie odzwierciedla moje wrażenia z ostatnich 20 minut.

Jeśli ktoś zapiera się rękoma i nogami że Interstellar jest bez wad, wcale nie tak łatwo jest to wykazać - szczególnie gdy muszę coś tłumaczyć po kilka razy.

Pokaż jak Ty sobie z tym radzisz. Oczko

A "love is quantifiable" to jeden z aspektów przez który nie mogę traktować filmu Nolana na serio. To jedno z najbardziej tanich i głupich filozoficzno-fizycznych przesłań jakie da sie wymyślić.

Powiem jeszcze krótko. Przeczytałem sporo literatury s-f. I gdy wspomnę sobie dzieła takich klasyków jak Lem, Clarke, Asimov, Dick, Zajdel, Strugaccy, Bester, Bradbury, Orwell, McCarthy, Huxley, Herbert, Scott Card, Heinlein...

A potem słyszę jak ktoś mówi że wynaturzenia na poziomie gimnazjum, fabuła uproszczona do granic możliwości dla tępego pożeracza popcornu, obrobiona w stylistyce typowego hollywoodzkiego blockbustera, jest nazywana ambitnym dziełem s-f i dziełem sztuki - ręce mi opadają.

Weźcie się ludzie do książek bo wstyd sobie robicie.

Odpowiedz
Ale co ty z tą kwantyfikacją miłości? Uśmiech

Tutaj obrazowe wyjaśnienie sceny do której pijesz:

Odpowiedz
nie no, kurwa - ten diagram mię rozjebał Uśmiech
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  








Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości