![[Obrazek: 47-ronin-two-action-packed-tv-spots.jpg]](http://static.squarespace.com/static/51b3dc8ee4b051b96ceb10de/t/528e5ec3e4b0e3d3b6a53e71/1385062089279/47-ronin-two-action-packed-tv-spots.jpg)
Dobre przygodowe kino!
Lubię feudalną japonię, lubię fantasy, na film poszedłem bez jakichkolwiek wymagań poza dobrą zabawą - oczekiwałem rozwałki z katanami w roli głównej i w głównej mierze to właśnie dostałem.
Historia opiera się oczywiście na tytułowych 47 roninach i ich zemście - dodano wprawdzie postaci czy stworzenia odpowiednie dla mitologii azjatyckiej, jednak wydźwięk i sens oryginalnej opowieści pozostał niezmieniony. Tymczasem nie fabuła gra tu pierwsze skrzypce, a pojedynki i wszelakie sceny "batalistyczne" - i wszystko wypadło tu bardzo dobrze. Oczywiście nie ma to nic wspólnego z fechtowaniem prawdziwym mieczem, jednak wygląda efektownie i bardzo dynamicznie. Problem widzę natomiast z efektami - o ile jeleniorożec i polowanie na niego wypadło bardzo ładnie i przekonywująco, tak ruchy mnichów ze świątyni Tengu ( ) rażą sztucznością i pewną dozą taniości.
Kolejnym zagadnieniem, które mi nie odpowiadało było aktorstwo. Keanu Reeves drewniany jak zwykle, jednak aktora lubię na tyle, iż na ekranie całkowicie mi nie przeszkadza. Irytujący jest natomiast język angielski w wykonaniu Japończyków - o ile niektórzy aktorze nie mieli żadnych problemów z wypowiadaniem kwestii i prawidłowym ich akcentowaniem ( Hiroyuki Sanada klasa jak zwykle, Kô Shibasaki) tak innym wyraźnie sprawiał trudność (Min Tanaka jako lord Asano, Rinko Kikuchi jako wiedźma), przez co zdania jakie wypadają z ich ust są całkowicie nieprzekonujące.
Irytują też wszechobecne wyjaśnienia pewnych japońskich zwrotów - shogun przemawia do dorosłego samuraja, używa zwrotu seppuku, po czym dodaje czym jest ten czyn i dlaczego musi go popełnić. Rozumiem, że są widzowie nieobeznani z kulturą kraju kwitnącej wiśni, jednak z samego kontekstu wydarzeń można domyślić się o co dokładnie święci - wylewanie kawy na ławę jest zbędne. Ten sam problem ma też scena Oprócz tego zabrakło mi jeszcze jednej sceny - pojedynku z "metalowym samurajem", o którym wspominali już poprzednicy. Postać robiła niezłe wrażenie i aż żal, że ją tak zmarnowano. Tak czy owak z końcówki jestem zadowolony - początek zamachu jest bardzo klimatyczny, a i walka z końcowym bossem nie ciągnął się w nieskończoność - był szybki i efektowny. Na plus zaliczyć też można bardzo ładne kostiumy.
Podsumowując, mimo minusów bawiłem się całkiem nieźle. Na koniec zadrżało mi serce, bo obawiałem się Koniec końców z sali kinowej wyszedłem z bananem na twarzy, usatysfakcjonowany z tego, co przed chwilą obejrzałem. 7/10
"Out of the night, When the full moon is bright, Comes the horseman known as Zorro."
17-01-2014, 15:29 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17-01-2014, 16:33 przez Don Diego.)
Spoiler




