Nie chcę powtarzać za przedmówcami zbyt wielu słów, ale mam dziwne odczucie, że w Apocalypto każda scena jest pretekstem tylko do pokazania pewnej tezy. Zapewne zabrzmi to nieco obraźliwie, ale film sprawiał wrażenie takiej nieco pozytywistycznej powieści z tezą. Mamy kilka kwestii, które poruszyc trzeba, wiec by łatwo z jednej do drugiej przechodzić wrzućmy ot taką scenkę.
Indianie to dowcipnisie, ludzie tacy jak my, też mają poczucie humoru i każą Grubciowi wcinać jądra, a potem jakby tego było mało podowiadają jak sobie pomóc w akcie prokreacji.
Bo przecież taka kultura jak ichnia bez prokreacji jest kiepska. Grubcio zatem musi się starać.
I tak oto Gibson demitologizuje wierzenia we konsumpcję zwierzęcych organów, które mają cudowną moc.
Podobnie wspominana już scena na piramidzie. [Nie chcę wspominac o tym, że miasto przypominało mi bardziej nasz swojski Biskupin niż aglomerację i szczyt osiągnięć indiańskiej kultury. Różnorodność to kwestia inaczej pomalowanych ciał, tatuaży, kolczyków bądź fryzur. A na środku i tak NIEWIELKI placyk, na którym gawiedź czeka na kolejną turlająca się łepetynę]. Mamy więc na szczycie piramidy grubasne dziecko, co świadczy o zmanierowaniu i dobrobycie klasy rządzącej. Mamy znudzonego Bossa i jego Żonę, którzy nawet zaćmienie słońca potrafią traktować instrumentalnie. To jedna strona medalu.
Z drugeiej jego strony jest Łapa Jaguara, któremu do dalszych przygód jest potrzebne TYLKO to właśnie zaćmienie.
Przypomina mi się tez dziewczynka z trądem, która panowie wojownicy kilka razy kijkiem odepchnęli. To zaś wystarczyło, by mała zaczęła wieszczyć. Wieszczyć pretekst do sceny z czarnym kotem, biegania po lesie i w końcu ubicia tych złych.
Na swój sposób uraziła mnie lekka niekonsekwencja w budowaniu postaci Głównego Złego Wojownika. Najpierw mamy zasadniczego, honorowego śłużbistę, który rozumie zasady walki, a potem gdy jego syn z powodu własnej nieudolności umiera - Główny Zły Wojownik ma już nosie wczesniejsze zasady i organizuje nieprzemyślaną pogoń za Łapą Jaguara.
A co do kwestii wiedzy bądź niewiedzy i odległości od Miasta, mam wrażenie, że 2 dni drogi to niewiele dla pieszych braci Łapy Jaguara. Ponad to podczas spotkania z innym plemieniem, którego też jak dotąd nie znali, dowiadują się o tym, że ktoś ich kolegom zrobił ziaziu. Nie wiadomo kto, nie wiadomo jak. A chyba kapłani z Miasta nie zaczęli swoich krwawych rytuałów przed 5 minutami...?
Mimo to film podobał mi się ogromnie i w dużej mierze zgadzam się z recenzją ze strony. Tak naprawdę film Gibsona zależy od naszych oczekiwań. I pomimo tego, że jest, wg mnie, słabszy od Walecznego serca i Pasji, nadal jest znakomitym, choć bardzo kanonicznym kinem.
Indianie to dowcipnisie, ludzie tacy jak my, też mają poczucie humoru i każą Grubciowi wcinać jądra, a potem jakby tego było mało podowiadają jak sobie pomóc w akcie prokreacji.
Bo przecież taka kultura jak ichnia bez prokreacji jest kiepska. Grubcio zatem musi się starać.
I tak oto Gibson demitologizuje wierzenia we konsumpcję zwierzęcych organów, które mają cudowną moc.
Podobnie wspominana już scena na piramidzie. [Nie chcę wspominac o tym, że miasto przypominało mi bardziej nasz swojski Biskupin niż aglomerację i szczyt osiągnięć indiańskiej kultury. Różnorodność to kwestia inaczej pomalowanych ciał, tatuaży, kolczyków bądź fryzur. A na środku i tak NIEWIELKI placyk, na którym gawiedź czeka na kolejną turlająca się łepetynę]. Mamy więc na szczycie piramidy grubasne dziecko, co świadczy o zmanierowaniu i dobrobycie klasy rządzącej. Mamy znudzonego Bossa i jego Żonę, którzy nawet zaćmienie słońca potrafią traktować instrumentalnie. To jedna strona medalu.
Z drugeiej jego strony jest Łapa Jaguara, któremu do dalszych przygód jest potrzebne TYLKO to właśnie zaćmienie.
Przypomina mi się tez dziewczynka z trądem, która panowie wojownicy kilka razy kijkiem odepchnęli. To zaś wystarczyło, by mała zaczęła wieszczyć. Wieszczyć pretekst do sceny z czarnym kotem, biegania po lesie i w końcu ubicia tych złych.
Na swój sposób uraziła mnie lekka niekonsekwencja w budowaniu postaci Głównego Złego Wojownika. Najpierw mamy zasadniczego, honorowego śłużbistę, który rozumie zasady walki, a potem gdy jego syn z powodu własnej nieudolności umiera - Główny Zły Wojownik ma już nosie wczesniejsze zasady i organizuje nieprzemyślaną pogoń za Łapą Jaguara.
A co do kwestii wiedzy bądź niewiedzy i odległości od Miasta, mam wrażenie, że 2 dni drogi to niewiele dla pieszych braci Łapy Jaguara. Ponad to podczas spotkania z innym plemieniem, którego też jak dotąd nie znali, dowiadują się o tym, że ktoś ich kolegom zrobił ziaziu. Nie wiadomo kto, nie wiadomo jak. A chyba kapłani z Miasta nie zaczęli swoich krwawych rytuałów przed 5 minutami...?
Mimo to film podobał mi się ogromnie i w dużej mierze zgadzam się z recenzją ze strony. Tak naprawdę film Gibsona zależy od naszych oczekiwań. I pomimo tego, że jest, wg mnie, słabszy od Walecznego serca i Pasji, nadal jest znakomitym, choć bardzo kanonicznym kinem.
15-01-2007, 12:58





