Stały bywalec
Liczba postów: 12,460
Liczba wątków: 29
Dziadek do orzechów (animacja z 1990) - wśród filmów oglądanych w grudniu powinna znaleźć się jedna z wielu adaptacji dzieła E.T.A. Hoffmana, więc zdecydowałem powtórzyć po latach mój pierwszy kontakt z Dziadkiem do orzechów. Ten film wpierw zobaczyłem na kasecie VHS będąc w Niemczech, potem na TVP z polskim dubbingiem. Niestety, dubbing ów nie wypłynął i na pewno zniknął w odmętach archiwum TVP (powód dlaczego powinno ją się sprywatyzować :P). Więc oglądam w oryginale - zwłaszcza, że w tej wersji Dziadkiem do orzechów jest Kiefer Sutherland i występuje też Peter O'Toole jako stary zabawkowy żołnierz.
Jestem zdziwiony, że do tej pory Nostalgia Critic nie zrobił do tego recenzji, bo to byłby materiał pod niego. Z tych wszystkich kopii Disneya od WB ten chyba jest najbardziej znośny. Niby wygląda na podróbę Disneya, a Bogu dzięki jednocześnie go nie małpuje - nie ma wymuszonych numerów muzycznych (!), a najbliżej do tego jest krótki moment, jak Klara przyziemnie śpiewa potańcując z nieożywionym dziadkiem do orzechów. Nie ma też klasycznego comic reliefa - jest tu zdeczka irytująca postać lalkowej wersji Smerfa Marudy, ale jej rola jest symboliczna i nie jest drącym mordę standardem, do którego to co przyzwyczaiły inne animacje. I film jest dość poważny i mało tu komedii - podnosi kwestię nieuchronnego wejścia w dorosłość i finał na swój sposób jest dość smutny i daleki od sztampy. W tym samym finale, gdy Klarze proponuje się bycie królową krainy lalek u boku dziadka do orzechów, ta szybko zdaje sprawę, że w sumie gościa nie zna.
Animacja też pozwala na odrobinę brutalności - w scenie gdy mysi król spada z choinki, po chwili pojawia się dziadek do orzechów dzierżąc miecz pokryty krwią. I mysi król konsekwentnie ma w miejscu ugodzenia czerwoną plamę. Widzisz disneyowska Pocahontas? Można.
Animacja śliczna i jestem pewien, że w kilku scenach tj. tańca wykorzystano rotoscoping. Jestem pod wrażenie, zważywszy że budżet raczej nie był wysoki i film jest ładny. No... poza segmentem wspomnień Drosselmeiera, gdzie zdecydowano się nadać wygląd jakiejś biednej wersji Rocky’ego i Łosia Superktosia, przez co wybija się na tle dość ładnej i w gruncie poważnej reszty. Choć ten jawny zabieg oszczędzania pieniędzy broni się tym, że stanowi tylko opowieść Drosselmeiera opowiedzianą w formie innej bajki.
Mysi król potrafi być demoniczny, szczególnie że pojawił wcześniej w tym nieszczęsnym segmencie i tam wyglądał jak odrzut z Bobrów akcji. Reszta obsady wypada OK. Tytułowy dziadek jest sympatyczny i logicznie dali to, że to w gruncie nieopierzony młokos, który polega na doświadczeniu starszych. O dziwo Fred nie wkurwia.
Trochę nachalna jest muzyka Czajkowskiego. Z innych minusów to w finałowej walce mysi król zmienia się w bossa na pegasusa poprzez obrzucanie tortem jak w skeczu cyrkowego klauna :P.
Generalnie film wypadł nieźle i patrząc na te wszystkie animacje z lat 90. mógłby dużo gorszy. Spokojnie mogę pokazać w przyszłości siostrzeńcowi.
7/10
=========
Dziś 4 grudnia zdecydowałem się na double feature specjałów od Rankin/Bass, bo oba razem trwają jak normalny 90-minutowy film.
Santa Claus is Comin' to Town - kreskówka opowiadająca w sposób ateistyczny skąd się wziął święty Mikołaj i bożonarodzeniowy rytuał ;). Animacja znacznie słabsza niż w Rudolfie tych samych twórców, mimo że nowsza. Jak na specjał Rankin/Bass wyjątkowo fabuła nie jest porąbana i raczej spokojna. Bardzo dobrze zaśpiewane i wpadające w ucho piosenki. Mickey Rooney znakomity jako młody Mikołaj.
Frosty the Snowman - jestem zachwycony wyglądem tego filmu. Właściwie nic nie zdradza, że to z dawnych lat, gdzie telewizyjna animacja miała trzy centy budżetu. Jest dość płynnie, wygląda na dość nowo i muzyka nie zdradza wieku - więc dubbing zrobiony 40 lat później też nie razi. O właśnie, byłem zaskoczony faktem polskiej premiery Frosty'ego (polski tytuł Śnieżny bałwanek Mrozik). Jedna uwaga – czemu zdubbingowali piosenek?! A jak fabuła? Głupawa, ale to Rankin/Bass.
Nie chce mi się oceniać.
03-12-2021, 21:30
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11-12-2021, 22:43 przez OGPUEE.)
Stały bywalec
Liczba postów: 12,460
Liczba wątków: 29
(24-11-2019, 15:30)al_jarid napisał(a): A netflixowego "Klausa" ktoś oglądał?
Ja przed chwilą.
Zaskoczył mnie fakt, że nie jest to amerykańska produkcja - tylko hiszpańska. I pewnie dlatego Św. Mikołaj jest obywatelem Skandynawii o lapońskich powiązaniach zgodnie z tradycją europejską, a nie rezydentem na Biegunie Północnym (niby Hollywood teraz kładą nacisk na odwzorowanie zagranicznych kultur, ale z tym to różnie). I nie ma Murzynów i LGBT, mimo że to produkcja Netflixa ;). No i Lapończycy są tu biali (była mini afera, że Kraina lodu stosuje whitewashing, bo Amerykanie udowadniają że są głupkami).
Mnie akurat styl animacji przypadł do gustu, choć obawiałem nieudolnego imitowania 3D. Po prostu zabawili się cieniowanie - w większości wychodzi to nieźle, ale momentami gryzie się to i przypomina te francuskie animki z początku XXI w. udające 2D. No, ale to pierwszy film stosujący tą technikę i pewnie z czasem wyrobią się. I sądzę, że taki styl to lepszy kierunek zamiast starzejącego fotorealizmu, zwłaszcza że technika poszła do przodu i można zabawić w różnorodność bez zmęczenia rysowników.
Fabuła trochę standardowa, ale dostarcza miły wrażeń. Sam koncept Mikołaja to racjonalizacja jego mitu, bo elementów nadnaturalnych nie ma. Niestety jest poważny minus, bo musiał byc "liar revealed" - kurde filmie, dobrze ci szło! O tyle dobrze, że finał zawarł zwrot akcji Klaus wiedząc o linczu ze strony, wykiwał ich i dał im zniszczyć fałszywe prezenty
Niektórych może mierzwić fakt wykorzystania raperskiego utworu nawiązującego do thug life i sam miałem "nom...". Z kolei duży plus za brak klozetowego humoru. Zasłużona nominacja do Oscara ( Toy Story 4 dalej nie widziałem, więc nie wiem czy rozdzierać szaty).
8/10
05-12-2021, 14:06
CGI Paul Walker
Liczba postów: 22,238
Liczba wątków: 29
Ale Mikołaj też nie ma niczego wspólnego z żadną Laponią. Kto te bzdury wymyśl?
welcome to prime time bitch!
Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.
05-12-2021, 15:05
Stały bywalec
Liczba postów: 12,460
Liczba wątków: 29
Fiński folklor i przemysł reklamowy:
https://web.archive.org/web/20111031204127/http://www.uta.fi/FAST/FIN/IDENT/lp-pukki.html
Santa Claus: The Movie - skoro dziś Mikołajki, to coś poświęconego bezpośrednio Sinterklaasowi. No to film od producentów Supermana Reeve’a (swoją drogą miałem zakodowane, że produkowało to Cannon Films), a w roli tytułowej Big Lebowski. Oj, oglądało to się z wypiekami na twarzy na RTL7. Już początkowa piosenka, jak i końcowa mają w sobie tyle ciepła.
1/3 to origin story Mikołaja. Mam teorię, że Miki, żona i reny umarli z powodu śnieżycy i zmartwychwstali jako nieśmiertelne symbole Świąt. Ktoś dłużej posiedział nad książkami, bo np. elfy ewidentnie są inspirowane nordyckimi tomte. Sam się żartowałem, że to elfy pracują w Santaclausexie, lecz tym razem film pokazał, że to Miki i jego żona są defacto niewolnikami elfów :). Zabawny był moment, kiedy Miki czuje urażony, gdy XIX-wieczny wierszyk opisuje go jako grubasa, a potem musi przejść na wganizm :). Reszta filmu dzieje w XX wieku i Mikołaj z pomocą dwóch bezpłciowych tokenowych dzieciaków musi zmierzyć się z konkurencją w postaci złego koncernu zabawkarskiego.
John Lithgow idealny jako najgorsza kapitalistyczna gnida z cygarem - gość jest tak zły, że celowo wypełnia pluszami gwoździami (a my narzekamy, że Johnson&Johnson wciska azbest do pudru dziecięcego :)) i oglądanie na ekranie sprawia sporo frajdy. Dudley Moore też niezły jako główny elf mający wiele dobrych chęci i pomysłów, ale dziecięcej naiwności w sercu. I David Huddleston spisał się na medal jako tytułowy bohater i widz widzi prawdziwego Mikołaja.
Niektóre efekty specjalne imponujące, inne przywodzące na myśl Supermana IV. Pracownia elfów robi wrażenie i czuć, że to prawdziwe miejsce. Renifery to w większości widoczne animatroniczne kukły.
Film generalnie głupawy i kiczowaty, ale ma sporo uroku i czuć jakiś wysiłek.
7/10
Przy okazji offtop / ciekawostka historyczna w powiązaniu z św. Mikołajem:
https://mieszkaniec.pl/jaki-swiety-mikolaj-odwiedzal-naszych-pradziadkow/
07-12-2021, 00:32
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07-12-2021, 00:37 przez OGPUEE.)
Stały bywalec
Liczba postów: 12,460
Liczba wątków: 29
Codziennego maratonu ciąg dalszu. Koniec na razie z bajkami dla dzieci. Pora dorosnąć, bo świat jest okrutny.
Silent Night, Deadly Night - skoro jest grudzień, to i okazja na horror dziejący się w tym miesiącu. Jako, że Black Christmas już widziałem, to padło na Silent Night… i jego sequel. Widać pięknie różnice kulturowe, bo z tego filmu wynika iż amerykański Mikołaj nie przynosi rózgi lub nie posyła jakichś minionów do karania niegrzecznych gówniaków :). Czytałem, że film wzbudził kontrowersje i rodzice protestowali, by tego nie puszczać w kinach, bo biednym bombelkom będzie źle kojarzył Mikołaj (pomijam, że bachory filmu nie mogłyby obejrzeć, bo kategoria R, a i spoty TV chyba nie leciały podczas sobotnich poranków). I wiecie co? Mieli rację! Gdyż to beznadziejna produkcja. Gra aktorska pozostawia mocno do życzenia, gore mało imponujące i w uniwersum tego filmu nikt nie jest normalny lub rozsądny. Początek to nudny snuj i wyglądał na to, że głównym złym będzie biały dindu w stroju Mikołaja. Potem popierdolone sceny, jak mały Billy widzi, przez dziurkę jak jakaś lampucera i gostek się bzykają (w sierocińcu prowadzonym przez zakonnice!) i szefowa zakonnic (kreowana na stereotypową surową dyrektorkę, a potem pod koniec jest do rany przyłóż) słusznie ich leje pasem, a potem leje młodego (widocznie scenarzysta ma wąty do katolicyzmu :P). Swoją drogą, wszyscy wiedzą że Billy ma przebłyski z Wietnamu na widok Mikołaja - nikt nie poinformował jego szefa i współpracowników? W latach 70. i 80. zawód psychologa był zakazany w USA? Niestety, nie jest to film tak zły, że aż dobry. Może nie ma Garbage Day!, ale mamy dziadka-psychola i piszczącego z przerażenia łobuza kradnącego sanki młodszym, ale to za mało.
0/10
Silent Night, Deadly Night 2 - jak na słaby slasher przystało, jest podbudowa pod sequel i tym razem brat Billy’ego - Ricky morduje ludzi. Jest jeszcze gorzej. Niemal pół filmu to stock-footage jedynki w formie retrospekcji Ricky’ego będącego u psychiatry, która powinna trwać 10-15 minut, a nie 40 minut! Tak jak w jedynce wszyscy są durniami lub przesadzonymi psycholami. Główny bohater dał popis przepięknego aktorzenia i widać, że dobrze się bawił na planie. Zajebiście też aktorzył gość grający Rocco. Charakteryzacja szefowej zakonnic będącej po wylewie to nieznajomość medycyny. Wg twórców twarz po wylewie = mutacja niczym u Toxic Avengera.
1/10 - za głównego aktora
Love Actually - przyjemna odtrutka po chujowych dreszczowcach. Więcej tu sentymentalizmu i romantyzmu aniżeli komizmu, który też daje radę. Po prostu pełen ciepła i serducha film. Trochę zbędne były wątki tych dwóch statystów i ziomusia szukającego Amerykanek. Słaby był jedynie ten dzieciak grający pasierba Liama Neesona.
7,5/10
I przy okazji...
Red Nose Day Actually - dowiedziałem, że jest sequel, a w zasadzie epilog. Trwa 15 minut, to obejrzałem jzaraz po Love Actually. Wciąż to ciepła produkcja jak poprzednik i tak samo sympatyczny - mogliby umieścić resztę postaci (ale domyślam, że z zmartwychwstaniem Rickmana byłoby ciężko i rozumiem decyzję Emmy Thompson). Widziałem wersję amerykańską z dodatkową sceną dającą satysfakcjonujące zakończenie jednej z postaci.
EDIT: A przed chwilą jako film dzisiejszego dnia maratonu obejrzałem...
Scrooged - Opowieść Wigilijna. Też niewiadomo ile razy ekranizowana. Wszystkie są niemal takie same (a najlepsza jest wersja z George'em C. Scottem), więc teraz jakaś wariacja. Opening to kojarzył mi się z Burtonem, głównie poprzez chórki. Także design martwego Haywarda i sekwencja z duchem przyszłych świąt przywodzą na myśl burtonowską stylistykę. Murray świetny jako zły prezes telewizji na czele z niszczeniem rysunków dzieci jednej z pracownic i podbierającym babciom z zakupami taxi, a potem gadający łzawe bzdury na galach Humanitarny Człek Roku :D. Dobra jest też charakteryzacja truposza i duchów. Zabawny i celowo robi z tych emocjonalnych momenty "dość przesadzone do absurdu". Duch Obecnych Świąt . Ale tak jak Bucho zauważam, że momentami i w finale chciał być zbyt sentymentalny i bardziej w duchu powieści Dickensa, gdy film zdawał się być jej zgrywą, jak świąteczne duchy nie będące kopią innych adaptacji (Duch minionych świąt to jakiś elfi taksówkarz, a obecnych świąt będący inkarnacją Liny z Deszczowej piosenki grającą Błękitną Wróżkę z Pinokia - świetna aktorka).
7/10
10-12-2021, 17:25
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10-12-2021, 20:38 przez OGPUEE.)
Agent Mossadu
Liczba postów: 31,868
Liczba wątków: 4
Material o wycietych scenach:
Holiness is in right action, and courage on behalf of those who cannot defend themselves.
10-12-2021, 17:39
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10-12-2021, 17:39 przez Bucho.)
NUMA Director
Liczba postów: 2,092
Liczba wątków: 2
Wrzuciłem to parę dni temu do tematu o Griswoldach :)
Wszystko jest możliwe, niemożliwe zabiera tylko trochę więcej czasu.
10-12-2021, 20:46
Agent Mossadu
Liczba postów: 31,868
Liczba wątków: 4
Musialo mnie ominac :)
Holiness is in right action, and courage on behalf of those who cannot defend themselves.
10-12-2021, 20:56
Stały bywalec
Liczba postów: 12,460
Liczba wątków: 29
Ten miesiąc to w sumie nadrabianie zaległych klasyków (bądź filmów, które wypada oglądać w Boże Narodzenie) bądź przypominanie ich.
