Zakazana planeta (1956) i inne stare science fiction
#41
Jak dla mnie trzecia (i kolorowa) odsłona najsłabsza z trylogii, ale tak to jest z trylogiami i mimo wszystko wciąż to solidny film. A widziałeś dwa poprzednie Quatermassy? Moim zdaniem warto ujrzeć jedynkę, ponieważ nie tylko to dobry film, ale nie ma tam tylu irytujących tropów dla ówczesnego SF by USA (główny bohater nie zakochuje się w nikim!) i z jakiegoś powodu dostał dystrybucję w komunistycznej Polsce. Szkoda, że temat ten nie powstał wcześniej, bo bym wrzucił tu zamiast krótkiej piłki. A zresztą od czego są cytaty?

(03-03-2022, 12:01)OGPUEE napisał(a): Ostatnio zaliczyłem trylogię Quatermassa, będącą kinową adaptacją seriali TV (tych nie oglądałem, zresztą pewnie połowę wcięło i wygląda jak Teatr Telewizji). O Quatermassie dowiedziałem się za sprawą Horrendalnych Horrorów z kultowej serii Monstrrrualna Erudycja (Tik-Toki nie znajo). Coś mi w głowie siedziało, że dwa pierwsze filmy zaadaptowali Amerykanie, a dopiero przy trzecim podejściu Brytole upomnieli się o swe dobro narodowe. A jednak całą trylogię robiła UK, i to wytwórnia Hammer (i jak czytam na angielskiej Wiki pierwszy film był dla Hammera przełomem). Zaczynamy: 


Zemsta kosmosu - Bardziej ambitne od typowego amerykańskiego sajfaja z tego okresu i domyślam się, czemu to on trafił do polskich kin, a nie one. Doktorek jak pisali w Horrendalnych Horrorach jest normalny. W przeciwieństwie do amerykańców nie ma wymuszonego wątku romansowego, a jedyna istotna kobieta znika po 43 minucie filmu (są jeszcze dziewczynka i dziadówa, ale to cameosy). Soundtrack z kolei to dość subtelne smyczki. A od początku zespół Quatermassa współpracuje z policją, która poważnie traktuje każde doniesienia o kosmicznym mutancie i służby są kompetentne. O właśnie, filmowe państwowe organy działają sprawnie, BBC podczas kręcenia programu przerywa po odkryciu zwłok i informuje służby. Więc pewnie to przekonało PZPR do sprowadzenia tego do Polski. Ciekawe czy polscy recenzenci też się nad Zemstą z kosmosu spuszczali jak przy Godzilli z 1954 r. chwaląc aspekt społeczny. 
 
Jest napięcie i ciekawi co stanie się z zakażonym astronautą. W ogóle tu casting spisali się na medal. Nic nie mówi i wykrzywia miny, a i tak czuć jego ból i zachodzące w nim zmiany. Także swoją prezencją oddaje dziwność i mutacje. A teraz skrytykuję w/w główną postać kobiecą. Nie tylko aktorka kiepska, to potem odstawia scenę rodem z TVN-owskiego Szpitala i jest winna późniejszego zamieszania.

Dość wysoki poziom techniczny. Często jest sporo ładnych kadrów, a film z kamery wewnętrznej faktycznie wygląda jak nagranie z kamerki tj. jedno ujęcie, mniejszy klatkaż, a nie jak film wykonany przez profesjonalną ekipę filmową (co trafnie wytknął Kryst_007). Jedyny mankament techniczny, to jak glut z kosmosu przemieszcza po podłodze widać na moment sznurek :). 

Zasłużony klasyk brytyjskiej kinematografii.
 
9/10


Quatermass 2 - ponoć to pierwszy sequel, który tytule ma liczę "2". W przeciwieństwie do jedynki nie miałem pojęcia o czym będzie fabuła. Domyślam się, czemu ten tytuł nie trafił do Polski - o ile jedynka była dość pro-rządowa, tak dwójka ukazuje skorumpowanie władz państwowych i jej infiltrację przez agenturę. Momentami wiele się zaskakiwałem, np. główny asystent Quatermassa szybko staje się ofiarą antagonistów. Tak jak jedynka też zaciekawia widza dalszym przebiegiem. Na plus dość nietypowy obraz obcych, o czym szerzej pisałem w tym topicu.

8/10


Quatermass i studnia - tym razem Hammer uczynił Quatermassa kolorowym (znaczy kręcili w technicolorze. Quatermass wciąż jest biały). Bardziej przypomina stereotypowego Hammera, ale też wydaje się bardziej kiczowaty - dziwna gra aktorska, robole z jakimś przesadzonym akcentem. I mam wrażenie, iż niektórzy aktorzy zostali zdubbingowani. Ale jednocześnie dość dobrze odtworzyli obrzydzenie i szok związany z odkryciem zwłok kosmicznych pasikoników. Plus kudos za wiarygodną racjonalizację nadnaturalnych zjawisk spowodowanych kosmiczną ingerencją. Efekty specjalne są tu nierówne - telekineza i wszelkie paranormalne zjawiska naprawdę daja radę, zaś sceny związane z kosmicznymi pasikonika są na poziomie szkolnego teatrzyka. Jak to bywa z trzecimi częściami ta odsłona jest najsłabsza.

7/10

Odpowiedz
#42
"Zemstę kosmosu" obejrzałem kilka lat temu po lekturze "Danse Macabre" Kinga i jakoś wtedy uznałem go za taki tylko "spoko" film, ale też wtedy nie znałem zbyt dużo sajfajów z tego okresu, i teraz pewnie lepiej bym go ocenił. "Quatermas 2" wciąż grzeje się na dysku i czeka na swój moment.

Ogólnie zaś zrobiłem sobie powtórkę trzeciej części, bo bardziej mi zawsze podchodziły filmy Hammera kręcone w technicolorze. Teraz jeśli czas pozwoli to postaram się obejrzeć "Milion lat przed naszą erą", a ten film oglądałem kiedyś na Polsacie jak miałem 6-7 lat.

Odpowiedz
#43
Ikaria XB 1 (1963)

Od paru miesięcy zalegało to u mnie na dysku jako prezent od streamusa, więc wypadało w końcu nadrobić. Stara dobra czechosłowacka szkoła. Wynika, że przed "Odyseją" Kubricka coś tam powstawały już jakieś pomysłowe sci-fi o podróżach pozaziemskich. W końcu inspirowane wątkami z powieści Lema.

Ujmuje przede wszystkim klimatem. Panorama + czarnobiała taśma + kiczowata scenografia typowa dla tamtych sci-fi? Nawet nie wiecie jak ja tego połączenia potrzebowałem. Szczególnie sceny na wraku statku z XX wieku oglada się dzięki temu z wypiekami. Tak się zastanawiałem jednak o ile gorzej to dzieło by mi się oglądało, gdyby kręcone było w kolorze, jak ta dziadowska "Milcząca gwiazda".

7/10

Odpowiedz
#44
Zemsta z kosmosu 1 i 2. Filmy dziecinstwa, ktora widzialem w jakims kinie letnim, pewnie jakos z 25 lat temu. Czytam sobie te pozytywne opinie i chyba czas najwyzszy na powtorke, bo za mlokosa zrobily na mnie spore wrazenie.
Holiness is in right action, and courage on behalf of those who cannot defend themselves.

Odpowiedz
#45
W kolorze nie wyglądałoby tak źle vide "Planeta wampirów" o nieco podobnej scenografii.

Odpowiedz
#46
W październiku w ramach spooktoberu ujrzałem I Was a Teenage Werewolf. Film słabiutki, ale był sukcesem i AIP zdecydowało się na nakręcenie sequelo-podrób opowiadających analogicznie o nastolatkach zmienionych w straszne potwory. Uznałem, że zmarnuję te trzy godziny z hakiem na resztę, choć będę żałował:

I Was a Teenage Frankenstein - w dzisiejszym odcinku TVN-owskiej Szkoły potomek doktora Frankensteina robi sztucznego ludzia ze zwłok studenta. U tych Frakensteinów to chyba rodzinne :P. Nieco wyższy budżet - zbudowali dekoracje laboratorium szalonego naukowca i wzięli aligatory (które w filmie zjadają usunięte przez Frankensteina tkanki). Więcej tu jest naukowców i bardziej to kolejna nudna odsłona powieści Mary Shelley. Z tą różnicą, że Monstrum to jękliwy nastolatek, któremu stary nie pozwala wyjść na miasto. Z niechęcią mówię, ale gra aktorska jest na przyzwoitym poziomie. Oczywiście wygląd potwora nadal jest bekowy – ta ciastolinia na gębie potwora wygląda jak zmutowany Breecher z Klątwy Doliny Węży.

3/10  


Blood of Dracula - tym razem równouprawnienie, bo nastoletni potwór jest płci żeńskiej. I tym razem to Ukryta Prawda, bo jest biedna smarkula wściekła, że ojciec hajtnął z macochą rodem z filmów Disneya, a ona trafia do internatu – akurat gdy już zaczęła chodzić z jakimś ciachem (wzięła ze sobą nawet jego zdjęcie w ramce XD). Trochę odmiana, bo większość to obsada żeńska i akcja dzieje się w żeńskim internacie. I szalonym naukowcem jest kobieta - dokładnie szkolna chemiczka. Prawktycznie bardziej słuchałem niż oglądałem, bo to fabułą już tak generyczna, ta sama beznadziejna gra aktorska. Wampirzyca wygląda jak wilkołak z pierwszych odsłoń Scooby-Doo i przy odpowiednim może wyglądać groźnie, bo w innych przypadków prezentuje się śmiesznie. Nastoletnie Wilkołak i Frankenstein jakie były takie były, ale tam tytułowe potwory były dobrze zagrane. Jak czytałem film powstał na doczepkę do I Was a Teenage Frankenstein, by oba można było wyświetlać w podwójnym pokazie i to widać.

1/10


How to Make a Monster - jak by to powiedział Tomasz Orlicz w Dlaczego ja?: „Hollywood, Kalifornia. Tu mieszka Pete Dumond zajmujący się mejkapem. Jego sytuacja się diametralnie zmieniła się, kiedy po 25 latach producenci uznali go zwolnić. Był to dla niego szok. Wkrótce w studiu atmosfera stała się napięta, bo odbywają się morderstwa.” - tym razem jest to meta, bo nastoletni wilkołak oraz nastoletni Frankenstein to aktorzy ucharakteryzowani przez głównego bohatera. Ogląda się nieźle i wyczuwa się w tym jakiś ton satyryczny. Fabuła też jest naiwna, bo morderstwa można byłoby zlokalizować, jak i osoby mające motyw. Sytuacja nastolatków, jakby nie patrzeć, nie jest wesoła ponieważ oni nie świadomi tego co robią i są bezwolnymi marionetkami jakiegoś wariata, któremu ufali. Całkiem niezła gra aktorska jak na tani film do zapełnienia ramówki kin. Z całej tetralogii najsolidniejszy, głównie przez zabawę gatunkowością.

5/10

Odpowiedz
#47
Na stronce o nazwie Film.org.pl pojawił się tekst właśnie o Zakazanej planecie.
https://film.org.pl/r/zakazana-planeta-przelomowe-i-wciaz-swietne-science-fiction
I fajnie, że ten konkretny film jest tak często wspominany, Szkoda, że tekst został popsuty pod koniec typowym dla naszego kraju "przepraszaniem" za stary film za to że jest stary i że się go obejrzało.W Stanach jest tendencja odwrotna. Tam przez pewien czas było w modzie pogardzanie CGI na rzecz "prawdziwych" efektów. Co już na szczęście minęło, ale moda na retro kino gatunkowe jeszcze nie (lub estetyka wzorująca się na nim jak w tym wypadku Raypunk). Dostępność ma znaczenie. Gdy dorastałem w tv w miarę regularnie puszczano tylko dwa takie filmy.

Odpowiedz
#48
Reptilicus - kolejny europejski (no... był w koprodukcji z Amerykanami) monster-movies za mną, tym razem duński. O rany. Myślałem, że będzie to jakiś znośny serek, który nie jest może arcydziełem ale daje się spokojnie oglądać. Nie daje. Reptilicus w Danii ma ten sam status co u nas Klątwa doliny Węży i widać to.

