Red Crow
Liczba postów: 12,733
Liczba wątków: 50
Holocaust F - nie uważam się za znawcę polskiej s-f, znam jedynie klasykę, czyli Lema, Zajdla, Dukaja, ale mimo to pozwole sobie stwierdzić, że debiutancka powieść Zbierzchowskiego to jedna z najlepszych polskich książek z tego gatunku ever. Być może nie tylko polskich, bo gdybym układał swój osobisty ranking, z pewnością otarałby się o TOP 10.
Niesamowicie sugestywna i mocno dołująca wizja rozpadającego się, popierdolonego świata, stojącego na krawędzi zagłady (a w zasadzie już lecącego w przepaść), osadzona w bliskiej nam, nie aż tak odległej przyszłości, okraszona solidną dawką metafizyki, technologicznego żargonu i rozważaniami na temat postępującej dehumanizacji i pochłaniajacej ludzkość cyfryzacji (ale nie tylko, bo to wciąż jedynie wierzchołek góry poruszanych tutaj zagadnień).
Nie brakuje również tego, co tygryski lubią najbardziej - czyli opisanej z wielkim rozmachem krwawej, cyberpunkowej akcji. Wszystko wymieszane w zdrowych proporcjach i podane w bardzo dobrym stylu. Zbierzchowski nie popisuje się formą, nie odkrywa gatunku na nowo, ale w umiejętny sposób żonlguje znanymi motywami, jednocześnie dostarczając rozrywki i zmuszając do przemyśleń. Od początku rzuca na głęboką wodę, by potem stopniowo wyjaśniać i poszerzać konteksty i poszczególne koncepty. Nie leje wody; jego wizja jest niesamowicie zwarta i konkretna, a obserwacja rzeczywistości i wysnuwane wnioski niepokojaco celne. I co najważniejsze, pomimo zawartej tutaj głębi i snucia rozważań na naprawdę ciężkie tematy, akcja jest znakomicie skondensowana i nie pozwala się oderwać. Nieraz powrócę, bo to wysokokalibrowa literatura, której obecnie ze świeczką szukać, zasługująca na wszystkie Locusy i Nebule tego świata.
06-07-2020, 20:40
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06-07-2020, 20:41 przez nawrocki.)
Netrunner Junkie
Liczba postów: 2,999
Liczba wątków: 1
@nawrocki
"Futu.re" Glukhovsky może czytałeś? Ciekawi mnie jak książka Zbierzchowskiego wypada na tym tle. Swoją drogą, całkiem to dobry kawał czytadła, również udanie mielący cyberpunkowe motywy.
06-07-2020, 21:36
Red Crow
Liczba postów: 12,733
Liczba wątków: 50
Nie czytałem.
06-07-2020, 23:15
Agent Putina
Liczba postów: 4,414
Liczba wątków: 21
Fear, L. Ron Hubbard
Tak, tego Hubbarda. Przy okazji dyskusji na temat Malowanego Ptaka ktoś rzucił, że guru Toma Cruise'a też pisał i był łajzą; pomyślałem sobie, że w sumie nic jego nie czytałem, a ponieważ nie chce mi się przedzierać przez 1000 stron Battlefield Earth (ponoć książka lepsza od filmu, choć to żadne osiągnięcie), wybrałem minipowieść grozy z 1940 roku, opatrzoną zaskakująco licznymi komplementami ze strony tuzów gatunku. Akurat pochwała Kinga niewiele znaczy, bo Stefek sypie nimi na lewo i prawo, a na każdego Strauba przypada u niego co najmniej jedna Paula Hawkins. Tym niemniej utwór cieszy się najwyraźniej opinią nieco zapomnianego klasyka gatunku. Poza tym bardzo łatwo oddzielić tu twórcę i twór, bo w Fear nie ma mowy o Xenu, thetanach czy Dianetyce.
Punkt wyjściowy jest prosty: wykładowca antropologii tego samego dnia traci pracę i gubi cztery godziny z pamięci oraz kapelusz. W miarę jak próbuje odtworzyć co wydarzyło się w tym czasie otaczająca go rzeczywistość zaczyna się rozpadać.
Świetna rzecz, jako studium paranoi jednocześnie wywodząca się z Poego i zapowiadająca Philipa Dicka. Ten ostatni zresztą powiedział ponoć: What I’m writing is really psychological fantasies, on the order of L. Ron Hubbard’s Fear. Without Fear, I would never have come up with what I do. I rzeczywiście, Hubbard rzuca tu pomysłami, które nasz ulubiony schizofrenik rozwinie później w swoich tekstach. Szczególnie rzuca się w oczy podobieństwo jednego motywu do chociażby Elektrycznej Mrówki, a i skojarzenia z Ubikiem są chyba uzasadnione. Dicka przywodzi na myśl również umiejętne operowanie groteską, zwłaszcza w rozkosznie koszmarnym rozdziale trzecim z jego nagromadzeniem ekscentrycznych widm.
Drugie skojarzenie, tym razem pod względem językowym, to Bradbury (który też chwalił Fear). Jakiś krytyk określił kiedyś styl Raya trafnym mianem "overripe" i określenie pasuje również do tekstu Hubbarda. Bardzo to wszystko jesienne (choć akcja toczy się przecież wiosną), z atmosferą na granicy rozkwitu i gnicia. Poza tym mam słabość do dobrych metafor, a te są miejscami pierwszorzędne:
Dead men stared frostily out of frames. An eyeless bust of Cicero stood guard over a case of books which no one ever read. The chairs were so deep and so ancient that they might have been suspected of holding many a corpse that they had drowned. Jebson was looking out of the window as though his inattention there might result in a collapse of the entire scene visible from it.
Jeśli miałbym już formułować jakieś zarzuty, to widzieliśmy podobne zakończenie wielokrotnie w innych tekstach i filmach... Ale w 1940 było ono zdecydowanie mniej zużyte. Równie dobrze można by krytykować Carnival of Souls, bo inne horrory z niego zżynały. Po drugie, symbolika prześladujących protagonistę wizji jest chwilami trochę nachalna i zalatuje Freudem dla początkujących. Z tych dwóch powodów nietrudno odgadnąć przed bohaterem co stało się z jego czterema godzinami.
Rzuciło mi się jeszcze jedno skojarzenie - nie zdziwiłoby mnie wcale, gdyby fanami Fear okazali się twórcy pewnej znanej japońskiej gry wideo. Główny bohater morduje swoją żonę imieniem Mary i wypiera ten fakt z pamięci, ale wyrzuty sumienia materializują się pod postacią prześladujących go demonów. Polecam bardzo, idealna lektura na Halloween.
29-08-2020, 20:40
Pan Drzewo
Liczba postów: 1,856
Liczba wątków: 14
Ostatnio nadrabiam klasykę, więc na szybko:
Szwejk Haszka
Dobre to, całkiem zabawne, nie spodziewałem się tak czarnego momentami humoru. Z czasem zaczyna nużyć powtarzającymi się monologami Szwejka i jego perypetiami opartymi na nieporozumieniach i zbiegach okoliczności, mimo to szkoda, że powieść nie została dokończona. Nie zdawałem sobie sprawy, że Heller przy pisaniu mojego ukochanego Paragrafu 22 tak wiele czerpał z Haszka. Chociażby dlatego warto było przeczytać.
Dżuma
Idealny czas na zaliczenie. Podobało mi się przedstawienie rozprzestrzeniania się zarazy i wszystkiego, co z tym związane (znajdzie się trochę analogii, jeśli przyłożyć do tego A.D. 2020). Nie podobało mi się, że bohaterowie często wypowiadają się za autora i przedstawiają jego poglądy, zamiast mówić jak ludzie. To ogólnie bolączka powieści tego typu i pewnie bez niej nie byłoby ani statusu w annałach literatury, ani obecności na liście lektur szkolnych. A szkoda, bo to najsłabszy element. Przyuważyłem, że powstała adaptacja (ze świetną obsadą, bo jest tu między innymi duet z "Pocałunku kobiety pająką" i Robert Duvall, którego zawsze dobrze widzieć na ekranie), ale przeczuwam, że jest mierna.
Plus coś, co klasyką nie jest - Zimna góra
Przyjemne czytadło. Spodziewałem się letniej historii, a jest tu całkiem ostro. Oczywiście nie tak, jak u McCarthy'ego, ale wystarczająco dosadnie. Standardowo opisy przyrody przynudzają (to jest plaga, plaga), ale szybko ustępują miejsca fabule podzielonej na dwa wątki, z których ten pozornie mniej interesujący (kobieta sama na farmie) też daje radę. Zawsze olewałem "Wzgórze nadziei", ale dzięki książce z pewnością obejrzę, tym bardziej, że wśród gwiazdorskiej osady jest nieodżałowany Philip Seymour Hoffman.
Co do dyskusji trochę wyżej - czytać Klaudiusza. Wielka powieść, Gra o tron przed Grą o tron, a rozdziały poświęcone rządom Kaliguli są doskonałe.
15-09-2020, 17:31
.
Liczba postów: 28,049
Liczba wątków: 62
(15-09-2020, 17:31)Norton napisał(a): Szwejk Haszka
Dobre to, całkiem zabawne, nie spodziewałem się tak czarnego momentami humoru. Z czasem zaczyna nużyć powtarzającymi się monologami Szwejka i jego perypetiami opartymi na nieporozumieniach i zbiegach okoliczności, mimo to szkoda, że powieść nie została dokończona. Nie zdawałem sobie sprawy, że Heller przy pisaniu mojego ukochanego Paragrafu 22 tak wiele czerpał z Haszka. Chociażby dlatego warto było przeczytać.
O, ciekawe, że wspomniałeś o podobieństwie tych dwóch książek, bo dla mnie to bardzo podobne przypadki: pojedyncze fragmenty są genialne i ogólnie pomysł na postaci, atmosfera są wspaniałe, ale nie potrafiłem dobrnąć poza trzechsetną stronę, bo wszystkie te przygody Szwejka i Yossariana są bardzo podobne, tak samo absurdalne i śmieszno-gorzkie, czułem się jakbym oglądał drugi, trzeci, czwarty sezon serialu jadącego ciągle na tym samym pomyśle.
Może to też kwestia tego, że zasadniczo nie mam cierpliwości do książek, jak mnie coś nudzi po kilkunastu stronach, to odkładam, zupełnie nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy potrafią przeczytać jakieś opasłe tomiszcze, stwierdzić, że się mocno męczyli przy większości opisów, ale dali radę.
15-09-2020, 18:18
Red Crow
Liczba postów: 12,733
Liczba wątków: 50
Wydech Teda Chianga. Z niemałym wstyd przyznaję, że to w zasadzie mój pierwszy kontakt z tym pisarzem, nie licząc być może seansu "Arrival", którego scenariusz jest oparty na jego prozie. Od dawna wiedziałem, że ma reputację jednego z najlepszych współczesnych pisarzy s-f, ale nie wiedzieć czemu odkładałem to spotkanie w czasie. Zupełnie niepotrzebnie.
Jego najnowszy zbiór to dziewięć bardzo dobrych opowiadań, poruszających różnorakie zagadnienia, niemal każde bardzo stymulujące intelektualnie i zmuszajace do zadawania rozmaitych, często zaskakujących pytań. Chiang chwyta się różnych konceptów, osadza w nich wciągjącą fabułę i praktycznie za każdym razem wyciska z nawet na pierwszy rzut oka oklepanych zagadnień coś świeżego, patrzy na nie z innej perspektywy, skupia się zarówno na naukowym jak i ludzkim wymiarze historii. Jest przy tym doskonały językowo i narracyjnie, warsztat pisarski na bardzo wysokim poziomie, czyta się to z ogromną przyjemnością (pomimo niekiedy lekko przytłaczajacego techno-żargonu) i poczuciem obcowania z najlepszym, co obecnie ma do zaoferowania literatura s-f.
21-09-2020, 16:52
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21-09-2020, 16:54 przez nawrocki.)
Uzurpator
Liczba postów: 1,519
Liczba wątków: 7
(17-07-2017, 12:18)nawrocki napisał(a): Dom z liści - świetna rzecz. Na poziomie samej konstrukcji to małe arcydzieło, struktura książki, gdzie przeplatają się ze sobą dwie narracje, dodatkowo obie opatrzone przypisami, jest pomyślana kapitalnie i dzięki temu ta dość prosta w gruncie rzeczy historia nabiera nowego wymiaru, kiedy odnajdzie się poukywane przez autora tropy czy wskazówki dotyczące interpretacji niektórych wydarzeń, lub kiedy czasem "prawdziwe cytaty" czy profesjonalne "analizy" zdają się mówić o wydarzeniach coś zupełnie innego. Widać również, że Danielewski lubuję się w trollingu czytelnika, zwodzi, podsuwa coś, co wydaje się ważne i każe analizować, by za kilkadziesiąt stron to deprecjonować, zbywając "naukowym" cytatem czy przypisem "od wydawnictwa", w najciekawszych momentach zaś potrafi wpieprzyć dygresję, ciagnącą się przez 20 stron. :D Pytanie, czy to brednie samotnego starca, ćpuński odlot, prawdziwa historia pojawia się w zasadzie na samym początku. Którą wersję się wybierze, zależy od czytającego, Danielewski sugeruje, ale nic nie mówi wprost.(...)
