Inception (2010)
Dude, nie równaj w dół, bo później jesteś wdzięczny za sprawy oczywiste Oczko.
I do not believe in the creed professed by the Jewish Church, by the Roman Church, by the Greek Church, by the Turkish Church, by the Protestant Church, nor by any church that I know of. My own mind is my own church

Odpowiedz
W niedzielę miałem okazję obejrzeć Incepcję po raz trzeci, i chyba powinienem więcej tego filmu nie tykać, bo po tym co zobaczyłem mocno u mnie stracił. Chociaż określenie "po tym co zobaczyłem" jest nieco na wyrost, bo zwyczajnie odrzucało mnie od ekranu i po prostu zająłem się innymi sprawami, co jakiś czas tylko rzucając okiem.

Z tego co widziałem nasunął mi się miażdżący dla filmu wniosek, według którego jest on niczym innym jak tylko sztuczką, fajnym konceptem, któremu zabrakło jednak ciekawej historii, bo ta akurat jest w Incepcji beznadziejna i totalnie nieangażująca. (poprzednim razem pisałem co innego i jest dla mnie wręcz zaskakujące, jak różnie na przestrzeni czasu można odebrać ten sam film) Co mnie obchodzi jakiś biznesmen i zaszczepienie mu w głowie idei? Ach tak, jest Cobb, którego historia powinna stanowić emocjonalny punkt zaczepienia. Tylko że 1) motyw powrotu do dzieci nie jest dla mnie wystarczającym powodem, by kibicować bohaterowi w jego misji, tym bardziej że dziadek mógł jest mu po prostu przywieźć 2) wątek żony, jakkolwiek dobry - przyznaję, też słabuje, bo to wyłącznie projekcja jego podświadomości, odnoszę zresztą wrażenie że film mógłby się bez niej spokojnie obejść i wynika ona wyłącznie z konieczności umieszczenia w scenariuszu postaci kobiecej.

To samo tyczy się Ariadne, która dodatkowo stanowi żenujący przykład stosowania łopatologii. Wcześniej jakoś tego nie zauważyłem, ale tym razem uderzył mnie moment w hotelu, w którym rzuca "Do czyjej podświadomości teraz wchodzimy?" po czym bohaterowie odpowiadają jej opowiadając film, ergo mówiąc na głos co się właśnie dzieje. AAAAARGH. Jej rozmowy z Leo to też fatalne wyjaśnianie na głos tego, co oczywiste.

Najgorsze jest jednak zakończenie z bączkiem. Przyznaję, że cięcie w momencie zachwiania się jest fajnym, choć mega banalnym zabiegiem, ale Nolan nie powinien tego robić. Dlaczego? Bo dając do zrozumienia, że to może być sen, jednocześnie kwestionuje sens powstania tego filmu, daje do zrozumienia, że to pozbawione sensu, nieuzasadnione 130 minut, no bo po co opowiadać historię, która nie niesie za sobą żadnych konsekwencji, która się tak naprawdę nie wydarzyła?

Jeden z najbardziej przecenianych filmów w historii kina.

Odpowiedz
Caly czas jestem po jednym seansie (film ocenilem bardzo wysoko, padaly hasla z cyklu "najlepszy akcyjniak od czasu T2" itp) i jakos nie mam ochoty na powtorke z rozrywki. Z jednej strony zniechecaja mnie negatywne opinie, z drugiej...zwyczajnie mi ten film powiewa. Cos dziwnego, bo normalnie, gdy film mnie rozwali podczas pierwszego seansu, to szybko zaliczam kolejne, kupuje plytke z filmem, plakat oraz zestaw gum z naklekami i specjalnym katalogiem Oczko Czyzby ten film, mial cos wspolnego z The Prestige? Moze incepcja, to tania, jarmarczna sztuczka, ktora po poznaniu jej tajemnicy, zwyczajnie przestaje bawic. Znajde odrobine wolnego czasu, to zalicze zakupy w wiadomej hurtowni i sie przekonam Oczko
Holiness is in right action, and courage on behalf of those who cannot defend themselves.

Odpowiedz
A ja w sumie już z 5 razy widziałem ten film i pewnie teraz podczas wakacji znowu sobie "Inception" obejrzę. Oczywiście można się do paru rzeczy przyczepić i za któryś tam razem hype jest mniejszy, ale mnie się ten film dalej bardzo dobrze ogląda i miło spędzam przy nim czas.

Co do bączka to też nie mogę się do końca zgodzić. W sumie gdyby nie on, to nie byłoby kilka stron tego tematu Oczko A na poważniej to nie jest to do końca zaprzeczenie całego filmu. Jak się przeanalizuje trochę książek i opowiadań Philipa K. Dicka to też widać, że autor nigdy nie daje pewnych odpowiedzi i często pozostaje czytelnika niepewnym czy coś jest rzeczywiste czy nie. Weźmy najlepiej najsłynniejszą adaptację "Blade Runnera". Czy film traci, czy zyskuje, że nie ma ostatecznej odpowiedzi czy Deckard jest androidem czy nie?
Według mnie zyskuje, dając widzowi wolną rękę i zmuszając go do jakiejś refelksji i tak samo jest z "Inception".
/www.filmmusic.pl - me recki 
#istandbydaenerys






Odpowiedz
(19-07-2011, 00:07)Mierzwiak napisał(a): no bo po co opowiadać historię, która nie niesie za sobą żadnych konsekwencji, która się tak naprawdę nie wydarzyła?

Dla Cobba jest rzeczywista i niesie konsekwencje, bo - czy śni, czy nie - w końcu dotarł do celu.
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
Skoro śni, to znaczy że do celu nie dotarł, bo tylko mu się tak wydaje. Cobb może sobie być szczęśliwy, bo w końcu spotkał się z dziećmi, ale co to oznacza dla mnie jako dla widza? Wielkie nic.

(19-07-2011, 01:55)Lawrence napisał(a): Weźmy najlepiej najsłynniejszą adaptację "Blade Runnera". Czy film traci, czy zyskuje, że nie ma ostatecznej odpowiedzi czy Deckard jest androidem czy nie?
Chybione porównanie. Zgadnij dlaczego.

Odpowiedz
Zgadzam się z Mierzwiakiem.


Odpowiedz
(19-07-2011, 11:03)Mierzwiak napisał(a):
(19-07-2011, 01:55)Lawrence napisał(a): Weźmy najlepiej najsłynniejszą adaptację "Blade Runnera". Czy film traci, czy zyskuje, że nie ma ostatecznej odpowiedzi czy Deckard jest androidem czy nie?
Chybione porównanie. Zgadnij dlaczego.

Oświeć mnie, gdyż niestety zgadnąć nie mogę. To, że porównuje nie oznacza, że mierzę te filmy jedną miarą.

/www.filmmusic.pl - me recki 
#istandbydaenerys






Odpowiedz
1) Jeśli adaptacja, to "Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?", bo tak nazywa się powieść Dicka.
2) Czy Deckard jest androidem czy nie, ma znaczenie, ponieważ to fakt rzeczywisty, natomiast jeśli Cobb żyje we śnie, to po przebudzeniu wszystkie jego dokonania stają się ułudą, nie miały miejsca, nie mają wartości.
@Patyczak:
Im częściej na mnie kamieniem rzucicie,
sami złożycie stos - - stanę na szczycie.


Grastroskopia - Bortal dobrze wpływa na trawienie gier


Odpowiedz
Dlatego, że interpretacja mówiąca że Decard jest androidem nie czyni filmu bezsensownym i nieuzasadnionym, wręcz przeciwnie - rzuca na niego nowe światło, czyni ciekawszy, pozwala spojrzeć na niego w nowym świetle.

Incepcja: jeśli rzeczywistość=sen, to ja się pytam po co wydawać 160 milionów na fabułę, która donikąd nie prowadzi, nie niesie za sobą żadnych konsekwencji fabularnych, emocjonalnych i dramaturgicznych, która jest wyłącznie iluzją? To tak jakby rzeczywistość (ta najprawdziwsza) w Matriksie też była wirtualną projekcją. Uczyniłoby to całą trylogię totalnym bezsensem.

