Zakazana planeta (1956) i inne stare science fiction
#61
[Obrazek: Beast_from_20%2C000_Fathoms_poster.jpg]

"Bestia z głębokości 20 000 sążni" ("The Beast from 20,000 Fathoms") z 1953 r. to, obok King Konga z 1933 r., prekursor japońskich (i nie tylko) filmów o kaiju. I praktycznie widać to na każdym kroku. Pewne sceny i rozwiązania fabularne są wręcz kopiowane do tej pory w filmach tego typu (jak np. spacerek potwora po mieście, super broń, która ma go powstrzymać w ostatniej chwili itp.).

Fabuła jest prosta: prehistoryczna bestia z mezozoiku, która zamarzła w lodach Arktyki zostaje obudzone przez prowadzone tam testy broni jądrowej (sekwencje z atomówkami filmowcy wzięli jak to zwykle w tamtych czasach z kronik filmowych pokazujących testy na... Pacyfiku). Bestia -    Rhedosaurus jest megawkurzona całym zamieszaniem i postanawia uciec do swojego naturalnego habitatu, który teraz jest zajęty przez Nowy Jork. Po drodze sieje strach i spustoszenie na morzach, jednak nikt nie chce wziąć poważnie twierdzeń ocalałych marynarzy o "wężu morskim" zatapiającym statki. Nikt... z wyjątkiem naukowca profesora Toma Nesbitta (Paul Christiansen), który widział ogromne zwierzę zaraz po wybuchu bomby jądrowe w Arktyce. Wspiera go Paula Redmond (Lee Hunter), asystentka w Muzeum Historii Naturalnej, która daje wiarę twierdzenikm Nesbitta. Tymczasem Rhedosaurus zmierza do miasta...

Film jest całkiem spoko jak na ówczesne czasy a efekty specjalne autorstwa legendarnego Raya Harryhausena swego czasu robiły ogromne wrażenie a obecnie stanowią wręcz klasyczny przykład animacji poklatkowej w filmie.

Co ciekawe jest pierwszy film gdzie wielki potwór został ukazany w kontekście prób jądrowych i wyprzedza pod tym względem oryginalną "Godzillę" o 16 miesięcy.

Film początkowo powstawał pod tytułem "Monster from Beneath the Sea", ale producenci chcąc zdyskontować popularność Raya Bradubry'ego kupili prawa do jego opowiadania opublikowanego w 1951 r. w Saturday Evening Post pt. "The Beast from 20,000 Fathoms", w filmie zaś znajduje się jedna (!) sekwencja zainspirowana utworem. Po tym zakupie Bradubury zmienił tytuł oryginalnego utworu na "The Fog Horn". Wspomniana scena:


Co mnie zaskoczyło podczas seansu ti. to jak wiele z "Bestii z..." czerpała "Godzilla" Rolanda Emmericha - od ramowej struktury opowieści, sceny z rybacką łodzią czy samą nowojorską końcówkę. W ostateczności ten film można uznać za remakę japońskiej "Godzilli" i "Bestii z...". W tej scenie najbardziej to widać:


BTW patent z potworem i jego pełną zarazków krwią jest  całkiem spoko. 

Odpowiedz
#62
Jako dodatkową ciekawostkę podam, iż w tym filmie epizodycznie występuje zaczynający karierę Lee Van Cleef. Jego rola jest podobna do tej Clinta Eastwooda w Tatantuli. W tych filmach obaj aktorzy dopiero co zaczynali karierę i ich postacie miały udział w pokonaniu potwora.

(27-08-2024, 09:00)Dr Strangelove napisał(a): Niestety jeden z tych przypadków kiedy stara ramotka okazuje się po prostu starą ramotką. Film może się zestarzeć z klasą jak tytułowa "Zakazana planeta" i nadal dostarczać bardzo dużej przyjemności, a może też zestarzeć się jak ten film.
Odnośnie Cosia z 1951 roku powiem że aktor wcielający się w kosmitę tak się wstydził swej roli, że nie przyszedł na premierę :).

Odpowiedz
#63
Kurczę jest go całkiem sporo w filmie:



4 minuty w obrazie, który trwa 80 minut to całkiem dużo.

Odpowiedz
#64
Elektroniczne babcie - czechosłowacka Terminatrix. Fabuła rodem z wczesnego Świata według Kiepskich - jakiś Czechex sprzedaje na rynku androidy o wyglądzie staruszek, które są zakupowane w celu opieki na dziećmi i mirem domowym. I nie tylko - babciobot #1 o wyglądzie babci Buttersa zasuwa jako didżejka. Normalnie można je kupić jak odkurzacz czy mikser. Te słowiańskie filmy z lat 80. trawiły podobne problemy, bo i w tym filmie jakość jest jak z PRL-owskich ejtisów - toporna kamera, takie se oświetlenie.

