Dzisiejszy post sponsoruje duch Michaela Jacksona:
Captain Eo
Chciałbym to zobaczyć w oryginalnej formie. Mój ojciec chrzestny miał okazję widzieć to w paryskim Disneylandzie i był oniemiały. Ech... gdybym wcześniej pojechał do Paryża, to może bym się załapał na
Captain Eo, bo za mojej wizyty już zdjęli z ramówki :P (albo nadal leciał, tylko matkę odstraszyły kolejki, o których wspominała, że było pełno). A film pewnie jest na indeksie utworów zakazanych, bo białasy i Żydy znów niesłusznie zrobiły zbira z niewinnego czarnego (Jackson to w ogóle postać tragiczna).
Tym razem na świeżo. Nie ma co się oszukiwać. Fabuła służy pretekst do końcowego tańca i promocji Bad, bo jest generyczna, składająca ze wszelkich możliwych klisz tamtego kina, głupawa, z naiwnym przesłaniem. O tytułowym Eo to w sumie nic nie wiadomo poza tym, że nie jest poważany w armii. Podobnie jego załogowe ewoki, też będące popularnymi motywami - słodziaśny stworek rodem z
Popples czy innych
Wuzzli, dwugłowy muppet, poklatkowy robot i kurduplowaty nieśmieszny comic relief urwany z
Kapitana Bomby, który wiecznie wydaje pierdzące odgłosy (i niby Pumbaa jest pierwszą disnejowską postacią puszczającą gazy?). I nawet Michaela irytuje ów gostek.
I Michael dostaje zlecenie, by doręczył paczkę na zrobotyzowaną planetę Anjelice Huston grającej Ritę Odrazę. A darem tym jest siła dobra zmieniająca złowrogich Borgów w ejtisowych nastolatków w kiczowatych pastelach. O ile Anjelica fajnie aktorzy, tak Michael widać, że ma braki, ale nadrabia naturalną charyzmą i jest dobrze prowadzony. No i najważniejszy element – czyli oprawa muzyczno-taneczna jest 10/10. Główny kawałek jak to u Jacksona jest chwytliwy jak diabli. A poziomu produkcji nie można odmówić i szkoda, że w sieci siedzą tylko nędzne ripy lub sztuczne upscalingi.
5/10, przy czym trzeba mieć świadomość to niepełny produkt, a także robiony z myślą o specyficznym profilu.
Moonwalker
Ale OGPUEE - jakie to sajens fikszyn? Gdy to kompilacja ni to teledysków ni to filmików do albumu Bad, a także że dużo bliższe rzeczywistości jest to, że MJ był kosmicznym robotem z przyszłości niż pedofilem. Nu, w dwóch najważniejszych segmentach Michael wykazuje jakieś zdolności, których nie powstydziłby się Doktor Who. I główny złol, mimo że oficjalnie jest narkotykowym lordem, leasinguje laser od Mojo Joja. Poza tym nie chcę by ginęło w krótkiej piłce (a simek czy inny mod prawdopodobnie nie będzie robił tematu dla jacksonowego biopicu). I film dobiega do czterdziestki, a jego producenci już nie żyją, więc kwalifikuje się jako starzec. Tyle wstępu.
Mój pierwszy kontakt z Michaelem Jacksonem. Jeden z czołowych domowych VHSów oglądanych na okrągło (był nagrany z emisji TVP1 wspólnie z Looney Tunes). Pamiętam jak dziwiło mnie, czemu nazywają go Michael i określają jako faceta, gdy to ewidentna kobieta. Ech… kiedyś to androgeniczny MJ był szczytem niebinarności czy genderfluidu. I późniejszy dysonans, gdy zobaczyłem jego pierwsze video z czasów, gdy był czarny (i też brałem za pewnik, że zrobił operację zmiany pigmentu skóry, mimo że drugi taki udokumentowany przypadek to był tylko w
Tropic Thunder). Pamiętam, że Spike, czyli fursona Jacksona wydawał się straszny. Jak wypada dziś? Warstwa muzyczna to zajebioza (prawie, bo w napisach końcowych dostajemy jakąś piosenkę ludową), a reszta...
Problemem jest to, że film nie wie czym ma to być - czy hagiograficzną antologią, zbiorem wideoklipów czy pełnoprawną fabułą. Przez pierwsze dwadzieścia minut dostajemy montaż ukazujący MJa jak drugiego Jezusa, potem jest krindżowa parodia teledysku
Bad (jakbym chciał obejrzeć parodię
Bad, ujrzałbym
Fat Weird Ala. Acz przyznam, że dzieci dobrze grają i mały MJ ma talent komediowy). I dopiero jaaakaś fabułka, czyli
Speed Demon, z dobrą komedią i plastusiami Willa Vintona, jest nawiązanie do jakiegoś obskurnej postaci muzyki, a umowność pewnych zdarzeń lepiej dział niż w późniejszym segmencie (czy MJ cierpi na rozdwojenie jaźni? A reżyser westernu musi być Żydem, bo podczas swego rantu zmienia się w jakiegoś zielonego gremlina). Jak dwa lata temu przyjechał siostrzeniec, to chciał wiecznie słuchać
Crazy Froga i to w kółko. Jako odpowiedzialny wujek siostrzeńcowi pokazałem
Speed Demon (dokładnie od momentu jak MJ ukrył się w charakteryzatorni) mówiąc mu, że to był "Axel F" wujka. Machał w rytm muzyką nóżką, więc muza będzie ponadczasowa. A potem jest
Leave me Alone, który imponujący technicznie, który po prostu videoclipem, który równie dobrze mógłby lecieć na stacjach muzycznych. I ironiczny w kontekście pierwszej połowy.
I jest końcowy segment, który ŁASKAWIE jak normalny 3-aktowy film fabularny i który tak naprawdę powinien być rozłożony na cały metraż. Bo MJ był wtedy bogiem i jakikolwiek film z jego udziałem zarobiłby siano. Widać w fabule jakiś potencjał, nawet jeśli się weźmie pod uwagę, że to jakaś słaba ekranizacja każdej możliwej ejtisowej kreskówki. Bo w obecnym kształcie to widz zadaje pytania. Jaka relacja łączy te dzieciaki i Michaela? Jest jakimś opiekunem prawnym? Krewnym z któregoś z nich? Może wolontariuszem w domu dziecka? Bo czy mają one jakichś rodziców? Chuja wiadomo. I jakiego jest wieku? Nastolatkiem, studentem? Dlaczego po pokonaniu złego wylatuje z miasta na jakiś czas? Żeby zrobić kiepski dramatyzm, o którym wiadomo, że skończy się szczęśliwie. I właściwie kim faktycznie jest bohater Michaela (który nazywa się tak samo)? Bo OK, ściga go Joe Pesci, bo za dużo wie... i nagle Michael zmienia się z dupy jakiegoś transformersa, a nawet dzieci i Pesci mają "czokurwens?" Jakbym ja robił
Moonwalkera, to Smooth Criminal trwa całe 90 minut i MJ robi za rzadko widzianego kuzyna któregoś z dzieci będącego takim spoko starszym bratem, który lepiej zrozumie od rodzica, a gdy trzeba to nakopie do dupy szkolnemu dręczycielowi (albo w tym przypadku Joemu Pesciemu handlującego dragami). Niech się pytają czym się zajmuje, co on zdawkuje lub opowiadane o nim są niedorzeczne rzeczy, co by objawiało się w wideoklipach (na pewno wrzuciłbym
Speed Demon, bo jako jedyny do tej pory miał fabułę). Bo całość realizacyjnie wymiata, a efekty powodują opad szczęki. W szoku byłem, że ta robomaska to efekt praktyczny. I sam Michael gra czasami dobrze, a czasami trochę zapomina (jak czasem w Speed Demon, podczas pościgu to uśmiecha się) i jak jest dobrze prowadzony to potrafi świetnie zagrać, jak w
Bad Scorsese. I jakby lepiej obrał karierę, to miałby parę pamiętnych ról filmowych na koncie. Joe Pesci gra wyjątkowego skurwola i poprzednie wcielenie naszego Nortona, bo tu przynajmniej może krzywdzić dzieci w przeciwieństwie do
Kevina samego w domu (więc też plusy dla filmu, że nie wygładza i jest stawka).
Zmarnowany potencjał i późniejsze filmy służące jako demo reel następnych albumów wypadały lepiej, jak
Ghosts Winstona. I wielka szkoda, że później w życiu Jacksonowi się mocno posypało.
5/10