Odpowiedz
Jeśli to, czy bączek upadnie lub nie upadnie nie jest istotne, to prowadzi to dokądś, innymi słowy film jest majstersztykiem dramaturgicznym i emocjonalnym, dalekim od bezsensu, o czym w tym wątku była mowa wielokrotnie Uśmiech

Odpowiedz
Incepcja jest jak nudne ćwiczenie zagrywki na lekcję muzyki. A łopatologia dialogów prowadzi do sporej irytacji. Z tego, co pamiętam, część postaci jest absolutnie zbędna i niepotrzebna. Ariadne zupełnie niewykorzystana, kręci się bez sensu po planie zapodając jakieś suchary i robiąc psychoanalizę Cobb'owi. Ten chemik, który wprowadza ich w sen też jest raczej niepoważny i schematyczny. Również Eames i Arthur to postacie strasznie papierowe i pozbawione zapamiętywalnych cech osobowości. Jak sobie dobrze przypominam, to strasznie mnie też irytowała muzyka, nazbyt bombastyczna i przesadnie dramatyczna.

Efekty specjalne? A tak, coś tam było. Na przykład wirujący korytarz hotelowy i walka w środku. Niby fajne, ale zawstydza mnie to, iż podobny efekt zastosowano już w filmie Royal Wedding z 1951 r. Z Fred'em Astaire i to bez żadnych komputerów i nowoczesnych bajerów.

Na końcu ten nieszczęsny bączek - motyw tak ograny i przewidywalny, że załamał mnie zupełnie. Jak Nolan mógł wpaść na coś tak banalnego
i głupiego? Czowiek, który zrobił Following, Memento, Bezsenność łapie się tanich chwytów z drugoligowych filmów. Chyba, że film był kręcony wyłącznie z myślą o Amerykanach, wtedy rozumiem łopatologię i tanie zagrywki.

Także trochę to wszystko nazbyt lipne jak na wielkie dzieło.

Odpowiedz
Dla mnie jest i nikt mnie nie przekona, że to majstersztyk (!!!).

To chyba najlepszy przykład kina jednorazowego - po wyjściu z seansu byłem bardzo zadowolony i najlepiej dla filmu byłoby obejrzeć go raz i nigdy już więcej nie wracać. Nie zastanawiać się nad scenariuszem, nie dostawać po głowie łopatologią i nie musieć znosić niekończącej się ekspozycji.

Odpowiedz
(19-07-2011, 12:38)Mierzwiak napisał(a): To chyba najlepszy przykład kina jednorazowego

To zależy jak dla kogo. Ja widziałem dwa razy i cały czas film mi się podobał i na pewno zobaczę jeszcze raz. Dla mnie to nadal fajne kino rozrywkowe.

www.filmweb.pl/user/Azgaroth_2

Odpowiedz
(19-07-2011, 11:03)Mierzwiak napisał(a): Skoro śni, to znaczy że do celu nie dotarł, bo tylko mu się tak wydaje. Cobb może sobie być szczęśliwy, bo w końcu spotkał się z dziećmi, ale co to oznacza dla mnie jako dla widza? Wielkie nic.
Cały film jest o tym, że sen / wizja czegoś, co nie istnieje jest wartościowa. Przecież o to chodzi we włamie do snu Cilliana Murphy'ego i daniu mu katharsis, tak jak w zmyślonym filmie. To czy Cobb śni, czy nie, nie ma większego znaczenia - tak czy siak, to fikcja.

Cytat:Incepcja: jeśli rzeczywistość=sen, to ja się pytam po co wydawać 160 milionów na fabułę, która donikąd nie prowadzi, nie niesie za sobą żadnych konsekwencji fabularnych, emocjonalnych i dramaturgicznych, która jest wyłącznie iluzją?
Emocjonalne i dramaturgiczne niesie, bo Cobb ciągle przeżywa to, co przeżywa. Sęk w tym, że przeżywa w swojej głowie, nie w rzeczywistości. Tak jak Cillian Murphy. Emocjonalnie historia ciągle jest prawdziwa, mimo że to iluzja. Jak z oglądaniem filmu...

Cytat:To tak jakby rzeczywistość (ta najprawdziwsza) w Matriksie też była wirtualną projekcją. Uczyniłoby to całą trylogię totalnym bezsensem.
Była taka teoria po drugim filmie i powiem, że znacznie ciekawszą robiła trylogie niż rozwiązanie z trzeciego filmu. Uśmiech Mówiło się, że Neo zatrzymał roboty w prawdziwej rzeczywistości, bo tak naprawdę prawdziwa rzeczywistość to testowy program Matriksa, w którym ciągle wszyscy - Neo, cały Zion - to ciągle maszyny. To fajna teoria była całkiem.

Odpowiedz
(19-07-2011, 12:45)Crov napisał(a): To czy Cobb śni, czy nie, nie ma większego znaczenia - tak czy siak, to fikcja.
A ja myślałem że film dokumentalny ;] Filmu nie rozpatrujesz w granicach swojej rzeczywistości, tylko ekranowej, więc stwierdzenie "tak czy siak to fikcja" nie ma prawa bytu, tym bardziej jako usprawiedliwienie dla dowolnych nonsensów które wymyślił sobie reżyser.

- Zakończenie LOST jest do dupy.
- Nie, nie jest, to tylko fikcja.

Eee...

Cytat:Emocjonalne i dramaturgiczne niesie, bo Cobb ciągle przeżywa to, co przeżywa.
Ale ja nie przeżywam z nim, bo jego rozterki i problemy mnie nie ruszają ani nie interesują. W tym rzecz. Nie ma więzi między mną, a bohaterem, ergo nie ma zaangażowanie z mojej strony w historię. Zwłaszcza, jeśli była ona 130 minutowym złudzeniem.

Odpowiedz
To jest właśnie największy problem z tym dziełem - brak jakiegokolwiek emocjonalnego związania z losami bohaterów. Guzik mnie obchodzi co się z nimi stanie. Nie ma dramatu, a więc zostają dwie godziny naparzania i strzelania nie wiadomo po co. Bez dialogów i postaci nie ma filmu.

Odpowiedz
Mierzwiak napisał(a):Ale ja nie przeżywam z nim, bo jego rozterki i problemy mnie nie ruszają ani nie interesują.
Filmu nie rozpatrujesz w granicach swojej rzeczywistości, tylko ekranowej... Oczko Zgadzam się z tym, że nie przeżywam z nim, bo ja też nie przeżywałem, ale nie uważam tego za słabość konstrukcji czy konceptu, ale samego filmu (poza konstrukcją i pomysłem na metafilmowość przypominającą np The Tempest Shakespeare'a ten film niczym mnie nie zainteresował tak na poważnie).

(Bo koncept, że to, co nieprawdziwe można przeżywać naprawdę - a taką tezę forsuje Inception - jest mi bliski i zgadzam się z nim (zresztą, każdemu kinomanowi powinno być to bliskie).)

Jego rozterki i problemy są prawdziwe, iluzją jest tylko kontekst. Cobb, jako osoba, naprawdę boryka się z tymi problemami - nieświadom ewentualnie fałszywej rzeczywistości. A rzeczywistość ta - nawet fikcyjna - ma ustalone zasady - jest konkretnie z góry ustalona, toteż nie dopuszcza nonsensów kierowanych widzimisię. W rezultacie nie ma znaczenia czy to sen, czy nie, bo przeżycia są te same. Ergo: w sumie to czy bączek - się przewraca czy nie, nie ma właściwie znaczenia. Oczko

Odpowiedz
Jeżeli to, czy bączek się przewraca, czy nie jest nieistotne, to cała ta scena jest niepotrzebna i należało ją wywalić.

Odpowiedz
Nieistotne dla historii i fabuły, nie dla samego filmu. W rzeczywistości ten ostatni kadr mógł być sposobem Nolana na zmuszenie widzów do lepszego przemyślenia filmu i łatwiejszego odkrycia, co miał na myśli.

Jeśli to, o czym piszę, miał na myśli. Uśmiech

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  








Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości