Film z lekkim przymrużeniem oka o frustracji związanej z szeroko pojętą degrengoladą społeczną manifestowaną np. w głupiutkich programach MTV. Frank, typowy urzędas postanawia wyjść na ulicę i zrobić porządek. Dosyć ograny motyw, ale daje dużo frajdy. Szczególne brawa dla Tara Lynne Barr, która talentem przypomina Chloe Moretz znaną choćby z Kick Ass i tutaj całkowicie przyćmiewa gościa grającego Franka. Mam nadzieję, że dostanie więcej ciekawych ról. Końcówka lekko rozczarowuje, ale przez resztę filmu można się nieźle ubawić.
Poza kilkoma fajnymi scenami, ten film jest nudny. Nie podobał mi się motyw, że do Franka przylepia się małolata, która również ma dosyć świata i nagle tworzą wielką parę. Po trailerze spodziewałem się zupełnie czegoś innego. Końcówka dobra, bo tylko takie rozwiązanie było rozsądne.
Krótko: pomysł był ok, ale wykonanie od czapy. Przede wszystkim film leży pod względem bohaterów - ani Franka, ani tej małej ni cholery nie idzie lubić, a tym bardziej im kibicować, a ich przedstawienie to jakaś pomyłka. On narzeka na to, na co sam się właściwie naraża (bo czy ktoś mu każe nic nie robić w domu poza zmianą kanałów w tv, a tym bardziej słuchać tego samego w radiu, gdy jedzie do pracy?!), z kolei ona pojawia się z dupy i taką też ma motywację (a przy tym widz sam ma ochotę ją rozwalić). Fabularnie zresztą film także nie powala - fakt, jest kilka fajnych i jakże celnych scenek, ale 90% czasu ekranowego sprowadza się do tego, że nasz super duet strzela bez ładu i składu do wszystkiego, co akurat wyda im się irytujące. Słowem: zieeeew. Końcówka niby ok, ale jeśli wziąć pod uwagę motyw choroby, to za cholerę nie ma sensu. Mocny przeciętniak do zapomnienia.
Mefisto trafił w sedno. Pseudo-Juno i pseudo-D-Fens jeżdżą po Stanach i prowadzą przydługie, nieciekawe tyrady o polityce i popkulturze, z których nic nie wynika, a które przysłaniają nieliczne ciekawe sceny, jakie udało się Goldweightowi napisać. Strasznie to rozlazłe, pretensjonalne i bezcelowe, nie sprawdza się w sumie na żadnej płaszczyźnie.
"to że gej sobie nie może wziąć ślubu to jest sprawa kościoła" - vast
Cytat:On narzeka na to, na co sam się właściwie naraża (bo czy ktoś mu każe nic nie robić w domu poza zmianą kanałów w tv, a tym bardziej słuchać tego samego w radiu, gdy jedzie do pracy?!
Dokładnie to samo pisałem. Podobno cytowanie samego siebie nie jest fajne, dlatego zacytuję samego siebie:
Główny bohater chce spalić żywcem nastolatkę, bo ta występuje w jakimś durnym reality show i pyskuje rodzicom. I to mu się nie podoba, dziewczyna jest nieuprzejma, rozpuszczona, opryskliwa, więc musi zginąć. Na domiar złego koleś nie potrafi wyłączyć telewizora (w Ameryce Goldthwaita najwyraźniej istnieje jakiś rządowy przymus oglądania najgłupszych programów w tv), co tylko pogłębia jego frustrację. Zamiast np. poczytać książkę albo pójść na spacer, ów zboczeniec przeskakuje z kanału na kanał faszerując się różnymi reality show, talk show, serwisami informacyjnymi, reklamami etc. Oczywiście celem pogłębienia psychologii zboczeńca, reżyser wprowadza motyw, że jest rozwiedziony i że ma guza mózgu. Huj mu w dupe, niech zdycha. Gwoździem do trumny tego ze wszech miar gównianego filmu jest nachalne moralniactwo na poziomie "dokąd ten świat zmierza".
(...)
Bardzo lubię postacie wyjętych spod prawa przestępców, "ostatnich kontestatorów systemu" (outlaws) i nie ukrywam, że często solidaryzuje się z nimi. Tymczasem panu Goldthwaitowi udało się nakręcić film, w którym nie mogłem się doczekać, aż system (policja) zabije parkę psycholi.
Dno w trzy dupy, nie polecam, 1/10 - za muze i scenę kupowania broni.