Wpierw jest nudna, sztampowa ekspozycja. W 20 minucie na główny plan wypycha się dozorca Mietek, który wygląda jak ten głupek grany przez Stephena Kinga w Creepshow i zostaje się świadkiem nieśmiesznej komedii. A potem amerykański generał i jego dupa z UNESCO (powstali po to, by widz amerykański miał się z kim utożsamić, mimo że Dania też jest biała i protestancka) robią wycieczkę po Kopenhadze i nagle mamy jakiś dokument turystyczny, który oczywiście nic nie wnosi do fabuły, ani nie rozwija postaci. 

Podobno Amerykanie chwalili mocno Duńczyków za świetne miniatury lepsze ponoć od tych z Japonii. Aha, bo uwierzę. Na pierwszy rzut oka widać, że są to makiety. Efekty specjalne generalnie to żart. Reptilicus to od początku widać, że jest kukłą nadającą się do teatru marionetkowego i są jedne z najgorszych blue screenów w dziejach (nie mówiąc o tym, że jakość taśmy jest straszna). I traktują to z wielką powagą, mimo że podświadomie się wyczekuje na horyzoncie Egona Olsena i spółki. 

Chciałem ujrzeć wersję duńską, ale nie wpierw nie mogłem znaleźć, więc ściągnąłem wersję amerykańską. Która jest niecodzienna, bo ktoś uznał, by zamiast zrobić po ludzku angielski dubbing (zwłaszcza, że aktorzy znali ten język), to nakręcono druga wersję, jak Duńczycy dukają łamanym angielskim bądź są zdubbingowani.

3/10 EDIT: bo nastała kalibracja oceny. Okazało się, że w internetach jest dostępna wersja duńska. To rzuciłem okiem.

O KURŁA. Niebo a ziemia! Aktorzy ze swym naturalnymi głosami i językiem wypadają lepiej. Lepiej wypada pierwsza ekspozycja bez narratora dla debili, zero wstawek podkreślających, że jak wygląda Kopenhaga, bo film zamiast być rozrywką to chce być przewodnikiem turystycznym. Jest też inna muzyka, też lepiej wchodząca. I potwór głos ma inny, bardzije groźny i nie brzmi jak zarzynana kobieta. I czuć, że to film europejski, bo ma ten vibe nieobecny w Hollywood.

Są sceny nieobecne u Amerykańców, np. wspólna scena z córkami jednego z naukowców i przynajmniej nie robią za tło. Czy więcej scen z górnikiem (startującego do jednej z córek), który znalazł szczątki Reptilicusa i on wyłazi na wiodącego bohatera. Gdy amerykański generał też jest, ale w mniejszej roli (i jednocześnie mówi "amełykanskim" akcentem cechującą cebulaków w USA, który potem porzuca - aha zapomniałem dodać, że gra go Duńczyk).

Z kolei szybciej pokazują Reptilicusa, pierwsza scena z rozwalaniem wiejskiej chatki ma więcej sensu [a także nie trzęsie tak obrazem, a głowa rodziny nie ginie dla shock value (czyt. laugh value)], i co ciekawe nie ma ujęć z najgorszymi efektami specjalnymi, bo te dorobili w postprodukcji Amerykanie. Czyli Duńczycy wiedzą, że warto zachować tą godność. Oczywiście Reptilicus nadal wzbudza śmiech, ale nie aż tak. I taśma w przeciwieństwie do Amerykanów jest dużo czystsza. Także dotyczy scen z duńską marynarką wojenną, które brałem za nagrania archiwalne. W wersji tej są sceny, gdzie Reptilicus lata (gdy w USA tego nie ma, przez co w te jego skrzydełka nie mają sensu) i robi podniebną rozwałkę w Niemczech. Też nienajlepszej jakości, ale schowali to ciemnościach i markowali dzianiem się w nocy, więc aż tak tragicznie nie wygląda. Przez co scenka jak górnik się żali, że przez odkrycie Reptilicusa ma krew na rękach nie wybrzmiewa dobrze, bo ataki Reptilicusa są tylko w dialogach i przedwojennych archiwach. itd.

Naprawdę, co wtedy Hollywood myślało, by modyfikować zagraniczne filmy? Naprawdę sądzili, że amerykańska widownia jest tak przygłupia lub uważająca Europę za totalną niezrozumiałą egzotykę? W zasadzie nie wiem po cholerę oni jeszcze dwa razy to kręcili - domyślam się, że sceny z Connie Miller zostały na nowo nakręcone, ponieważ duńska aktorka nie umiała mówić po angielsku, ale reszta jaką ma wymówkę? Skoro i tak większość została zdubbingowana. 

Żeby tak dobrze nie było. Przygłupi dozorca ma więcej scen i gdy w amerykańskich scenach był jeszcze stonowany to w duńskim odpowiedniku mamy bardzo nieśmieszny cringe. I ma środku filmu scenę, gdzie śpiewa kiczowatą piosenkę, jakby filmowcom zdawało się, że kręcą duński odpowiednik Domowego przedszkola. Ale i tak w ogólnym rozrachunku wersja oryginalna wygrywa i zawsze powinno się oglądać zagraniczne filmy w ich oryginalnej formie, a nie hollywoodzkich kastratach...

5-6/10

Odpowiedz
#49
Das Geheimnis der Todesinsel / La isla de la muerte - wiecie czego potrzeba powieści Agathy Christie? Ano zmutowanej rośliny opracowanej przez botanika-arystokratę mieszkającego na odludnej wyspie i zapraszającego nieszczęśników będącymi źle zdubbingowanymi Europejczykami (botanika gra Cameron Mitchell). Gra aktorska słaba, podobnie realizacja i normalnie bym nie rzucił okiem, ale w filmie miały być wielkie rośliny-ludojady,a robię prelekcję na Pyrkon. I w finale mamy faktycznie wielkości drzew krzewy z mackami wysysającymi krew. Plus w tego typu filmach główny zły zawsze ma silną symbiozę ze swym dzieckiem. Przynajmniej byłby dobrym rodzicem, gdyby znalazł kobietę.

Dinosaur from the Deep
- w 2004 roku zniesiono karę śmierci, więc co zrobić z recydywistami? Ano wysłać ich przeszłość, gdzie nie przejmowano się prawami ludzi. I przy okazji poszukać dinozaurów i nakarmić nimi owych recydywistów. Francuski kupsztal powstały na VHS-y w oparciu o sukces Parku Jurajskiego. Wygląda to jak francuski oddział ZF Skurcz, choć z lepszą kamerą, plus beka się zwiększa gdy słyszy "żeli papą" bohaterów (tytuł jest co prawda angielski, ale szanujmy się!). Za przykład biedy finansowej niech będzie fakt, że dinozaury niekiedy grają zabawkowe figurki. Bez kitu, głosy bestii nawet brzmią jak te zabawki z dźwiękiem. Przynajmniej ekipa filmowa dobrze się bawiła.


Oba filmy to oczywiste 0/10, ale czego nie robi się dla celów badawczych ;).

Odpowiedz
#50
Caltiki: The Immortal Monster - kolejna po Herkulesie próba Galatea Films stworzenia amerykańskiego filmu. Oglądałem to w legitnej włoskiej wersji, bo ma ona remaster, a także nie muszę słuchać amerykańskiego dubu, który jest pewnie do kitu. Pierwsze co mnie zaskoczyło to jakie tu są świetne zdjęcia. Mario Bava znał się na swym fachu, bo i łączenia elementów optycznych też wyszło bez żenady (pomaga zresztą czarno-biała taśma). Gdyby nie włoski język to można brać za anglosaski film - wszyscy są Brytyjczykami z angielskimi imionami i nazwiskami. 

Początkowo człowiek myśli, że skoro badają ruiny Majów, to będzie horror o majańskich bożkach. A to okazuje się włoski Blob, bo tytułowa Caltiki jest kosmicznym jednokomórkowcem mającym boosta dzięki komecie i radioaktywności, a w 27 minucie filmu główny bohater i profesor biologii wchodzą do najbardziej sajfajowego pomieszczenia, z mrygającymi lampkami i kosmicznymi dźwiękami. Jednak w przeciwieństwie do Bloba szybciej i nie ma wkurzających 40-latków grających nastolatków. Korzysta z tego, że Europa nie miała kodeksu Haysa i widzimy w kadrze strawione do kości ramię jednej z ofiar tytułowej bestii. Odnosząc jeszcze do Brytyjczyków... Trochę też jest inspiracji Zemstą kosmosu, bo jeden bohaterów zaraża się z nich jakimś syfem i ucieka ze szpitala mordując kogoś.

Są ówczesne łyżki dziegciu jak słabe postacie kobiece zapychające wątkami romansowymi. Jest Meksykanka ograniczająca się do bycia stereotypem oraz żona jednego z archeologów zrzędząca, że ekspedycja archeologiczna miała być drugim miesiącem miodowym, a tu badania i jakieś za głośne lokalsy (no shit Enola!). Ale szok, bo w kinie sci-fi lat 50. główna para... jest małżeństwem i ma dziecko! Jedyny aktor, który się stara to Gérard Herter będący wpierw typowym ciepłym funflem, by zbiegiem stać psychopatycznym odpychającym potworem (i dużo daje mu psychopatyczna mimika).

Całkiem strawny serek.

7,5/10


Yeti: Giant of the 20th Century - włoska wariacja na giant monster movies i Lassie, wróć? Why not!

Nawet jakiś przewrotny, ponieważ mamy stereotypowe grubego szefa korporacji chcącej zarabiać melony na Yetim, ale w gruncie rzeczy jest pozytywną postacią. Z kolei przystojny lead okazuje się być głównym złym. No i potwór nie zakochuje się w głównej postaci żeńskiej i bardziej to przyjaźń. Sporo tu beki, m.in. yeti czesze włosy owej postaci szkieletem wielkiej ryby. Muzyka pomyliła filmy, bo brzmi jak autorstwa Michała Lorenca do poważnego dramatu. A w dwóch scenach są chórki z Cannibal Holocaust, m.in. jak niemy chłopczyk jednoczy się ze swym collie.Film stara się być poważny, ale wywala na nogi z powodu tytułowego potwora. Otóż Yeti w tym filmie to nie aktor w kostiumie małpy, ale koleś w wielkiej trwałej. Zresztą zobaczcie sami:
I z kolei Yeti ma podłożone smiksowane głosy dzikich zwierząt. Przy okazji aktor ma zajebiste miny. I cóż jest to mocno bekowa rzecz, którą szczerze polecam.

5/10


Przy okazji moja dzisiejsza pyrkonowa prelekcja dot. monster movies spoza USA i Japonii:

Odpowiedz
#51
OGPUEE wyglądasz jak Kim Newman:

[Obrazek: ?u=https%3A%2F%2Falchetron.com%2Fcdn%2Fk...ipo=images]

Odpowiedz
#52
Image kojarzyłem ze screenów produkcji Netflixa. Mnie z kolei bardziej zaskoczył ten głęboki głos - podszlifuj dykcję i możesz robić karierę w dubbingu.

Odpowiedz
#53
I look również zaczerpnięty z Netflixa :). Jako, że tego dnia prowadziłem dwie prelekcje uznałem się rozróżnię. I do drugiej też miałem przygotowany wygląd, tak do pierwszej uznałem, że na tej się odróżnię, a oldschoolowym outfitem nawiążę do monster-movies, jako że w latach 70. ich sporo poprzybywało. Drugą prelkę (o Disneyu) również mam nagraną i też wrzucę na dniach.

Generalnie dzieki za wyrazy uznania.

EDIT:
Obrazek tytułowy do w/w prelki w lepszej rozdzielczości. Rysunek mego autorstwa (na którego pomysł wpadłem, gdy nie znalazłem odpowiadającego mi obrazka w google grafika, a nie będę zniżał się do używania AI):
[Obrazek: Untitled-page-0001.jpg]

Odpowiedz
#54
Kurde, rysuje, prowadzi prelekcje, pisze posty na forum (to PIÓRO!), robi w modzie. Normalnie członek późnego renesansu.
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
#55
Inspiracje kreską Walaszka? ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Odpowiedz
#56
Kreską Tony'ego de Saullesa z Monstrrrualnej Erudycji i ten styl wyrobiłem w czasach zanim Walaszek był na topie (a 4fun.tv nie miałem wtedy).

Odpowiedz
#57
Miał już ktoś okazję obejrzeć The Primevals? Pasuje tu, bo chociaż wyszedł w zeszłym roku to był w produkcji przez ponad pół wieku i wyszedł 24 lata po śmierci swojego reżysera.
[Obrazek: image-w1280.jpg]

Same sceny aktorskie zostały nakręcone w latach 90. i aktorsko wypada bardzo słabo, choć dziwnie jest patrzeć na "nowy" film zrobiony w stylu w którym już się nie robi filmów. O samej animacji nie ma co się rozpisywać. Wiadomo animacja poklatkowa klasa sama w sobie. To tak jakby obejrzeć zaginiony film Raya Harryhausena (Davida Allena w tym wypadku). Nie jest to co mega dzieło, ale wartość historyczna wysoka, bo to łącznik z tą odległą erą kina gatunkowego od której nigdy nie otrzymamy nic więcej. Jest dużo niezrealizowanych projektów (War Eagles, Force of the Trojans) ale te trzeba by zrobić od podstaw.
6/10

Odpowiedz
#58
The Thing from Another World - 1951
[Obrazek: the_thing_from_another_world-219115234-large.jpg]



Czyli protoplasta arcydzieła Carpentera. Zupełnie przez przypadek trafiłem na Amazonie (to chyba najgorsza strona z filmami do nawigowania i szukania) i spontanicznie obejrzałem bo całość jest dość krótka.
Niestety jeden z tych przypadków kiedy stara ramotka okazuje się po prostu starą ramotką. Film może się zestarzeć z klasą jak tytułowa "Zakazana planeta" i nadal dostarczać bardzo dużej przyjemności, a może też zestarzeć się jak ten film.

Na Alasce rozbija się ufo, ekipa zabiera do bazy wydawałoby się martwego i zamrożonego w bryle lodu kosmitę, który jak się okazuje
No strasznie ciężko się to ogląda, mimo, że nad całością czuwał nie byle kto bo sam Howard Hawks, ale zapewne był to tylko skok na kasę. Przeciętne, by nie rzec kiepskie aktorstwo, horror, który dziś już niczym nie straszy. W sumie nawet do oglądania dla beki się nie nadaje. Strasznie irytująca realizacja z aktorami gadającymi z prędkością karabinu maszynowego, wpadającymi sobie w słowo, tak że mózg nie jest w niektórych momentach w stanie przyswoić kto i co powiedział.

W sumie bez oceny, ale generalnie strata czasu/10 lub tylko dla "wytrawnych" kinomanów/10
Zabili Pana Jezusa i wyłączyli komentarze...

Odpowiedz
#59
Ale scena podpalenia stwora (ponoć jednen z pierwszych tego typu numerów kaskaderskich w historii kina) wciąż się moim zdaniem broni.


Odpowiedz
#60
No jakieś tam elementy pozytywne rzecz jasna są, ale giną w natłoku słabizny.
Choć trzeba uczciwie przyznać, że ekipa walcząca z tym stworem jest dużo bardziej łebska i ogarnięta niż w "Prometeuszu" czy "Covenancie" :D
Zabili Pana Jezusa i wyłączyli komentarze...

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Code of Silence (1985) i inne filmy Chucka Norrisa slepy51 5 487 11-04-2026, 07:34
Ostatni post: Rozgdz
  Hard Rain (1998) i inne mniej znane filmy katastroficzne lat 90-tych i wcześniejszych slepy51 7 310 16-03-2026, 12:23
Ostatni post: Scheckley
  Silence of the Lambs (1991) i inne filmy o psycholach SPOILERY Mental 173 66,235 07-09-2024, 18:50
Ostatni post: shamar
  Ląd, o którym zapomniał czas (1974) i inne filmy z jaskiniowcami Scheckley 3 1,064 15-08-2024, 15:28
Ostatni post: Scheckley
  "Stranger Than Fiction" czyli realizm urojony desjudi 4 2,514 27-09-2015, 16:56
Ostatni post: Mefisto
  Cashback [i inne filmy krótkometrażowe] hops 2 1,446 26-05-2007, 21:57
Ostatni post: hops



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości