Pytanie retoryczne: jeżeli dziewczyna jest bardzo piękna i przesympatyczna to czy ma jakieś znaczenie że niewiele ma w głowie? Jeśli odpowiecie "tak", radzę nie iść na Twórcę i zamiast tego razem z Sheckleyem zastanowić się nad życiowymi wyborami (przeklejać w Krótkiej Piłce cudzą recenzję z podupadłego pisemka, tsk tsk).
Nie da się ukryć, The Creator to niemądry film. Nie obraźliwie głupi jak współczesne Disneye, gdzie scenariusz niczym Rozgdzgdzzdgz zdaje się stanowić środkowy palec pokazany tysiącom lat ludzkiej ewolucji. Po prostu z Edwardsa ponownie i być może najdobitniej w karierze wyłazi filmowy esteta. Ładnie ma być i bonusowo emocjonalnie, a wszystko inne jest nawet nie drugorzędne.
Stąd nie dziwią mnie negatywne recenzje. W dzisiejszych czasach, gdy wszystko jest ideologiczne a film na dodatek sięga po modny temat AI oczekujemy, że będzie miał COŚ do powiedzenia. Ja sam przez pierwszą połowę seansu próbowałem dojść czym jest to coś. W pewnym momencie olśniło mnie: niczym. Nawet ostentacyjnie najbardziej dobitny anty-imperialistyczno-amerykanizm jest w sumie dość powierzchowny i sprowadza się do powtórzenia historycznych bądź filmowych obrazów: Nomad niczym drugowojenna latająca forteca zamieniająca miasta Osi w szkło; liczne sceny walące na kilometr Wietnamem, a w szczególności Plutonem, i tak dalej i tym podobne. Wydawałoby się kluczowa kwestia ataku nuklearnego na LA (udawajmy przez chwilę że w Kalifornii mieszkają prawdziwi ludzie i rzeczywiście była to tragedia) zostaje zmieciona na bok dwoma zdaniami Watanabe - Edwards nie pozwoli by ból głowy z obrazkami (jak zapewne nazywa myślenie) stanął na drodze pięknym widokom i wyciskaniu łez. To jednak cokolwiek zabawne że w dobie strajku scenarzystów dostajemy historię w której
hi hi.
I wszystko to nawet by mnie zabolało, ale widoczki istotnie są piękne a łzy niemal popłynęły (gdybym nie był takim kultowym twardzielem rodem z lat 80, stałoby się to na pewno). The Creator to filmowy majstersztyk. Faktycznie, dużo tu cytatów z Camerona, ale są też rozkosznie dziwne momenty, które skojarzyły mi się z Verhoevenem (choć nie tak liczne i wybitne): scena z psem, 30 sekund "wskrzeszonego" Shipleya, nienagannie uprzejme kociołki-samobójcy, śmierć głównej złej... Sceny pozostające w pamięci nawet jeśli reszta filmu się z czasem zatrze, będące we współczesnym kinie popcornowym bliskie wymarcia.
Aktorsko - John Washington gra Denzela Washingtona. Wcześniej widziałem go chyba tylko w Tenecie i tam nie sięgał tak ostentacyjnie po charakterystyczne manieryzmy na których tatuś zbudował swoją karierę. A ponieważ Denzel ma zdecydowanie więcej naturalnej charyzmy, efekt jest co najwyżej solidny. Dzięki Bogu mała aktorka grająca Alphie emocjonalnie ciągnie film, wychodząc poza poziom "uroczego dziecka kompetentnie dukającego kwestie" który zwykle wystarcza pospólstwu by okrzyknąć rolę wybitną. Ostatnie ujęcie na twarz dziewczynki utwierdza w przekonaniu, że zobaczyło się coś wyjątkowego.
Co do głównego czarnego charakteru - na papierze postać Howell to praktycznie klon Milesa Quaritcha. O ile jednak Lang poszedł w zajebistą i kultową, ale jednak karykaturę, Janney zrobiła odwrotnie. Howell jest bardzo oszczędna i rzeczowa, a napędzająca ją fanatyczna nienawiść pozostaje stale pod kontrolą, widoczna jedynie w drobnych szczegółach gry aktorskiej. A ponieważ scenariusz traktuje niestety tą postać cokolwiek utylitarnie, łatwo zbyć rolę jako nijaką. Zwłaszcza jeżeli jest się wyrobnikiem z Nowej Fantastyki.
Nienawidzę rad spod znaku "wyłącz mózg a będziesz się świetnie bawił", powiem więc zamiast tego "nie przejmuj się czy i co do tego mózgu dociera i zamiast tego po prostu chłoń Kino".
9/10
30-09-2023, 21:44
Spoiler