jakby ktos przegapil recke nawrockiego sprzed 3 laty, to odswieżam. Czemu taka kultowa książka dostała sie w moje ręce dopiero niedawno? nie mam pojecia. pomijam mnogość interpretacji, zabawy z czytelnikiem, fascynujace dygresje - historia sama w sobie to jedno z ciekawszych ujęc, nie wiem, absolutu? choroby psychicznej? a może mamy do czynienia ze szczytowym osiągnieciem w dziedzinie trollingu? niesamowity trip, książka-narkotyk. ciekawe czy ktos kiedyś odważy się to zekranizować.
dobra książkowa passa trwa, jestem w połowie Hyperiona i wrażenia podobne a potencjał ekranizacyjny jeszcze wiekszy. co śmieszniejsze z tylu okładki widnieje notka "w przygotowaniu kinowa superprodukcja w reżyserii Martina Scorsese" :) (wydanie z 2007r.)
21-09-2020, 19:01
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21-09-2020, 22:11 przez Bartholomew.)
Red Crow
Liczba postów: 12,733
Liczba wątków: 50
Tak, "Dom z liści" to kapitalna rzecz, która zasłużenie cieszy się kultowym statusem. Proza niesamowicie trudna do sfilmowania, ale dla ludzi z talentem nie ma rzeczy niemożliwych. Aczkolwiek nie sądzę, żeby kiedykolwiek ktoś się za to zabrał, musiałoby to być niesamowicie ambitne przedsięwzięcie. No i nie jestem pewien, czy pewne elementy, które nadają tej ksiażce wyjątkowości, da się oddać na ekranie bez konieczności ograbienia ich z tejże. Sam Danielewski chyba też sceptycznie do tego podchodzi, jeśli się dobrze orientuję.
21-09-2020, 20:22
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21-09-2020, 20:29 przez nawrocki.)
Stały bywalec
Liczba postów: 12,660
Liczba wątków: 30
Zdecydowałem się wypożyczyć z biblioteki oryginalnego Piotrusia Pana J.M. Barriego. Sama lektura to przyjemna baśń dla dzieciaków, która choć jest prosta w formie ma dość bogaty świat przedstawiony. Nibylandia to skojarzyła mi się z Fantazjaną z Niekończącej się historii, gdyż każde dziecko ma swoje wyobrażenia, na temat tego jak ona wygląda i w niej znajdują królewiczowie z siedmioma braćmi, krasnoludki-krawcy czy Baby Jagi z krzywymi nochalami.
Ciekawie mi się czytało różnice pomiędzy ekranizacjami, głównie tą disneyowską (którą widziałem milion razy). Wersja disneyowska w wielu aspektach jest wierna książce, np. Zagubieni Chłopcy noszą się jak furries (w książce to skóry upolowanych przez nich zwierząt :)), a Dzwoneczek i syreny to mordercze sucze. Za to w oryginale wszyscy mieszkańcy Nibylandii rosną z wyjątkiem Piotrusia, w tym Zagubieni Chłopcy (i ci znikają za sprawą Piotrusia, co niektórzy sugerują, że ten ich morduje i jęczą Olaboga ale mroczna opowieść!111!!). Zaskoczyło mnie to, że w książce nie ma jakichś nacisków ze strony pana Darlinga by Wanda dorosła. Właściwie wątek presji wejścia w dorosłość Wandy jest tu nieobecny i bohaterka raczej sama garnie się do dorosłości, m.in. bawiąc się w matkowanie chłopców.
Piotruś jest nieco dupkiem i autor nie ukrywa tego, że jest zarozumiałym pryszczem. Może zaskakiwać jego nienawiść do konceptu matki, która potem zostaje wyjaśniona i nadaje to głębi postaci.
Książka jest jednocześnie progresywna, jak i... dzieckiem swych czasów. Autor podaje powód, dlaczego nie ma Zagubionych Dziewczyn. Ponieważ dziewczynki są mądrzejsze i nie dają się wypadać z kołysek. Nie wiem, czy powinienem być urażony ;). Choć z drugiej strony można narzekać, że Wanda ogranicza się do bycia matką i nie ma takich przygód co męskie odpowiedniki. Indianie są tu tymi dobrymi, a Tygrysia Lilia to badass, ale potem podczas wspólnej biesiady zwracają do Piotrusia jako Wielki Biały Ojciec. A Janek i Michaś odmawiają służby u Haka, bo God save Queen.
Przy okazji angażu Yary Shahidi do roli Dzwoneczka, znów nasilił się głupiomądry argument "postacie fantastyczne nie mają rasy, są fikcyjne, więc co się czepiacie" (ciekawe czy piewcy argumentu by tak reagowali, gdyby postacie fantastyczne z nie-białych folklorów były przedstawione jako białe :P). To jest pułapka myślowa. Otóż Barrie jako biały Szkot (i pewnie piewca zachodniego imperializmu) inspirował się europejskimi wyobrażeniami o wróżkach, które nie były raczej POC. A to, że postać nie ma podanego koloru skóry, to też nic nie znaczy. Wtedy z diveristy było ciężej i dla czytelnika (w tym przypadku XIX-wiecznego białego Anglika, który POC widział tylko na zdjęciach wujka-kolonizatora) oczywistym było to, że bohater książki jest tej samej etniczności/narodowości co on. Podobnie gdyby jakiś afrykański bajarz napisał książkę inspirowaną jego kulturą, to oczywistym byłoby to, że postacie są czarnoskóre.
I gdyby Barrie podkreślił, że Dzwoneczek czy inna fikcyjna jest innego koloru albo po prostu nie jest Brytyjczykiem, to by napisał. Tak jak zrobił to w przypadku Indian (opisanych jako mylonych z Huronami i Delewarami) czy niektórych piratów. W załodze Haka są Włoch oraz jeden Murzyn, któremu Barrie nie raczył dać ksywy :).
Jak co to polecam. Klasyk dziecięcej literatury z uniwersalnymi wartościami, który też nie jest jakoś specjalnie mroczny, jak to próbują opisywać niektórzy.
03-10-2020, 14:20
Red Crow
Liczba postów: 12,733
Liczba wątków: 50
Ścieżki północy - powieść Richarda Flanagana to historia Dorrigo Evansa, australijskiego chirurga wojskowego, który w czasie II WW, na krótko przed wyjazdem na front wikła się w romans z żoną swojego wuja, a wkrótce potem trafia do japońskiego obozu jenieckiego i wraz z innymi żołnierzami ze swojego oddziału bierze udział w budowie tzw. Kolei Śmierci. Powieść kilka lat temu została uhonorowana nagrodą Bookera, a zewsząd spłynęło na nią mnóstwo entuzjastycznych opinii. W mojej skromnej opinii - w pełni zasłużonych.
Znakomita rzecz o niezłomności i gotowości do poświęceń, powojennej traumie, którą każdy przeżywa inaczej, o mechanizmach, rządzących jednostką, obowiązkach wobec innych ludzi i sile charakteru, która zamiast pomagać często tylko wszystko komplikuje. Na przemian naturalistyczna, brutalna i dojmująca, jak i pełna poetyckich opisów, zdecydowanie wykraczajaca poza ramy zwyczajnej powieści wojennej. Piekło jenieckiego obozu perfekcyjnie sprzągnięte z przejmującym melodramatem, niejednoznaczny główny bohater, piękny język i doskonałe tłumaczenie Macieja Świerkockiego. Długimi fragmentami bezlitosna dla czytelnika, jednocześnie dająca mu niezachwiane poczucie, że obcuje z wielką literaturą. Flanaganowi niejednokrotnie udało się mnie poruszyć, a to wielka sztuka. Jedna z najlepszych powieści, jakie przeczytałem w tym roku.
A opisanej na kilkunastu stronach sceny amputacji długo nie zapomnę. Ugh.