Trochę taka przestroga przed rozumowaniem "A żeby im gul skoczył", bo jedna rodzinka decyduje zakupić babciobota z zawiści wobec somsiadów. I potem się rypie, bo także babcioboty między sobą konkurują, delikatnie mówiąc. Muzyka, komputery i bardziej nowoczesne budownictwo aż wprawiają w klimat. I tytułowe bohaterki są najlepszym elementem. Grające je Libuše Havelková i Jana Dítětová wiarygodnie sprzedały z pozoru absurdalny koncept. Babciobot #2 jest przerażająco miły, a jednocześnie zacznie knuć złe plany i przejmować dowodzenie jak Armstrong z Kaczych opowieści. Przeczuwałem, że psu stanie się krzywda, bo był wrogo nastawiony do mechaseniorki, ale myślę "to w gruncie komedia". I trzeci akt wziął mnie z zaskoczenie, gdyż przeradza się w rasowy horror.

W sumie nic szczególnego. Też ciekawe, że mimo zachwytu nową technologią sporo było obaw z nią wiązanych i wyrażanych chociażby w tym filmie.

5/10

Odpowiedz
#65
Night of the Lepus - trwa Wielkanoc i wypadałoby cos obejrzeć z Zającem Wielkanocnym. A, że wszystkie dobre filmy o tym sierściuchu już widziałem, to coś pokrewnego z zajęczakami. Czyli giant monster bunny movie, który na dobrą sprawę powstał o 20 lat za późno.

Widać, że twórcy robią wszystko, by nadać temu powagę, a aktorzy też się starają i scenariusz próbuje być jako tako logiczny - przyznaję sam bym się wydygał, gdyby zaatakował mnie 3-metrowy zajęczak - nawet efekty o dziwo nie takie złe i udało oddać skalę. Tylko film wykłada się na najwazniejszym. 

Wiem, że w naturze króliki, królaki i zające aż takie milusie nie są (na dobrą sprawę to każdy gatunek swoje za uszami ma), ale kurde. Nie da się w filmie fabularnym sprzedać ich jako krwiożerczych potworów, nawet jak doklei w audio warczenie i nakarmi się je truskawkami. Zwłaszcza gdy w prologu pokazuje się, jak ludzie dość drastycznie z nimi postępują. I jak potem widać te urocze przestraszone pyszczki i jak potem kicają po makietach z Gamery w niezmienionej formie. Mogli chociaż im przyczepić sztuczne kły jak u tygrysa szablozębnego. Albo w postprodukcji dać oczy jak u kobry.

Trochę cenię proekologicznego przesłania, ponieważ królaki nawiedzające rancza namnożyły się, ponieważ wybito kojoty. I główny ranczer prosi, żeby nie truć królaków, bo to przyniesie więcej skutków ubocznych. I nikt nie łapie ich za uszy. I w zasadzie racja jest po stronie uszatych, bo głupie człowieki nie umieją ochronić swych dobytków. I gdy nadarzyła się okazja, to teraz pora odwrócić role i rozprawić z faktycznymi szkodnikami.  Podświadomie mówi, żeby pilnować dzieci. A chryja się wzięła z tego, że córka małżeństwa naukowców przemyca królaka-zaszczepieńca, żeby mieć zwierzątko (no, zobaczymy kiedy się znudzi zmienianie kuwety), a potem syn ranczera bezczelnie wyrywa tego samego królaka na wolność, "bo pustoszy kurnik".

Night of the Lepus to także ostateczny dowód na to dlaczego, że Wodnikowe Wzgórze całkowicie nie nadaje się na live action, gdyż z perspektywy ludzkiej zajęczaki nie wyglądają na groźne (nawet w pierwszej ekranizacji mimo naturalistycznego stylu graficznego ci źli otrzymali stylizację) i nawet ich brutalne walki to się reaguje "ooo... słitaśne":


5/10

Odpowiedz
#66
RLM kiedyś zrecenzowało ten film. Wrzucam głownie dla Mike'a naśladującego przedśmiertny zajęczy skowyt:

Odpowiedz
#67
Dzisiejszy post sponsoruje duch Michaela Jacksona:

Captain Eo 
[Obrazek: 702521_poster.jpg]
Chciałbym to zobaczyć w oryginalnej formie. Mój ojciec chrzestny miał okazję widzieć to w paryskim Disneylandzie i był oniemiały. Ech... gdybym wcześniej pojechał do Paryża, to może bym się załapał na Captain Eo, bo za mojej wizyty już zdjęli z ramówki :P (albo nadal leciał, tylko matkę odstraszyły kolejki, o których wspominała, że było pełno). A film pewnie jest na indeksie utworów zakazanych, bo białasy i Żydy znów niesłusznie zrobiły zbira z niewinnego czarnego (Jackson to w ogóle postać tragiczna).

Tym razem na świeżo. Nie ma co się oszukiwać. Fabuła służy pretekst do końcowego tańca i promocji Bad, bo jest generyczna, składająca ze wszelkich możliwych klisz tamtego kina, głupawa, z naiwnym przesłaniem. O tytułowym Eo to w sumie nic nie wiadomo poza tym, że nie jest poważany w armii. Podobnie jego załogowe ewoki, też będące popularnymi motywami - słodziaśny stworek rodem z Popples czy innych Wuzzli, dwugłowy muppet, poklatkowy robot i kurduplowaty nieśmieszny comic relief urwany z Kapitana Bomby, który wiecznie wydaje pierdzące odgłosy (i niby Pumbaa jest pierwszą disnejowską postacią puszczającą gazy?). I nawet Michaela irytuje ów gostek.

I Michael dostaje zlecenie, by doręczył paczkę na zrobotyzowaną planetę Anjelice Huston grającej Ritę Odrazę. A darem tym jest siła dobra zmieniająca złowrogich Borgów w ejtisowych nastolatków w kiczowatych pastelach. O ile Anjelica fajnie aktorzy, tak Michael widać, że ma braki, ale nadrabia naturalną charyzmą i jest dobrze prowadzony. No i najważniejszy element – czyli oprawa muzyczno-taneczna jest 10/10. Główny kawałek jak to u Jacksona jest chwytliwy jak diabli. A poziomu produkcji nie można odmówić i szkoda, że w sieci siedzą tylko nędzne ripy lub sztuczne upscalingi.

5/10, przy czym trzeba mieć świadomość to niepełny produkt, a także robiony z myślą o specyficznym profilu.


Moonwalker
[Obrazek: 81qDIlnvRRL.jpg]
Ale OGPUEE - jakie to sajens fikszyn? Gdy to kompilacja ni to teledysków ni to filmików do albumu Bad, a także że dużo bliższe rzeczywistości jest to, że MJ był kosmicznym robotem z przyszłości niż pedofilem. Nu, w dwóch najważniejszych segmentach Michael wykazuje jakieś zdolności, których nie powstydziłby się Doktor Who. I główny złol, mimo że oficjalnie jest narkotykowym lordem, leasinguje laser od Mojo Joja. Poza tym nie chcę by ginęło w krótkiej piłce (a simek czy inny mod prawdopodobnie nie będzie robił tematu dla jacksonowego biopicu). I film dobiega do czterdziestki, a jego producenci już nie żyją, więc kwalifikuje się jako starzec. Tyle wstępu.

Mój pierwszy kontakt z Michaelem Jacksonem. Jeden z czołowych domowych VHSów oglądanych na okrągło (był nagrany z emisji TVP1 wspólnie z Looney Tunes). Pamiętam jak dziwiło mnie, czemu nazywają go Michael i określają jako faceta, gdy to ewidentna kobieta. Ech… kiedyś to androgeniczny MJ był szczytem niebinarności czy genderfluidu. I późniejszy dysonans, gdy zobaczyłem jego pierwsze video z czasów, gdy był czarny (i też brałem za pewnik, że zrobił operację zmiany pigmentu skóry, mimo że drugi taki udokumentowany przypadek to był tylko w Tropic Thunder). Pamiętam, że Spike, czyli fursona Jacksona wydawał się straszny. Jak wypada dziś? Warstwa muzyczna to zajebioza (prawie, bo  w napisach końcowych dostajemy jakąś piosenkę ludową), a reszta...

Problemem jest to, że film nie wie czym ma to być - czy hagiograficzną antologią, zbiorem wideoklipów czy pełnoprawną fabułą. Przez pierwsze dwadzieścia minut dostajemy montaż ukazujący MJa jak drugiego Jezusa, potem jest krindżowa parodia teledysku Bad (jakbym chciał obejrzeć parodię Bad, ujrzałbym Fat Weird Ala. Acz przyznam, że dzieci dobrze grają i mały MJ ma talent komediowy). I dopiero jaaakaś fabułka, czyli Speed Demon, z dobrą komedią i plastusiami Willa Vintona, jest nawiązanie do jakiegoś obskurnej postaci muzyki, a umowność pewnych zdarzeń lepiej dział niż w późniejszym segmencie (czy MJ cierpi na rozdwojenie jaźni? A reżyser westernu musi być Żydem, bo podczas swego rantu zmienia się w jakiegoś zielonego gremlina). Jak dwa lata temu przyjechał siostrzeniec, to chciał wiecznie słuchać Crazy Froga i to w kółko. Jako odpowiedzialny wujek siostrzeńcowi pokazałem Speed Demon (dokładnie od momentu jak MJ ukrył się w charakteryzatorni) mówiąc mu, że to był "Axel F" wujka. Machał w rytm muzyką nóżką, więc muza będzie ponadczasowa. A potem jest Leave me Alone, który imponujący technicznie, który po prostu videoclipem, który równie dobrze mógłby lecieć na stacjach muzycznych. I ironiczny w kontekście pierwszej połowy.

I jest końcowy segment, który ŁASKAWIE jak normalny 3-aktowy film fabularny i który tak naprawdę powinien być rozłożony na cały metraż. Bo MJ był wtedy bogiem i jakikolwiek film z jego udziałem zarobiłby siano. Widać w fabule jakiś potencjał, nawet jeśli się weźmie pod uwagę, że to jakaś słaba ekranizacja każdej możliwej ejtisowej kreskówki. Bo w obecnym kształcie to widz zadaje pytania. Jaka relacja łączy te dzieciaki i Michaela? Jest jakimś opiekunem prawnym? Krewnym z któregoś z nich? Może wolontariuszem w domu dziecka? Bo czy mają one jakichś rodziców? Chuja wiadomo. I jakiego jest wieku? Nastolatkiem, studentem? Dlaczego po pokonaniu złego wylatuje z miasta na jakiś czas? Żeby zrobić kiepski dramatyzm, o którym wiadomo, że skończy się szczęśliwie. I właściwie kim faktycznie jest bohater Michaela (który nazywa się tak samo)? Bo OK, ściga go Joe Pesci, bo za dużo wie... i nagle Michael zmienia się z dupy jakiegoś transformersa, a nawet dzieci i Pesci mają "czokurwens?" Jakbym ja robił Moonwalkera, to Smooth Criminal trwa całe 90 minut i MJ robi za rzadko widzianego kuzyna któregoś z dzieci będącego takim spoko starszym bratem, który lepiej zrozumie od rodzica, a gdy trzeba to nakopie do dupy szkolnemu dręczycielowi (albo w tym przypadku Joemu Pesciemu handlującego dragami). Niech się pytają czym się zajmuje, co on zdawkuje lub opowiadane o nim są niedorzeczne rzeczy, co by objawiało się w wideoklipach (na pewno wrzuciłbym Speed Demon, bo jako jedyny do tej pory miał fabułę). Bo całość realizacyjnie wymiata, a efekty powodują opad szczęki.  W szoku byłem, że ta robomaska to efekt praktyczny. I sam Michael gra czasami dobrze, a czasami trochę zapomina (jak czasem w Speed Demon, podczas pościgu to uśmiecha się) i jak jest dobrze prowadzony to potrafi świetnie zagrać, jak w Bad Scorsese. I jakby lepiej obrał karierę, to miałby parę pamiętnych ról filmowych na koncie. Joe Pesci gra wyjątkowego skurwola i poprzednie wcielenie naszego Nortona, bo tu przynajmniej może krzywdzić dzieci w przeciwieństwie do Kevina samego w domu (więc też plusy dla filmu, że nie wygładza i jest stawka).
 
Zmarnowany potencjał i późniejsze filmy służące jako demo reel następnych albumów wypadały lepiej, jak Ghosts Winstona. I wielka szkoda, że później w życiu Jacksonowi się mocno posypało. 

5/10

Odpowiedz
#68
No... "Moonwalker" to ja z 30 lat nie widziałem. Czyli, że lepiej nie powtarzać?
welcome to prime time bitch!

Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.

Odpowiedz
#69
Zależy pod jakim kątem. Warstwa muzyczna nadal zajebista, także poziom techniczny. Ja bym na twoim miejscu obejrzał. Jak nie będziesz zastanawiał nad scenariuszem i patrzył na realizację (i potraktujesz jako antologię teledysków), to możesz mieć jakąś frajdę. 

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Code of Silence (1985) i inne filmy Chucka Norrisa slepy51 5 487 11-04-2026, 07:34
Ostatni post: Rozgdz
  Hard Rain (1998) i inne mniej znane filmy katastroficzne lat 90-tych i wcześniejszych slepy51 7 310 16-03-2026, 12:23
Ostatni post: Scheckley
  Silence of the Lambs (1991) i inne filmy o psycholach SPOILERY Mental 173 66,235 07-09-2024, 18:50
Ostatni post: shamar
  Ląd, o którym zapomniał czas (1974) i inne filmy z jaskiniowcami Scheckley 3 1,064 15-08-2024, 15:28
Ostatni post: Scheckley
  "Stranger Than Fiction" czyli realizm urojony desjudi 4 2,514 27-09-2015, 16:56
Ostatni post: Mefisto
  Cashback [i inne filmy krótkometrażowe] hops 2 1,446 26-05-2007, 21:57
Ostatni post: hops



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości