W końcu ruszyłem remake jednego z moich ulubionych filmów. Oczywiście, że był niepotrzebny. Czy najbardziej niepotrzebny? Nie wiem, ale w jest czołówce.
Dzieło Verhoevena jest już klasykiem uwielbianym przez pokolenia i już trwale zapisał się w annałach kina. A wersja z końca świata praktycznie już odeszła w zapomnienie i mało kto przypomni to panu hurtowo.
Pierwszy napis jest "Original Films" - aha ;). Odejmij tytuł, a mamy typowy sajfaj akcyjniak z tamtych lat z tą samą scenerią, ogranymi patentami i zachowawczością. Oryginał miał zajebistą czołówkę z równie zajebistym soundtrackiem Goldsmitha, a tu nudne napisy. I już od początku Wiseman chce być za wszelką cenę akcyjny. Sen Quaida to zwykły spacer po Marsie pozostając widza w domysłach, co to oznacza. A tu już PG-13 intensywna akcja, gdzie giną roboty i już wiem, że Colin to Jason Bourne 2.0. Gdy oryginał nawet po wizycie w Rekall zachował tą ambiwalencję realności dalszych przygód Quaida.
Krew zdawkowa i większość trupów w tym filmie to roboty. Dalej - Rekall był się normalną firmą i pracownicy (randomowi ludzie) byli szczerze zszokowani, że Quaid faktycznie jest agentem. A tu... to jakaś cząstka ruchu oporu (nie sprecyzowali dokładnie). Po czym następują efekciarska, że cringe'owa scena odstrzeliwania gliniarzy na jednym ujęciu. I Colin odstawia Johna Wicka, by w finale mieć problem z pokonaniem Cohaagena. W ogóle Cohaagen jako końcowy boss do bitki, walczący na pięści z Quiadem i dający mu radę - XD.
Już po akcji z policyjnymi wozami Quaid powinien się ogarnąć, że jego czarny kolega (czyli Benny się jednak pojawia :)) z pracy robi go w bambuko, a ten stoi jak głąb, mimo że Jessica Biel (padło jej imię w ogóle), będąca godna zuafania za wszelką cenę chce go przekonać. Analogicznie scena z 1990 roku była lepsza, bo Quaid - mimo że był sam - to od początku czuł blef i fajnie obrazowano to kroplą potu grubasa. I widz mógł uwierzyć w słowa grubasa.
Aha, ciężko mi uwierzyć, że jakaś cycata lala z żurnala jest uberwymiatającym głównym agentem bad guya. Także płaczliwszy odpowiednik Meliny wygląda jak z przypadku, gdy Rachel Ticotin sprzedawała iluzję twardej agentki ruchu oporu. Melina była twardsza i woke niż jej odpowiednik z rimejku i miała solówę z Lori, którą nieomal pokonała, a tu musi ją wspomagać Colin.
Nie muszę, że czarne charaktery u Verhoevena były lepsze i śmierć każdego z nich była bardzo satysfakcjonująca.
Co pochwalić. Fajny wygląd azjatyckiego Rekalla. I przyznam się, że scena z grubą damą wziął mnie z zaskoczenia i ładnie to uaktualnili holograficznymi obrożami.
Daremne to. Łaskawie 3/10
PS. Mógłby moderator przenieść posty dot. remake'u z tematu o oryginale -
https://forumkmf.pl/Thread-Total-Recall--246?highlight=total+recall