![[Obrazek: pathfinderul9.jpg]](http://img242.imageshack.us/img242/5493/pathfinderul9.jpg)
Na początku przyznaję, że jestem frajerem na takie filmy - "13 wojownik" McTiernana, "Conan barbarzyńca" Miliusa czy "Ostatni Mohikanin" Manna. Tak więc przykro to stwierdzić, ale "Tropiciel" w reżyserii Marcusa Nispela, faceta od "Texas Chainsaw Massacre" w wersji bay-owskiej to film totalnie straconej szansy. Wspaniałe zdjęcia, wizualne koncepcje, oddanie atmosfery mrocznego świata sprzed parunastu wieków, piękna przyrody mieszają się z traktowaniem widza jak debila, dennym, komputerowym scenariuszem i fatalnie kliszowymi postaciami. Pod względem fabuły to takie "Apocalypto" bez nerwu, które ma film Gibsona. Może wypunktuję co "na tak" a co na "nie":
+ znakomite fotografowanie lasu, przyrody, prześwitujące przez konary drzew promienie słońca, udźwiękowienie przyrody. Jest tak dobrze jak u McTiernana czy w "Legendzie" Scotta.
+ surowość wykreowanego świata, mrok, mróz, krew, śmierć, warunki survivalu, w którym jeden człowiek musi wykorzystać przyrodę i pomysłowość by pokonać przeciwnika (tutaj nostalgia za "Predatorem" ;)
i na tyle koniec plusów. Teraz minusy:
- kiepski Karl Urban w roli głównej. Może grać trzeci plan w LOTR-ze, ale na 'leading mana' się on zdecydowanie nie daje
- rozbrajająca dowolność reżysera co do czasu toczenia się akcji. W połowie filmu jest sekwencja zasadzki na najeźdźców, która trwa kilkanaście minut. Sceneria zmienia się z ciemnej nocy na jaśniutki dzień by po sekundzie wracać do ciemnej nocy, i tak bez przerwy, zupełna dowolność, chyba tylko po to, żeby fajnie skomponować wizualnie scenę...
- Wikingowie. Są tak okrutni, przerysowani, że aż idiotyczni. Na dodatek kostiumolog ubrał ich w tak ogromne zbroje i kostiumy, że nie dziwię się, że główny bohater z taką łatwością wygrywa praktycznie każdy pojedynek 1 na 1. W tym się nie da ruszać! :-P
- pseudofilozofia indiańska, która do banalnej fabuły i rozwałki na ekranie ma się jak pięść do nosa.
- krajobrazowa wstawka (obowiązkowo kamera z lotu ptaka lecąca w stylu LOTR-owskim) co jakieś 5 minut, jako, że reżyser pewnie musiał zmieścić się w zakładanym metrażu filmu. Można raz, dwa popatrzeć, nacieszyć oko krajobrazem, ale po 10 razie nuuuuuuży....
- sposób filmowania walk. Żenada. Nic nie widać, kupa cięć, nie wiadomo kto kogo, z kim. Na dokładkę ujęcia w zwolnionym tempie, w którym reżyser "usprawiedliwia" w rozbrajającym stylu ubermensch-owe zdolności Urbana albo nieudolność Wikingów, którzy celują mu mieczem w twarz, a miecz upada oczywiście 10 cm od niej...
- tanie chwyty rodem z horrorów, których jest pełno tutaj i strasznie irytują, czyli: dziewczynka albo kobieta stoi tyłem a z tyłu sięga wielka dłoń Wikinga-monstrum i następuje "uderzenie" muzyki. Reżyser ma widza za idiotę albo 12-latka.
- kiepskie dialogi, żeby było śmieszniej: Indianie prowadzą je po angielsku, Wikingowie w jakimś nordyckim dialekcie. Pewnie rozwiązanie gibsonowskie było nie do przejścia dla studyjnych decydentów, a z pewnością urealniło by w pewien sposób film, "przeniosło" jeszcze bardziej do tamtych czasów
Na nic nie zdają się niestety, żadne nawet najbardziej wymyślne koncepcje wizualne Nispelowi i klimat, bo chyba gwóźdź do trumny leży w scenariuszu, który jest prosty jak budowa cepa i spokojnie mógłby starczyć na 45 minut projekcji. Szkoda potencjału, bo mogło to by być dobre kino spod znaku przygody, pogoni i survivalu :(
27-01-2008, 17:26






