(01-01-2018, 21:05)Kuba napisał(a): Na razie nikt nie ma nominacji :) Kto wie co będzie z Davem, przypominam, że Akademia lubi od czasu do czasu dać jakiś twist w nominacjach (Adams).
Mam pytanie do tych co widzieli. Jak film wypada na tle "Eda Wooda"? Słyszałem, że maja ze soba sporo wspólnego, więc trzeba wypytać u sprawdzonych źródeł :P No chyba, że obu dziel nie ma co porównywać, choć tematyka bardzo zbliżona.
Ja za to wziąłem sie za ksiazke (będzie ciężko :/) i przebrnałem przez pół "The Room" i ubawiłem się po pachy. Muszę dokończyć w najbliższym czasie.
Moim zdaniem nie da się tych dwóch porównać zupełnie, może gdyby TDA był dłuższy ale nie jest
nie ważne jaki twist Akademia rzuci i tak wiadomo, że Dafoe tam będzie
Bardzo dobry film, ale jestem ciekaw jaki byłby mój odbiór, gdybym nie znał całej historii "The Room". Np. takiego Edwarda Wooda nie znałem absolutnie, wiedziałem tylko tyle, że nazywają go "najgorszym reżyserem wszech czasów", i z taką wiedzą włączyłem film Burtona. "Ed Wood" to dzieło, którym jestem do teraz zachwycony. Po seansie byłem nie tylko spełniony, ale i zachwycony tym, jak inspirujące było to kino. Po seansie dopiero odpaliłem fragmenty "Planu 9" i reszty filmów Eda. Po obejrzeniu filmu Franco jestem zadowolony, ale nie spełniony. James to rewelacyjny Wiseau, widać, że gość na jakiś czas kompletnie oddał się tej roli. Dave sprawuje się dobrze, ale na starcie to nie był typ Grega. Reszta obsady super.
Tak jak wcześniej napisałem, "Ed Wood" to film inspirujący i na swój sposób motywacyjny, "The Disaster Artist" taki nie jest. W dziele Jamesa jest od groma śmiechu za sprawą głównej postaci, ale niektóre momenty rozbawiały mnie, ale po sekundzie to zmieniało się w 180 stopniach, bo Tommy nie jest tu pozytywną postacią. Jest niezrównoważonym psychicznie gościem, który nie umiał kompletnie żyć z ludźmi. Sama historia lepiej nadawałaby się na jakiś parogodzinny dokument, ale koniec końców Franco wyszedł dobrze na swoim filmie.
"The Disaster Artist" jest dobrze nakręcony, świetnie zagrany, scena z "Ha ha ha, what a story Mark" rozbawiła mnie do łez, ale głównie ten film leci na kulcie legendarnego dzieła Wiseau. Cranston zalicza fajne cameo, a jeszcze lepszy występ jest po napisach, i to nie żart, ale naprawdę został tu osiągnięty aktorski postęp.
Obraz Franco to przede wszystkim dodatek do oryginału. Sam raczej nie zrobię powtórki.
No i niestety... ale jest zawód. Film poprawny i nic ponadto, może oprócz świetnej roli Franco jako Wiseau - gość trzyma wszystko na swoich barkach w 100%. Naprawdę widać, że dobrze się wczuł w tą postać. No i oczywiście oprócz samego faktu, że ten film powstał.
Przede wszystkim to jest mocno alternatywna wersja, okrojona i uproszczona. Postać Grega Sestero (Marka) jest tutaj KOMPLETNIE zmieniona, to taki pozytywny chłoptaś bez cech szczególnych, który nie umie nigdy odmówić Tommy'emu... trochę aż nadto przerobiono go na klasyczną hollywoodzką konwencję "nieśmiałego marzyciela" (czemu wcale nie pomaga wyraźnie gorsze aktorstwo brata Franco). Wszystko wydaje się być zbyt przerobione właśnie klasyczną, hollywoodzką modłę... a jak już przy aktorstwie jestem - oprócz dwóch głównych postaci tam nie ma innych, brak zarysowania kogokolwiek innego w jakimkolwiek stopniu. Przez co tło filmu staje się mniej wiarygodne.
Przecież tak naprawdę on przez długi czas nie chciał grać w filmie Wiseau. Jego relacja z nim miała pewne mroczniejsze epizody i aspekty, które zarówno jemu, jak i - W SZCZEGÓLNOŚCI - Tommy'emu dodałyby znacznie więcej charakteru. I wzbogaciły scenariusz emocjonalnie.
Z samej produkcji nie ma wiele więcej niż w zwiastunach - ot parę najbardziej znanych scen, trochę bardziej rozbudowanych. I, co jest jednym z największych grzechów tego filmu, ONE RZADKO SĄ ŚMIESZNE. Czytając książkę średnio co parę linijek tekstu wybuchałem śmiechem. Tutaj wiele scen zostało wypranych z aspektów humorystycznych.
Poniekąd rozumiem czemu film jest właśnie taki - spłycony i uproszczony, wrzucony w pewien utarty, uniwersalny schemat, by być jak najbardziej przystępnym dla przeciętnego widza. I zdaje mi się, że właśnie dla tego widza film będzie lepszy, niż dla fanów "The Room" i samej książki, którzy całą historię jak i postacie znają znacznie lepiej, niż jest to opowiedziane w filmie. W końcu ten film musi się sprzedać. A może taka jest interpretacja Franco?
Nie ujmuję Franco przygotowania, bo udało mu się wkleić pewne szczegóły, albo ciekawostki z książki, tylko w innych momentów. Całość jest spójna, stanowi pełną historię od początku do końca, z bardzo jasnym przesłaniem (zakończonym świetną puentą).
No i ostatnia sprawa - apropo postaci Tommy'ego. On... cholera, był kimś innym. Poniekąd ta filmowa wersja ma większy sens biorąc pod uwagę urodę Franco - trudno by tu było uwierzyć, że to facet brzydki jak noc, który nie potrafi poderwać żadnej dziewczyny i koszmarnie doskwiera mu samotność (co było istotne fabularnie).
Brakuje przede wszystkim tego, co emocjonalnie najbardziej ujęło mnie w książce. Tego co jest w niej najbardziej wartościowe - nie że "jeśli bardzo chcesz, możesz spełnić marzenia". Książka pokazywała Tommy'ego jako osobę głęboko upośledzoną, oderwaną od świata i boleśnie samotną osobę (w dużo większym stopniu niż film), która nie jest w stanie normalnie funkcjonować. Tutaj mamy takiego awkward autystycznego cool guya a urodzie modela, którego większość dziwnych zachowań jest bardzo uczłowieczona i uzasadniona konkretnymi powodami.
Tam jest niemalże kosmita, ktoś, kogo nikt nie byłby w stanie traktować na poważnie - i dlatego właśnie absurdalny sukces i kultowość jego dzieła nadaje mu większej wartości.
I właściwie tyle - to nie jest mój "Disaster Artist", ale to nadal dobry, nawet jeśli zbyt wygładzony i okrojony w nieodpowiednich momentach, wyszlifowany do hollywoodzkich utartych schematów, film. Tylko że książka była wybitna. 7+/10
Odpowiadając na zadane wcześniej w tym temacie pytanie - mi osobiście "Ed Wood" Burtona nie podszedł, ale to wyraźnie lepszy film, z większą artystyczną wizją i nieporównywalnie lepszą reżyserią.
06-01-2018, 19:59 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06-01-2018, 20:06 przez Capt. Nascimento.)
Dość płytkie. Przycięcie tej historii do schematu banału o przyjaźni i nieskrępowanej pasji zalatuje fałszem i nieszczerym podziwem. Nie znam faktów i nie wiem jak to wszystko wyglądało w rzeczywistości, ale ja tu widzę dość toksyczną relację, która jest skwitowana banalnie: "to jest przyjaźń". Nie mówię, że to nie mogła być przyjaźń, ale skorzystanie z takiego ogranego motywu pozbawia film mocy i pazura. A drugim banałem jest "pasja to świetna sprawa i jak bardzo chcesz, to wszystko ci się uda".