Śnięty Mikołaj - wstyd się przyznać, dopiero teraz oglądam Śniętego Mikołaja (choć kojarzę o co chodzi) i jedyny kontakt to reklamy z niemieckiego VHS Pocahontas oraz teledysk Yello raz widziany w TV. Spodziewałem się, że Allena pokażą jako kawał chuja, bo w openingu przerywa mowę swej czarnej koleżance i specjalnie okłamuje żonę, że jest w wielkim korku (gdy w rzeczywistości jest sam na jezdni). Mile zaskoczyłem się, iż Scott nie jest zaniedbującym ojcem jak w innych filmach, stara się jak najlepiej dla młodego i irytuje się, że nowy gach matki psuje mu dzieciństwo na wstępie. I faktycznie Laura i Neal są dość mało sympatyczni.
Kolędnicy z napisów początkowych bardziej mają vibe horroru. Właściwie nie będę pierwszym mówiąc, iż film jest dość mroczny - poprzednik Scotta ginie i rozpływa się jak Zła Czarownica z Zachodu, Scott zostaje nieświadomy objęcia klątwą i tak jak w Santa Claus: The Movie jest niewolnikiem elfów. Dodatkowo mutuje się on, a jego bicie serca to techno beat. Powinien ktoś zmontować fejkowy trailer przedstawiający film jako horror :).
Wkurw Scotta jest zrozumiały, Mikołajem został wbrew woli na mocy nieczytelnego kontraktu, którego mafia by nie pozazdrościła. I jeszcze przymusza go do tego rządzący twardą ręką elf rasta junior manager, który normalnie powinien dostać po mordzie ;). Bo co by się stało, jakby nie było Mikołaja? Przez stulecia było OK., ale przyszedł XIX wiek z pomysłami na rozdawnictwo :P.
Efekty specjalne kiepskie - od razu widać iż renifery to kukły (i brzmią jak jakieś ogry), a lot saniami to PS2. Humor czasami miss, szczególnie dźwięki pierdzenia wstawione randomowo, bo ktoś w Disneyu uznał że po Królu Lwie to element niezbędny. Zabawna była scena, jak Scott po nieudanym upieczeniu indyka idzie z Charliem do chińskiej restauracji, a tam inni samotni ojcowie z pacholętami :). Końcówka na pośpiechu i zbyt szybko Neal i Laura zawierzają w istnienie Mikiego.
Przy okazji uznałem, że zobaczę to z polskim dubbingiem, który wypada tak sobie. Głosy dorosłych w większości jakieś niedopasowane. Najlepiej wypada January Brunov jako Neal. Krzysztofa Kołbasiuka wzięli do roli Scotta chyba dlatego, bo głosowo pasował na Mikołaja, gdyż jako Allen w wersji normalnej dziwnie wypada. Choć Kołbasiuka mogę słuchać godzinami i to druga po Joannie Wizmur osoba z dubbingu, która zbyt szybko odeszła. O dziwo najlepiej wypadli dziecięcy aktorzy (chyba to pierwsza rola dubbingowa Jacka Wolszczaka).
6/10
To wspaniałe życie - ten prekursor wszystkich "chciałbym, bym nigdy się nie urodził, ale okazuje się że jestem potrzebny". Sama ta sekwencja jest dopiero pod koniec i wcześniej pokazano cały żywot głównego bohatera. Przy tej sekwencji George wykazuje się totalnym nieogarnięciem - powinien skapnąć się, że Clarence zmienił rzeczywistość, co najmniej po wizycie Sycamore 320.
Ten film jest przeceniany, nie dziwota że oryginalnie flopnął i stał się klasykiem właściwie przez przypadek. To wspaniałe życie to jak już mieszkańców kosztem marzeń George'a. Cały czas niechętnie ustępował, nawet kosztem studiów i skończył w pracy, której specjalnie nie lubi. Też jakoś nie lubi Mary, hajtnął się jedynie bo zapomniał kapelusza i pokłócił z kolegą przez telefon. Przesłanie to w sumie: "Daj się wykorzystywać i na pewno ci się odwdzięczą" - z autopsji powiem, że to bulszit :P.
Potter (jak i Pottersville) urwany z sowieckiej propagandy. Na miejscu George'a bym jednak przyjął jego ofertę zatrudnienia - było widać, że Potter nabrał szczerego szacunku do niego, że udało mu się z nim wygrać.
Film świetny, gdy George ma kryzys z powodu utraty hajsu (zgubionego przez głupotę Billy'ego) i gniewu jaki w nim się kumulował przez wszystkie lata. Początek też mniej sentymentalny, szczególnie w scenie z aptekarzem. Jak mam coś chwalić to James Stewart jest tu fenomenalny - świetna kreacja.
5-6/10
White Christmas - nie do końca te Boże Narodzenie białe. Jest dwóch czarnoskórych statystów w postaci konduktora wpuszczającego bohaterów do środka pociągu i kelnera w warsie ;). Zarazem pierwszy film wykorzystujący kamery VistaVision. Spodziewałem beztroskiego musicalu, a 10 minut to śpiewanie wśród ruin w czasie II wojny światowej, gdzie wybrzmiewa powaga. I w trzecim akcie jest sporo chłodu i powagi. Jednak oczywiście film ma w sobie dużo pozytywności i człowiek po seansie czuje się milszy dla bliźnich. Numery muzyczne dość chwytliwe i choć tylko kilka z nich dotyczy Gwiazdki, to wszystkie nadawałyby się na jakąś składankę świątecznych piosenek z tego okresu. Jedna z piosenek opowiada dlaczego Boże Narodzenie bez śniegu jest do kitu - doskonale to rozumiem :(. W drugiej połowie siada jednak tempo i generalnie mógłby być krótszy.
8/10
14-12-2021, 00:12
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-12-2021, 00:15 przez OGPUEE.)
Stały bywalec
Liczba postów: 12,460
Liczba wątków: 29
Całomiesięczny maraton trwa, a dwa ostatnie dni poświęciłem na obie wersje Miracle on 34th Street. - tą najstarszą i tą najmłodszą. Fabułę kojarzyłem jedynie z tego, że Mikołaj jest incognito, musi tłumaczyć się przed sądem i zaprzyjaźnia się z małą dziewczynką. No to jadymy:
Wersja z 1947 - rok 1947 był wspaniały, w tle mogłeś umieścić postacie z innej wytwórni (tutaj postacie Looney Tunes w domu towarowym Macy) i mogli ci skoczyć :). A sam film uroczy i lepiej się sprawdza jako film świąteczny niż To wspaniałe życie (w którym motywów bożonarodzeniowych nie jest dużo i nie są wiodące) z tego samego roku. Dobrze wypadają postacie - Doris nie chce opowiadać jakichkolwiek bajek córce z powodu nieudanego małżeństwa i uniknięcia rozczarowań, mała też wypada nieźle. Kapitaliści nie są jakimiś żującymi cygara grubasami zacierające tłuste łapska, a zarówno sędzia jak i prokurator (będący tym złym gliną) nie chcą wyjść na palantów psujących dzieciom Gwiazdkę. Podnosi temat skomercjalizowania się świąt, co do tej pory jest aktualne. Wielkie brawa dla Edmunda Gwenna w roli Krisa Kringle'a - dokładnie taki z charakteru powinien być Święty Mikołaj.
10/10
Wersja z 1994 - jak niesie wieść gminna, to trzeci remake oryginału, ale tym razem kinowy. Dwoma nie zawracam głowy, bo na pewno są do kitu i oglądam trzeci. Richard Attenborough znakomity jako Mikołaj, już w Parku Jurajskim udowodnił, że urodził się do bycia nim. Choć momentami trochę zbyt narwany i ma uśmiech jakiegoś zboka. Reszta aktorów też wypada dobrze. Z wyjątkiem Mary Wilson, która jest kiepska - oryginalna Susan też była smutną racjonalistką, ale aktorka potrafiła to sprzedać, a tu brzmi i zachowuje się zbyt dojrzale. No właśnie, remake wypada oczywiście gorzej. W oryginale fajne było to, że tam czarnych charakterów właściwie nie było, a najbliżej niego był psychiatra-szarlatan. A tu konkurencyjny sklep prowadzi oczywisty kumpel Epsteina, bo w swym ściemnionym biurze ma jakieś masońskie symbole. Nawet prokurator musi być śliską liszką. Rozwiązanie rozprawy mnie rozczarowało i bardzo udziwniło względem oryginału, bo w gruncie rzeczy polega na tym, że Mara Wilson daje łapówkę sędziemu. Jednak film wypada OK i ma w sobie te ciepło. Lepiej wypada w moim odczuciu postać prawnika i rozwinięto jego relacje z Doris. I po tegorocznych świątecznych seansach cieszy mnie, że faktycznie wzięli prawdziwe renifery zamiast jakichś kukieł z Chucky Cheese. Tempo jest dobre, mimo że dłuższy o pół godziny od wersji 1947. Też uaktualnia parę rzeczy i podnosi kwestię, że Mikołaj ma wiele imion i odpowiedników (choć przestrzelili się z Befaną, która jest inną postacią niezwiązaną z biskupem Miry. I jest kobietą), a na rozprawie ksiądz mówi o kulcie prawdziwego św. Mikołaja z Miry.
7/10
15-12-2021, 23:31
Stały bywalec
Liczba postów: 867
Liczba wątków: 0
Dopiero co skończyłem It's a Wonderful Life i też myślę, że jest przeceniany. Reputacja opiera się na ostatnich kilku scenach, które są dobre, ale zanim to nastąpi cała reszta filmu nie jest na takim poziomie. No cóż przynajmniej nikt nie przedawkuje od świątecznego sentymentalizmu. Z tych filmów kultowych w Stanach a nieznanych u nas zostało jeszcze Miracle at 34th Street i A Christmas Story, który czuję wygra wyścig o najbardziej przeceniany film, bo film uzyskał status między innymi dzięki temu, że pewna stacja gra w święta 24-godzinny maraton tego filmu. Brzmi jak koszmar a nie święta i to niezależnie od jakości filmu.
16-12-2021, 00:46
Stały bywalec
Liczba postów: 12,460
Liczba wątków: 29
I jak Lashly? Obejrzałeś i wiesz który świąteczny klasyk jest przeceniony?
Zaś mój maraton nadal trwa i w następujące dni obejrzałem:
Tokyo Godfathers - tu szersza recka.
Elf - podobno najlepszy film świąteczny według brytyjskiego premiera z Love Actually, ale politycy zawsze kłamią, więc zdecydowałem się przekonać na własne oczy. I miałem rację. Film jest durny i druga połowa to klisza po kliszy, ale uroku nie można mu odmówić. Zaskoczyło mnie to, że Jon Favreau był reżyserem i wystąpił w tym James Caan. Pierwszy 20 minut ma fajny, surrealistyczny klimat będący aktorską adaptacją specjałów Rankin/Bass (nawet przewijają się poklatkowe zwierzątka). Mikołaj zamiast oddać przywleczone niemowlę, to je porywa i wychowuje :). Niestety reszta to oklepane Fish of water story. Biegun Północny to najbardziej biednie wyglądający Biegun w historii świątecznych filmów. Plany zewnętrzne to oczywiste scenografia w studiu, ale to akurat miało być zamierzone. Za to jestem pod wrażenie interakcji Buddy’ego z elfami, gdzie stosowali chyba wymuszoną perspektywę. Will Ferrel może startować po Oscara, bo znakomicie gra tu opóźnionego w rozwoju :). Najlepsza jest scena, gdy tytułowy elf nieświadomie uprawia heightism wobec wkurwionego Petera Dinklage'a i uśmiechnąłem przy "innym gościu chcącym zabiegu upiększającego". Raczej do niedzielnego obiadku.
5/10
Fatman - Mel nie jest antysemitą! Ten film dystrybuowało Saban Films założone przez lewicowego Żyda z Izraela :). Anyway, sądziłem że będzie to komedia, a tu dostałem gritty sensacyjniak. Mimo, że pojawiają się Mikołaj, elfy i renifery, a całościowo premise to poradnik z Nonsensopedii. Mel jak zawsze fajny, choć tu nie jest tradycyjnym Mikołajem (i nie mam na myśli, że jest twardym madafakerem), główny antagonista w postaci zepsutego gnojka też niezły. W każdym razie jestem usatysfakcjonowany.
8/10
Morozko (1964) - coś od sąsiada ze wschodu. Skoro Dziadek Mróz to odpowiednik św. Mikołaja, a prawosławni obchodzą święta 13 dni później, to 19 grudnia obchodzą Mikołajki. I tego dnia bajka o Mrozie Czarodzieju, którą pewnie film puszczają na święta w rosyjskojęzycznych telewizjach. Jednak Dziadka Mroza (który bardziej pasuje do Ziuzi z białoruskiego folkloru) tu mało i pojawia się w drugiej połowie. Pierwsza zaś to klasyczna bajka o Kopciuszku czy o Pani Zimie, gdzie półsierotka imieniem Nastienka jest popychadłem w rodzinie. Równolegle jest drugi wątek o przystojnym hero robiącym questy Iwanie (bo każdy rosyjski przystojny hero robiący questy ma na imię Iwan), który jest trochę przewrotny, bo Iwan jest zakochany w sobie i ma lusterko jak Smerf Laluś. Nastienka nie zakochuje się w Iwanie od razu, a ich pierwszy ekwiwalent randki kończy się katastrofą (nie zdradzę jak, bo sam się zaskoczyłem).
Wszyscy spisują się w swych rolach. Dziadek Mróz idealny - widzisz jego wygląd, sanie i chatkę i wiesz, że to on. Widać tutaj rozmach realizacyjny. Gorzej z tempem i ten podział na dwie połowy jest dość drażniący.
Powstał polski dubbing w latach 60., ale jak to bywa nie jest dostępny (bo jak zwykle wszyscy mają w dupie PRL-owskie dubbingi). Jako ciekawostkę powiem, że w polskiej wersji Iwana grał Andrzej Gawroński (którego głos nigdy nie kojarzy się z księciem z bajki).
7/10
Śnieżynka (1952) - był sowiecki film fabularny, to czas na sowiecką animację. Od dawna (tj. ok. końcówki gimnazjum) przymierzałem obejrzeć Śnieżynkę i nawet ściągnąłem z emula. Ale jakoś nie było okazji, która teraz następuje. Raczej kierowany do starszych, bo na podst. opery Rimskiego-Korsakowa (i podejrzewam dość wiernie), zwierzęta mniej kreskówkowe, a zakończenie dość smutne. Animacja jest przepiękna. Zresztą film powstał w okresie, gdy Sojuzmultfilm masowo stosował rotoscoping. Jak na film animowany z tego okresu i zakątka ziemi to jest dość długi - godzina z hakiem, gdy zwykle najdłuższe filmy Sojuzmultfilmu trwały ok. 40 minut. I dałoby się skrócić do tego czasu, ale nie zdziwiłoby że Śnieżynka ma to samo co adaptacje polskich lektur, czyli najmniejsze odstępstwo to wyrok śmierci ze strony nauczycieli. Gryzie się, gdy Lel podczas partii wokalnych zmienia się w kastrata (gdyż w oryginalnej operze jego rolę gra kobieta), a animacja rządzi się innymi prawami.
6/10
Śnięty Mikołaj 2 - gdy już ułożyłem pełną listę planowanych seansów, to znalazł się slot na oba sequele do Śniętego Mikołaja. Więc dzisiaj zacznę od pierwszej kontynuacji. Kontrakt dalej nieczytelny i będący jak z mafii - po ośmiu latach działalności dowiaduje się, iż musi się hajtnąć, bo inaczej kaplica :P. Więc Scott zaczyna się spotykać z żeńską wersją Scrooge'a z Wigilijnej opowieści. I w międzyczasie tworzy animatronicznego sobowtóra... Ku memu zaskoczeniu jakoś bardziej mi się podobał od jedynki. Film bardziej stawia na komediowy ton (który jest dobry) i ma dobre tempo. Jedynie scenarzysta dał typowe rozstanie w trzecim akcie.
Biegun Północny jest większy, ale bardziej sztuczny, a także renifery oprócz bycia gorszymi kukłami (wyglądającymi jak Falkor z Niekończącej opowieści 3) stają się CGI i brzmią jak Slimer z animowanych Pogromców duchów. Rozwijają się postacie - Scott już w pełni spełnia w roli Mikołaja, a jego była i jej gach są sympatyczniejsi i dogadują się . Niestety Charlie z słodkiego dzieciaczka zamienia się w bad boya, który jest zbuntowanym nastolatkiem do utylizacji. Wśród elfów pojawia się Curtis będący tu elfowym Dexterem z Jego Laboratorium i aktor spisuje się dobrze. Tym razem Bernard jest w ciemniejszej dupie i Scott/Miki na nim się odgrywa :). Allen świetnie odgrywa Mikołaja już na serio. Tak jak w Toy Story 2 Allen gra oprócz standardowej roli gra swego klona z wystawy sklepowej. Animatroniczny Mikołaj wypada świetnie, jak i jego armia ołowianych żołnierzyków.
Tak jak jedynkę ten film obejrzał z dubbingiem. Głosy bardziej brzmią kreskówkowo. Kołbasiuk jak zwykle klasa i też dobrze wypada ten drugi Mikołaj. Brunov wypadł tym razem gorzej i brzmi bardziej Tami z Gumisiów. Głos Bernarda jest lepszy. To już era po Shreku i pojawia się wzmianka o Klossie, ale translacja sprawnie poradziła z różnicami kultury i faktem, że w Europie niegrzecznym dzieciom daje się co innego.
7/10
22-12-2021, 00:56
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22-12-2021, 01:05 przez OGPUEE.)
Stały bywalec
Liczba postów: 867
Liczba wątków: 0
No nie wiem, teraz oglądam jak olbrzymi japoński demon zemsty zabija feudalnych lordów w pięknej zimowej scenerii. To chyba nie należy do kanonu świąt a może powinno. Kiedyś zabiorę się za Cud na 34. ulicy albo wynajdę to skądś i puszczę wszystkim z rana 25 grudnia chyba, że będą akurat Gremliny albo ewentualnie W krzywym zwierciadle.
22-12-2021, 03:33
Stały bywalec
Liczba postów: 12,460
Liczba wątków: 29
(22-12-2021, 03:33)Lashly napisał(a): No nie wiem, teraz oglądam jak olbrzymi japoński demon zemsty zabija feudalnych lordów w pięknej zimowej scenerii. To chyba nie należy do kanonu świąt a może powinno.
Jeśli wcinałeś kubełek od KFC, to znaczy że Daimajin to bożonarodzeniowy klasyk :).
A mój maraton wciąż trwa:
Bad Santa (wersja reżyserska) - w okresie mającym być szczęśliwym i pełnym zrozumienia przyda się szczypta wredowstwa. Thornton to jeden z tych perfekcyjnych i bezbłędnych castingowych strzałów w dziesiątkę - Willie to kawał patusa, do którego nie powinno się zaczynać szurać. Ale zaskakująco szczerze się wierzy w jego rosnącą przyjaźń z Thurmanem (też świetny casting), który jest takim przegrywem, że nawet bullies nie mają ochoty mu dokuczać :D. Film spokojnie mógł startować do dramatu żądnego Oscara - Willie traci wolę życia, wcale się nie polepsza i sporo tu fucków w obecności dzieci. Jednak poprzez podlanie komediowym sosem wyszedł z tego niezły makowiec. Banałem będzie powiedzenie, że dzisiaj by nie powstał. Rozwaliło mnie, jak ten nowy supervisor nie wiedział jak politpoprawnie nazywa się karłów albo Willie z Marcusem używają przeciw niemu lewicowych zaklęć. I głównym anatagonistą jest uprzywilejowany Murzyn, który zabiera dzieciom empetrójki (ogólnie żadna z czarnych postaci nie jest pozytywna i dawno figuruje na liście niegrzecznych tego prawdziwego Mikołaja). Lub jak na Williego gapi się wrednie gościu robiący mu racial profiling ;).
8/10
W krzywym zwierciadle: Witaj, Święty Mikołaju - opinia znów gdzie indziej.
24-12-2021, 00:40
Agent Mossadu
Liczba postów: 31,868
Liczba wątków: 4
Holiness is in right action, and courage on behalf of those who cannot defend themselves.
24-12-2021, 01:30
Stały bywalec
Liczba postów: 2,176
Liczba wątków: 14
Klaus 2020 z Netflixa
Noooo to było gites majonez. Początek wydaje się taki przerysowany i sztampowy z tym dzieciakiem ale jak akcja przenosi się na wyspę to fabuła nabiera kolorów. Przede wszystkim tutaj dominuje pomysł, czyli przedstawienie pochodzenie Mikołaja. Ubrana w fajne szaty historia angażuje, a bohaterowi można kibicować. I zajebisty jest sam Klaus. Postacie drugoplanowe też spoko, nie są zapychaczami. Mała Inuitka skradła moje serce, ale nauczycielka to dzieli i rządzi na ekranie. Ciepła, ujmująca historia z dobrym humorem . Warto dodać to to kanonu filmów świątecznych.
9/10
“A man holds sacred only 3 things. His home, his children, and his mother. He who dares to harm any of these, whomever god he serve, pray to them for mercy. You will receive none from the man.”
24-12-2021, 11:28
Stały bywalec
Liczba postów: 12,460
Liczba wątków: 29
(24-12-2021, 11:28)Debryk napisał(a): Mała Inuitka skradła moje serce
Lapończycy nie są Azjatami nieuku :].
Dziś uznałem, że robię many-feature składającego się z kreskówek (bo na pełnometrażowy film nie ma czasu).
Johnny Bravo, „W noc wigilijną” - o, Butch Hartman współtworzył do tego scenariusz. Rozumiem o co się sadził się Mikołaj, ale Johnny postąpił słusznie i logicznie - z włamywaczami nie wolno się cackać, szczególnie że wezwana policja przyjeżdża po fakcie. W powtórce po latach zaskoczyło mnie, iż dużo było rymowania w dialogach oraz cameo miał tu Scooby Doo. I rozwaliły mnie subtelne podteksty z burmistrzem i jego żoną :). Dubbing OK, choć lektor jako narrator tak brzmiał dziwnie. I czemu Ryszard Olesiński nie zdubbingował tu Scooby'ego (i czy zastępujący go Paszkowski nie mógł mówić bardziej niższym tonem)?!
7/10
Laboratorium Dextera, „Dexter kontra Święty Mikołaj” - jako ciekawostkę podam, że ten odcinek jak i w/w odcinek Johnny'ego Bravo reżyserował ten sam gość (przy czym tego Dextera współreżyserował Tartakovsky). Pamiętam ten specjał, gdy Dexter był przekonany że renifer Mikołaja to jego matka w przebraniu :D. Jest lepiej niż zapamiętałem - odcinek mega cyniczny i wredny, gdzie Dexter pokazany jako idiota jeszcze bez dyplomu, którego nie da się przekonać (a jak daje, to potem jest za późno). Rozwalał mnie motyw, gdy wkurwiony renifer chce zabić Dextera, a ten niechcący pozbawia go poroży i ren skamle jak piesek XD. I zamiast dać jakiś wymielone do wyrzygania i pojawiające się w każdej okołobożonarodzeniowej produkcji "że Święta to wspaniały okres, gdzie rodzina i dobro jest najważniejsze" jest cynicznie szczery i wprost mówi, że chodzi o materializm :D. Dubbing jak zwykle klasa, nikogo innego niż Joanna Wizmur nie wyobrażam w roli Dextera i zaskoczyłem się, że Mikołaja dubbingował Kołbasiuk (w pierwszej chwili myślałem, że to ciągłe "ho ho ho" robił Leopold Matuszczak).
10/10
Tom i Jerry, „W wigilijną noc” - trzecia chronologicznie z klasycznych kreskówek ery Hanny i Barbery, gdzie Tom zachowywał się jak kot i wydawał kocie dźwięki zamiast wrzasków Billa Hanny. Jeden raz pokazali na polskim Cartoon Network. Przy okazji to chyba jedyny klasyczny Tom i Jerry, gdzie w kopiach TV jest pokazana oryginalne czołówka/loho zamiast tych z wznowień. Od początku bije świąteczna atmosfera. Jak zwykle to Jerry zaczyna, a potem prowokuje Toma do popełnienia ówczesnego czynu karalnego jakim jest homoseksualizm i na własne życzenie marznie. Ale potem rozumie swoje złe niechrześcijańskie uczynki (przynajmniej do następnego odcinka). Dużo ciepła tu i jest to bardziej w klimacie animacji MGM tworzonych przez Hugha Harmana i Rudolfa Isinga niż tego prześmiewczego sadyzmu z późnych Toma i Jerry'ego (w sumie w końcówce jest jeden taki motyw :)). Animacja przepiękna i oprawa muzyczna też przepiękna, wzmocniona śpiewami kolęd.
9/10
A Charlie Brown Christmas - nigdy specjalnie nie byłem fanem Fistaszków, ale uznałem że obejrzę. To chyba jedyny taki świąteczny specjał dla młodszego widza mówiący wprost o Jezusie i religijnym podłożu Bożego Narodzenia. Propsy dla Schultza, że uparł się by Fistaszki nie były n-tą reklamówką o wyświechtanych frazesach, bo pomimo kiepskiej animacji, takim sobie voice actingu zapada to w pamięć dzięki scenariuszowi. Dość życiowy - Charlie mimo że Wigilia tuż tuż nie czuje atmosfery świąt i ma stan tumiwisizmu i rezygnacji, co przyznam jest dość częste podczas rzekomo szczęśliwego i pojednawczego okresu bożonarodzeniowego. Jednak trafnie pokazuje też że po przebrnięciu przez niedogodności i zbędnego stresu daje się porwać świątecznej atmosferze nieważna jaka jest. Sympatyczny soundtrack.
8/10
Noc wigilijna (1951) - w trakcie układania maratonu przypomniałem o istnieniu jeszcze jednej animacji z Sojuzmultfilmu, tym razem na podst. utworu Nikołaja Gogola. Tak jak Śnieżynka jest przeznaczony dla starszego widza i zakładam, że dość czołobitnie podchodzono do materiału źródłowego. Jak to przystało na radziecką animację z lat 50. zeszłego wieku robi wrażenie. Idealnie uchwycono tu dawne obchodzenie Bożego Narodzenia na wiejskich terenach. Wspomaga w tym tu ukraiński folklor, który z kolędnikami z turoniami, przyjmowania niezapowiedzianych przybyszów i typowym dla Słowiańszczyzny budownictwem (i śpiewem) jest dość swojski dla polskiego widza.
7/10
PS. W minucie 24:30 jest empiryczny dowód na to, że breakdance wymyślili Ukraińcy ;).
25-12-2021, 00:45
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25-12-2021, 13:19 przez OGPUEE.)
Stały bywalec
Liczba postów: 2,988
Liczba wątków: 0
(24-12-2021, 11:28)Debryk napisał(a): Mała Inuitka skradła moje serce
Akcja dzieje się w Skandynawii, a Inuici to są w ogóle z innego kontynentu.
25-12-2021, 00:51
Agent Mossadu
Liczba postów: 31,868
Liczba wątków: 4
Holiness is in right action, and courage on behalf of those who cannot defend themselves.
25-12-2021, 01:20
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25-12-2021, 13:23 przez Bucho.)
Movie Lover
Liczba postów: 7,227
Liczba wątków: 73
OGUPEE, z okazji Świąt chcę przyznać, że zawsze mi się Ciebie przyjemnie czyta. Chyba dlatego, bo często zwracasz uwagę na takie elementy jak głupoty scenariuszowe czy aktorów dubbingowych :)))
25-12-2021, 03:10
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25-12-2021, 03:10 przez Kryst_007.)
|