03-10-2020, 18:21
Droga – Cormaca McCarthy’ego to najnudniejsza z 22 książek, które przeczytałem w tym roku.
05-10-2020, 09:50
Red Crow
Liczba postów: 12,733
Liczba wątków: 50
To nie radzę się brać za jego pozostałe książki.
05-10-2020, 10:19
Książka powinna mieć:
Wciągającą fabułę/Ciekawych bohaterów/dobrze opisany świat, który ciekawi czytelnika.
Tutaj nie ma nic. Nic się nie dzieje. Bohaterowie są nudni, ich relacje są nudne, ich droga jest nudna. Nie rozwijają się. Świat może i ciekawy, ale ledwo liznięty.
Naprawdę bardzo słaba pozycja.
Swoją drogą ze słowa "okutane" można kurwa.a drinking gamę zrobić i po 20 minutach wszyscy najebani. No co 2 stronę...
05-10-2020, 10:55
Red Crow
Liczba postów: 12,733
Liczba wątków: 50
No cóż, nie wiem, jakie miałeś oczekiwania, ale fakt, proza McCarthy'ego to raczej inny kaliber niż "Metro 2033" i reszta tego typu postapo dla gimbazy, wiec może z tego wynika rozczarowanie. To powieść przede wszystkim o ojcostwie, a najważniejsze rzeczy są ukryte pomiędzy wierszami. Argument o nudzie to w sumie żaden argument, bo każdego nudzi coś innego.
Nie jestem przesadnym fanem "Drogi", wolę "Krwawy południk" i "Dziecię Boże", ale to wciaż jedna z najlepszych powieści ostatnich lat.
05-10-2020, 11:11
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05-10-2020, 11:14 przez nawrocki.)
To wyjątkowo chujowe musiały być te lata.
05-10-2020, 11:17
Stały bywalec
Liczba postów: 18,767
Liczba wątków: 150
Ja niedawno zacząłem czytać Drogę i na razie jestem na początku, jakoś 30 stron i na razie żadnego znużenia nie odczuwam.
Gambit królowej
Całkiem przyjemna lektura, która zaskoczyła mnie na plus przede wszystkim sposobem pokazania szachów, które nie są tutaj tylko i wyłącznie tłem, ale prawdziwym bohaterem. Nie raz i nie dwa słyszałem podśmiechujki, że "szachy to nie sport", "szachy są nude", "siedzą, patrzą i nic nie robią" i tak dalej, i tak dalej.
"Gambit królowej" pod tym względem może zmienić podejście do szachów i sprawić, że ludzi uprawiających ten sport zacznie się doceniać. Ja sam nie byłem świadomy, jak wiele wyrzeczeń i przygotowań muszą szachiści poczynić, aby wejść na sam szczyt. Książka jest też całkiem szczegółowa, niektóre partie opisane bardzo dokładnie, każdy ruch, każde przemyślenie. Gdzieś tam w tle natomiast mamy motywy zimnej wojny i samotności.
Główna bohaterka jest ok, ma tam jakąś głębię i jestem mega zadowolony z tego angażu Anyi Taylor-Joy. Będzie miała szansę się wykazać w miniserialu.
05-10-2020, 11:22
Agent Putina
Liczba postów: 4,414
Liczba wątków: 21
Droga stoi przede wszystkim stylem, całą powieść czyta się raczej jak poemat prozą - i pod tym względem jest wybitna.
"Na tej drodze nie ma bogomównych ludzi. Odeszli, ja zostałem, zabrali ze sobą świat." - to jest piękne, tak po prostu.
05-10-2020, 11:22
Fhtagn
Liczba postów: 5,364
Liczba wątków: 9
Ja "Drogi" nie czytałem, ale "Metro" owszem i w sumie post Arahana ("Tutaj nie ma nic. Nic się nie dzieje. Bohaterowie są nudni, ich relacje są nudne, ich droga jest nudna. Nie rozwijają się. Świat może i ciekawy, ale ledwo liznięty.") idealnie do ruskiego postapo pasuje :D
05-10-2020, 11:23
Agent Putina
Liczba postów: 4,414
Liczba wątków: 21
Bo Metro (oczywiście sporo słabsze od Drogi) też głównie stoi stylem - tym rozwlekłym, ruskim gawędziarstwem do wódki.
05-10-2020, 11:26
|