Ogólnie czuć, że ten film został nakręcony tak, żeby nikogo nie urazić. Wszystko jest wygładzone, wyidealizowane. Ja liczyłem na jakąś dekonstrukcję i autentyczne, krytyczne spojrzenie, a dostałem mit i banalną biografię/komedię wtłoczoną w schematy. Gdyby ta historia została chociaż wyidealizowana w intrygujący sposób - jak "Ed Wood"...
Zgodzę się z tym, co piszesz, ale nie z tym, że jest wygładzone, by nikogo nie urazić. Wiseau, w porównaniu do tego z książki, wypada tutaj nawet bardziej bucowato niż tam/w rzeczywistości. Bo w książce chociaż można było mu współczuć w wielu momentach (mój ulubiony to ten, gdy próbuje pokazać Gregowi, że ma też innych przyjaciół). Tutaj pozostaje mitycznym dziwakiem-egoistą.
31-01-2018, 11:58 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31-01-2018, 11:59 przez Gal Anonim.)
Patyczak w pierwszym akapicie zamyka temat. Disaster Artist może wydawać się spoko dla kogoś niezaznajomionego z otoczką wokół The Room, bo historia Wiseau to samograj i sposobność pośmiania się z bardzo specyficznej jednostki ludzkiej. Czytam obecnie wspomnienia Sestero i z każdą stroną coraz mniej lubię film Franko. Tak to jest, kiedy za coś dobrego bierze się przeświadczony o własnym talencie bubek i banda średnich rzemieślników - dostajemy w porywach niezły obraz z ledwie liźniętym tematem, spłycony i nastawiony na wywołanie rechotu.
Kapitanie Nascimento - w odniesieniu do Sestero - wciąż uważam, że facet jest wężem. Albo to, albo jego wydawca (i pewnie współautor, który ładnie całą tę historię zredagował) nalegał na prześmiewczy wydźwięk książki. Są tu takie fragmenty, że Tommiemu dostaje się trzy razy w jednym zdaniu; to wręcz dręczenie. :) Ja rozumiem, że tomik musi się sprzedać, ale żeby dążyć do tego zagrywkami tak niskich lotów? I nie obchodzi mnie bucowatość Tommy'ego i ewentualna chęć odegrania się - nie tak to widzę. No nic, doczytam do końca i może nabiorę dystansu, bo w sumie Sestero nie zdaje się aż taki zły - stara się (rzadko) analizować, zrozumieć i poczuć miast wyśmiewać.
Ja to widzę w inny sposób. Sestero był po prostu... szczery. Mówił to co i tak każdy wiedział. Ale nie szczędził też Tommy'emu pochwał.
Najbardziej mnie ujął w wywiadach, gdzie stwierdził że Tommy potrafi być opryskliwy, ale na ogół to facet do rany przyłóż, z wielką empatią do ludzi.
Wydawał się być bardzo sympatyczny i... no właśnie szczery.
Swoją drogą samego siebie Sestero też w książce nie oszczędza, raczej z dużym dystansem podchodząc do swoich zdolności aktorskich i do "kariery" sprzed The Room.
Doczytaj do końca, warto.
31-01-2018, 20:45 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31-01-2018, 20:46 przez Capt. Nascimento.)
Bardzo ciekawie czyta się temat i posty sprzed ponad trzech lat, a potem z okolic pierwszego trailera, gdy wszyscy wieszali psy na kreacji Jamesa Franco, może to być mała nauczka dla wszystkich, który po kilkudziesięciu sekundach Aldena Ehrenreicha w trailerze Hana Solo już dobrze wiedzą, że będzie tragedia ;)
A wracając do meritum, to właśnie wróciłem z kina, The Disaster Artist jest całkiem przyjemnym doświadczeniem, najlepszym elementem jest James Franco, który w tej, niezbyt wymagającej, roli wypada bardzo dobrze, Złoty Glob zasłużony, nominkę do Oscara też mógłby dostać, ale jego postać nie ma żadnej głębi, większego skomplikowania o którym pisali wcześniej znający książke. Wiseau w kreacji Franco to zaledwie śmiesznie wyglądający i zachowujący się dziwak. Trochę nie wiem co myśleć o samej historii, może gdybym przeczytał książkę miałbym inne zdanie, ale po samym filmie to ja tam nigdzie nie widzę żadnej pogoni za marzeniami, szorstkiej męskiej przyjaźni i wspólnym dążeniu do szalonych celów, tylko kaprys milionera postanowiającego sobie nakręcić film, który pomimo żenującej jakości zrządzeniem losu stał się popularny. O The Room powiem tyle, że nie oglądałem i nie mam zamiaru oglądać, bo niezbyt śmieszą mnie absurdy na takim meta poziomie - chodzi mi o to, że nie z treści filmu, tego co się dzieje na ekranie się śmiejemy, a z nieporadności twórców i z różnicy pomiędzy naszymi przyzwyczajeniami (filmy ogólnie są przemyślane, sensowne, spójne) a rzeczywistością (film mający normalną kinową dystrybucję i kosztujący miliony dolarów wygląda jak zrobiony przez amatorów w parę dni za bezcen).
Wracając do The Disaster Artist - miły, ale banalny film, z wartą zobaczenia rolą Franco 6/10.
Jeszcze co do samego Wiseau - skoro nikt nie dowiedział się na pewno jak on się nazywa, ile ma lat i skąd jest, to czemu wszyscy zakładają, że on te pieniądze zdobył sam, a nikt nie bierze pod uwagę opcji, że mógł odziedziczyć, dostać, ukraść? W filmie jest przedstawiony jako zupełny życiowy nieogar, więc ciężko podejrzewać, że mógłby z takimi umiejętnościami interpersonalnymi i podejściem do życie się dorobić fortuny.
10-02-2018, 01:12 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10-02-2018, 01:16 przez simek.)
Mogę się wyłącznie podpisać pod opinią simka i ta płytkość bohaterów i ich relacji faktycznie mocno tu uwiera. Jako zgrywa z The Room i Wiseau - OK, wszystko jest tu na swoim miejscu, ale o ile taki Ed Wood oprócz zajrzenia za kulisy gniotów niesławnego reżysera oferował ciekawy portret jego samego i relacji z innymi (głównie z Belą Lugosi, równie świetnie przedstawionym), tak w Disaster Artist niczego takiego nie ma a konflikt między Tommym i Gregiem, wzięty z tyłka, zostaje rozwiązany niczym w przeciętnym sitcomie. W ogóle filmowi ewidentnie brakuje spuentowania, a cała ta końcowa gadka o przyjaźni pachnie fałszem i średnio pasuje do tego co widzieliśmy wcześniej.
PS. Dave Franco ma tak koszmarny zarost czy to była najgorsza sztuczna broda jaką widziało kino?
Jestem świeżo po seansie - pierwszym! - filmu "The Room". W zasadzie nie wiem co napisać. Prawdopodobnie jest to najlepsze i najważniejsze "Hi" w historii kina. Każdy moment, w którym na ekranie nie ma Johnny'ego jest czasem straconym - Tommy kradnie każdą scenę. W ogóle uwielbiam jego dialogi, a raczej to jak brzmią - chyba wszystkie to postsynchrony, co? Do tego tak epicko podłożone <3 No i w ogóle relacja Marka z Lisą i to jak zajebiście oni ze sobą rozmawiają, Mark walczący z uczuciem do kobiety swojego przyjaciela, epickie.
1/10 z ogromnym sercem :)
PS uważam, że "The Room" i tak jest wyżej niż polskie superprodukcje typu "Porady na zdrady" - i chociaż obu daje 1/10, to film Tommy'ego Wiseau ma to "coś" - nie wiem, co dokładnie, ale ma :)
PS 2 mój ulubiony dialog
Cytat:Mark: How was work today?
Johnny: Oh, pretty good. We got a new client and the bank will make a lot of money.
Mark: What client?
Johnny: I cannot tell you; it's confidential.
Mark: Aw, come on. Why not?
Johnny: No, I can't. Anyway, how is your sex life?
21-02-2018, 02:38 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21-02-2018, 02:41 przez Pelivaron.)
Osoby, ktore mnie znaja, czy tez czytaly ten temat wiedza, jak bardzo lubie ksiazke "The Disaster Artist" i jakze duze mialem oczekiwania i obawy zwiazane z ta adaptacja. Zreszta pisalem to w prawie kazdym poscie w tym temacie ;) I choc wyszedlem z kina zadowolony, gdzie dobrze spedzilem czas, posmialem sie itd. to jednak niestety wiele moich obaw sie spelnilo i potencjal ksiazki nie zostal w pelni wykorzystany.
Co do roli Jamesa Franca nie bede sie wiele rozpisywal, gdyz wiele zostalo juz powiedziane. I ogolnie pod wzgledem aktorskim film stoi na naprawde dobrym poziomie. Posmiac sie naprawde mozna, ale co mnie najbardziej boli, ze Franco ograniczyl sie prawie wylacznie na samym projekcie powstawania "The Room". Wiadomo niby na tym opiera sie ksiazka i to tez niby powinny nas najbardziej interesowac. Ale przez to pozostale aspekty zwiazane z ta produkcja, z przeszloscia Tommy'ego Wiseau, czy wreszcie zanjomosci Grega i Tommy'ego zostaly mocno zmarginalizowane. Szczegolnie wlasnie ta znajomosc Grega z Tommym zostala w filmie mega uproszczona. O ile z ksiazki mozna bylo wywnioskowac, ze Greg stal sie w pewnym sensie zakladnikiem tej toksycznej znajomosci, z ktorej ciezko mu sie bylo wyrwac. O tyle w film robi sie troche hymnem na czesc przyjazni. A z tego co mozna wyczytac, to wielokrotnie Greg mial dosc Tommy'ego, ktory potrafi byc o wiele gorszym dupkiem, niz to co widzimy w filmie, i wcale nie byl jakos super optymistycznie nastawiony co do produkcji The Room, ba on nawet nie chcial w ogole w tym filmie brac udzial i miec z nim do czynienia. Do tego ksiazka ukazuje zdecydowanie mroczniejsze strony Tommy'ego, jak i tez jego ciagla probe rywalizacji, czy tez probe kopiowania Grega.
Ja jestem swiadom, ze film rzadzi sie swoimi prawami i nie mozna w niego calej ksiazki upchac, ale dalej twierdze, ze choc wyszedl film dobry, to zostal gdzies zmarnowany potencjal, na cos lepszego. I tu sie moge tylko podpisac, ze Ed Wood jest o wiele wiele wiele wiele lepszy. Ale za niego odpowiadam Tim Burton u szczytow swojego geniuszu, a James Fraco jako rezyser pozostaje niestety dalej rzemieslnikiem.
Jako komedia spoko film, ale jako tragikomedia juz gorzej.
7/10 ze wzgledu na sympatie do materialu zrodlowego.
Ciekawostka: koleś w stu procentach serio analizuje treść "The Room". Konkluzja: Tomasz jest beznadziejnym scenarzystą, który ma jakieś idee fixe, ale za cholerę nie potrafi przekazać o co mu chodzi. Zaskakujące, nieprawdaż? ;)
Dołączam do obozu minimalnie rozczarowanych. Franco jako Wiseau to fajna opcja, gość wszedł w tę rolę i trzeba oddać że poświęcił się w kilku scenach maksymalnie. Mimo wszystko ta historia nie ma w sobie wielu emocji, nie jest nawet w sumie śmieszna. Motyw z przedstawieniem Tommy'ego jako psychopatycznego zazdrośnika ukazany po łebkach - szkoda, bo był w tym duży potencjał. Dobrze się jednak to oglądało, nie dłużyło się.
7/10
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.