Stały bywalec
Liczba postów: 3,072
Liczba wątków: 28
„Zakazana planeta” z 1956 r. to uznany klasyk amerykańskiego kina science fiction z 1956 r. Swego czasu okupował ekran na nieodżałowanej stacji TCM, ja sam zaś miałem okazję zapoznać się z nim w latach dziewięćdziesiątych, kiedy w ramach „letniego kina” puszczono go na jedynce.
W odległej o około 200 lat przyszłości statek kosmiczny Planet Zjednoczonych C-57D, dowodzony przez komandora Johna J. Adamsa (Leslie Nielsen) udaje się na wyprawę w poszukiwaniu zaginionego przed dwudziestu laty statku naukowego Bellerofon. Statek zaginął w okolicach odległej planety Altair IV. Po przybyciu na miejsce okazuje się, że z pierwotnej załogi Bellerofona ocalał jedynie lingwista dr. Edward Morbius oraz jego córka Alta.
Morbius jest zaniepokojony przybyciem misji ratunkowej i nie chce by jego córka zadawała się z załogą ziemskiego statku. Po pewnym czasie okazuje się, że jego niechęć nie jest spowodowana tylko obawą o córkę, ale również tym co odkrył na zdawałoby się martwej planecie. Otóż przed setkami tysiącleci zamieszkiwała ich rasa inteligentnych istot – Krellów. Niesamowicie zaawansowani technologicznie, stali oni u osiągnięcia wyższego stanu istnienia nie wymagającego żadnych fizycznych nośników. Niestety coś stanęło temu na przeszkodzie i niegdyś wspaniała cywilizacja upadła w ciągu jednej nocy. Morbius bada pozostałe artefakty i ocalałą podziemną infrastrukturę obcych, jednak chce ten fakt zachować tylko dla siebie. Wedlug jego mniemania ludzkość nie jest jeszcze gotowa na to by udostępnić jej technologię Krellów. Problem polega na tym, że Morbius nie bierze pod uwagę swoich własnych ludzkich ograniczeń, co ma bezpośredni wpływ na akcję filmu i los jego bohaterów.
Widać, że na film poszedł spory budżet, wytwórnia MGM postawiła na efektowność i widać to na ekranie. Biorąc poprawkę na czasy, w których powstał obraz, efekty specjalne w nim zastosowane nadal robią wrażenie, zwłaszcza na fanach starych efektów optycznych.
Co do gry aktorskiej, to jest ona charakterystyczna dla tego okresu, Walter Pidgeon to pełen profesjonalista i jego kreacja dr. Morbiusa nie nosi w sobie nuty fałszu. Leslie Nielsen jako komandor Adams to taki protoKirk ze Star Treka, przy czym lepszy od kreacji Shatnera.
Oczywiście nie sposób nie wspomnieć o silnej inspiracji filmu szekspirowską „Burzą”, niemniej obraz sam w sobie stał się bardzo prominentny w kręgach science fiction. Dość powiedzieć, że to jeden z ulubionych filmów Georga R.R. Martina, który posiada nawet naturalnej wielkości replikę robota Robby’ego z filmu.
Być może ramotka, ale taka do której miło się wraca.
BTW scenografia i rekwizyty filmowe były poddane wielokrotnemu recyklingowi – od kolejnych (tym razem już mniej drogich) filmów po takie seriale telewizyjne jak „Strefa mroku” czy „Po tamtej stronie”.
17-04-2022, 14:51
Stały bywalec
Liczba postów: 12,533
Liczba wątków: 29
Ech, czemu taki nie powstał wcześniej? Sporo tego się widziało (także w ostatnich miesiącach) i wypisywało w krótkiej piłce.
A Zakazana planeta w pytkę i sam się zadziwiłem na jakim poziomie są efekty specjalne. Jedynie mierzwił zbyt kreskówkowy wygląd Potwora Id. I faktycznie też nie widziałem w młodym Nielsenie Franka Drebina. Jak dla mnie zasłużony klasyk.
EDIT: Moderacja mogłaby przesunąć posty z krótkiej piłki dot. Zakazanej planety.
17-04-2022, 15:24
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21-04-2022, 00:00 przez OGPUEE.)
Movie Lover
Liczba postów: 7,227
Liczba wątków: 73
Ja myślę, że to idealny post wprowadzający do klasyki sci-fi, więc ja bym nie przenosił ;)
A za samo utworzenie tematu brawa. Na pewno będę się tu wypisywał w miarę często.
17-04-2022, 16:54
Stały bywalec
Liczba postów: 2,184
Liczba wątków: 14
Jak już pisałem w "Krótkiej piłce" film oglądałem w latach 80-tych w nocnym kinie i za zgoda rodziców. Oczywiście, na dzieciaku który "G" widział czarno-biała produkcja zrobiła odpowiednie wrażenie ale element horroru związany z pokonywaniem kolejnych drzwi przez niewidzialnego potwora to propsy bo sam pomysł przekozak i w swoich czasach ten film musiał robić wrażenie właśnie przez połączenie Sci-Fi i horroru. Pamiętam jak miałem gówniarskie koszmary związane z niewidzialną siłą a'la ten potwór :D
Inną kwestią jest cała otoczka: twórcy wykazali się niebywałym pietyzmem jeśli chodzi o podbudowę tej historii - scenariusz ma sporo wątków i całą masę detali, które serio robią wrażenie. Nie było remajku - i mam mieszane uczucia, bo w sumie dobry rimejk by się przydał, a z drugiej wiem że Hollywood by to wszystko przemieliło i wypruła kolejny generyczny film pozbawiony duszy.
“A man holds sacred only 3 things. His home, his children, and his mother. He who dares to harm any of these, whomever god he serve, pray to them for mercy. You will receive none from the man.”
17-04-2022, 18:00
Użytkownik
Liczba postów: 211
Liczba wątków: 0
No to przyklejam opinię o "Zakazanej planecie" z Krótkiej Piłki :)
Postarzało się to, ale jednak z klasą. Wiadomo, typowo modelowe sci-fi Srebrnej Ery Hollywood - te plastikowe rekwizyty czy lekko sztywnawe aktorstwo mają dzisiaj prawo bawić, ale wrażenie na mnie wciąż jednak jakimś cudem robi. Szczególnie w porównaniu z taką 3 lata starszą "Wojną światów". W powietrzu atmosfera zagrożenia odczuwalna i myślę, że takie sceny z niewidzialną bestią nadal trzymają na krawędzi fotela. Plus młody i nie-siwy Leslie Nielsen w roli głównej. Kto by pomyślał, że ten przystojny heros będzie kiedyś ikoną zwariowanej parodii filmowej :) 7/10
17-04-2022, 18:12
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17-04-2022, 18:13 przez Qrszon.)
Stały bywalec
Liczba postów: 3,072
Liczba wątków: 28
Z tego co wiem to miał powstać remake, ale utknął w development hell lata temu. Tutaj więcej:
http://opium.org.pl/2009/11/23/zakazana-planeta-powroci/
J. Michael Straczynski, znany scenarzysta i twórca kultowego serialu „Babylon 5” jest właśnie w trakcie pisania scenariusza do nowej wersji jeszcze bardziej kultowej „Zakazanej Planety”. Nowy film ma być wierny historii opowiedzianej w oryginale, choć z drugiej strony chodzą słuchy, że ma też zostawić furtkę dla ewentualnego sequela…
Jeśli nie znacie „Zakazanej Planety” z 1956 roku… Coż, powinniście się wstydzić. To już klasyka pełną gębą, więc nie dziwi chęć wielkich studiów filmowych do żerowania na jej legendzie. Pierwsze pomysły na remake pojawiły się lata temu, kiedy New Line Cinema starało się pozyskać Jamesa Camerona do tego projektu. Potem byka za rogi chwyciło DreamWorks, obsadzając w roli reżysera Davida Twohy’ego. W październiku zeszłego roku prawa do tytułu zakupił dla siebie Warner i z miejsca zatrudnił Straczynskiego do pisania skryptu.
Oto co ma on do powiedzenia nt tego projektu:
Zdecydowaliśmy się przedstawić w większej części losy pierwszej załogi – tej która przybyła 20 lat wcześniej. Chcemy w ten sposób uzyskać niejaką przeciwwagę dla wątków 'teraźniejszych’. Jeśli jesteście fanami oryginału, tak jak ja jestem i zawsze byłem, to przekonacie się, że to dość wierna interpretacja tej historii.
W filmie będzie nieco więcej akcji niż w jego pierwowzorze, ale to nadal sztuka oparta na interakcji między postaciami – tak jak szkspirowskie „The Tempest”, na którym się opiera.
Warner jest zdecydowany zrobić ten film – widzą w nim spory potencjał marketingowy i finansowy.
Nawet z facetem tak utalentowanym jak Straczynski boję się, że wszystko co otrzymamy to kolejne popłuczyny po oryginale (vide niedawny remake „Dnia, w którym zatrzymała się Ziemia”).
17-04-2022, 18:40
Stały bywalec
Liczba postów: 5,909
Liczba wątków: 6
Leży gdzieś na stosie innych projektów WB. Oni podobno chcieli jakieś mocne nazwisko reżyserskie do tego przyciągnąć, a pewnie chętnych brak.
A szkoda, bo to akurat byłby materiał na remake z potencjałem. Przydałby się tam dobry upgrade. W sumie taka bardziej dynamiczna wersja mogłaby całkiem fajnie wyglądać.
Straczynski podawał chyba nawet, że jego scenariusz powstawał z udziałem Camerona.
Wysłane z mojego M2102J20SG przy użyciu Tapatalka
zombie001, member of Forum KMF Film.org.pl since Jul 2013.
17-04-2022, 19:04
Movie Lover
Liczba postów: 7,227
Liczba wątków: 73
"Zakazana planeta" to jeden z nielicznych filmów, których remake bym chętnie zobaczył. Oczywiście od jakiegoś dobrego reżysera z własną wizją, a najlepiej to od jakiegoś Villeneuve'a czy Garlanda. Cameron też mógłby być, jeśli tylko miałby to być jego udany powrót po tych wszystkich "Avatarach".
17-04-2022, 19:45
.
Liczba postów: 27,772
Liczba wątków: 62
Tematyka dla Garlanda rzeczywiście by się nadawała, ale, tak samo jak przy 95% klasyków: po co? Pewnie niezły film by z tego wyszedł, ale znając życie to bez połowy klimatu oryginału.
17-04-2022, 21:56
Stały bywalec
Liczba postów: 3,072
Liczba wątków: 28
„Przybysze z przestrzeni kosmicznej” („It Came from Outer Space”) to pochodzący z 1953 r. klasyk science fiction w reżyserii Jacka Arnolda (1912-1992), który miał nam później dać między innymi „Potwora z Czarnej Laguny” (1954) oraz „Człowieka, który się nieprawdopodobnie zmniejsza” (1957).
Oparty na historii stworzonej przez uznanego pisarza science fiction Raya Bradbury’ego (1920-2012) obraz zabiera widzów do Arizony („granej” przez pustynię Mojave w Kalifornii), gdzie poznajemy niezależnego dziennikarza i astronoma-amatora Johna Putnama. Pewnej nocy jest on razem ze swoją narzeczoną – nauczycielką Ellen świadkiem upadku meteoru. Po przybyciu na miejsce zdarzenie, okazuje się jednak, że to bynajmniej nie zwykła skała z kosmosu a statek z innej planety! Niestety szybko zostaje on zasypany przez osuwisko skał i ziemi, które uniemożliwia jego zbadanie. Tymczasem nikt nie wierzy Putnamowi, że na Ziemi rozbił się statek kosmiczny, a dziennikarz szybko staje się obiektem drwin.
W krótkim okresie okolice zaczynają nawiedzać dziwne zjawiska, dwójka monterów sieci telefonicznej znika na pustyni, by odnaleźć się po jakimś czasie. Problem w tym, że nie są oni sobą (i to dosłownie).Okazuje się bowiem, że Putnam miał rację, Ziemię faktycznie odwiedzili przybysze z gwiazd. Ich wizyta nie ma jednak planowanego charakteru – statek miał po prostu awarię i rozbił się na naszej planecie w wyniku wypadku. Teraz przybysze są zmuszeni do jego naprawy, by to zrobić przyjmują oni postać lokalnych mieszkańców, których „oryginały” trzymają jako zakładników w położonej nieopodal krateru wybitego przez ich statek kopalni.
Gdy porwana zostaje narzeczona naszego bohatera, musi zrobić wszystko by uratować ją i innych. Jednak nie wszystko jest takie jak wydaje się na pierwszy rzut oka, a odrażający obcy wbrew pozorom nie są istotami z piekła rodem, a po prostu chcą opuścić Ziemię, a nie krzywdzić jej mieszkańców.
„Przybysze z przestrzeni kosmicznej” to ciekawa pozycja dla każdego kinomana, w jej niekiedy lirycznych tonach doskonale widać rękę Bradbury’ego, który nie chciał tworzyć kolejnej sztampowej historii o potworach, a coś bardziej zniuansowanego. Obcy w jego ujęciu to istoty, które pod odrażającą dla ludzi powłoką w istocie są takimi samymi istotami jak my. Ich działania mogą na pierwszy rzut oka wydawać się straszne, ale po prostu są oni do nich zmuszeni, bo obawiają się reakcji ludzi na ich wygląd. W ostateczności bowiem nie ginie żaden człowiek a właśnie dwóch kosmitów, co potwierdza ich twierdzenia, że ludzkość nie jest jeszcze gotowa na pierwszy kontakt.
Film kończy się odlotem ich statku w przestrzeń kosmiczną, który jest obserwowany przez naszych bohaterów. Może jeszcze ich zobaczą, ale na pewnie nie w najbliższej przyszłości…
Obraz został nakręcony e technologii 3D, przez co można czasami zauważyć nieco zbyt efekciarskie ujęcia, niemniej sprawdzały się one w ramach zamierzonej technologii odtwarzania. Poza tym nie odwracają one uwagi od opowiadanej historii. A jest ona wbrew pozorom całkiem optymistyczna i czuć w niej ten specyficzny sznyt Bradbury’ego.
Aktorstwo jest kompetentne, Richard Carlson jako Putnam - niecodzienny everyman sprawdza się idealnie a partneruje mu urocza Barbara Rush jako Ellen, znana z min. z „When Worlds Collide” (1951).
Pozycja warta przypomnienia, przewyższająca poziomem większość pochodzących z tamtego okresu filmów fantastycznonaukowych.
18-04-2022, 13:17
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16-06-2022, 15:19 przez Scheckley.)
CGI Paul Walker
Liczba postów: 22,404
Liczba wątków: 29
Obejrzałem. Straszna ramota. Potencjał na rimejk? Zerowy.
4/10
welcome to prime time bitch!
Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.
20-04-2022, 23:36
Stały bywalec
Liczba postów: 12,533
Liczba wątków: 29
Szerokość geograficzna zero - Scheckley nie wspominał, że w tym temacie mogą być jedynie amerykańskie filmy ;). Więc pora na powtórkę kolejnego tokusatsu od Toho. Tym razem to nie żaden kaiju, a bardziej klimaty Juliusza Verne. Trochę ramota, ale oglądalna. Od czego zacząć?
Film mimo, że produkcji japońskiej i z dużym udziałem japońskich aktorów, został nakręcony w języku angielskim. Lecz, co jest dużym plusem, w przypadku tego filmu Toho zamiast zlecać jakiś chujowy dubbing robiony w Hongkongu, to nakazało wszystkim aktorom mówić po angielsku. Czasami słychać akcent japońskich wykonawców i fonetyczne zapamiętywanie, ale jak mówiłem już lepsze to niż niedopasowane głosy.
W związku z tym, że jest to na podst. amerykańskiego słuchowiska, a jak mówiłem mówią po angielsku, to nie zabrakło amerykańskich aktorów - m.in. Joseph Cotten czy Cesar "To ten co był Jokerem w Batmanie z Westem" Romero. Ale mam wrażenie, że hollywoodcy aktory wtedy wychodzili z założenia, że jak dostali angaż do jakiejś egzotycznej produkcji to będą grać na półgwizdka (Rhodes Reason zagrał w Ucieczce King Konga, tylko dlatego że widział w tym okazję do zwiedzenia Japonii). Cotten jedzie na autopilocie i brzmi jak Miś Yogi czy Kot Jinks, zaś Jaeckel gra tak drewnianie i przesadzenie, przywodząc na myśli anglojęzycznych extra w późniejszych filmach z Godzillą. Najlepiej z Amerykańców i dość profesjonalnie wypadł Cesar Romero jako antagonista.
Odnośnie obsady - wy się śmiejecie, że czarna gra białą królowę, a ja śmieję, że biała gra południowoazjatycką księżniczkę i w Szerokości geograficznej zero Japońce dają nam powód do śmiechu, bo Azjata gra Francuza, pewnie domyślnie białego.
Fabularnie to taki Juliusz Verne, są ukryte cywilizacje, walka ze złym złoczyńcą i jego wynalazkami. Jako, że to film Toho, to wcisnęli wielkiego potwora - niestety, bestia właściwie nic nie robi i mogłaby spokojnie zostać wycięta bez szkody dla fabuły. i roboty miały inne potwory, w rozmiarze ludzkim. Sporo tu pacyfistycznego przesłania, jest moment prztyku do "zgniłego zachodu" i ich przypisania łatek i w końcówce przetykanie okropnością świata, co było pewnie przyczyną, dlaczego trafiło to do komunistycznej Polski (moja mama była na tym w kinie). Końcówka dość dziwna mogli i wykorzystać pierwotne zakończenie, gdyż miało więcej sensu.
Realizacyjnie całkiem nieźle zważywszy na bałagan panujący na planie. Efekty specjalne bardzo dobre. Znaczy wykonanie potworów zajeżdża dziś taniochą, a lew grany przez aktora w kostiumie nawet wtedy był widoczny, ale modele i scenografia robią pozytywne wrażenie. Scena operacji jest dość drastyczna na tamte czasy.
6,5/10
09-06-2022, 14:31
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09-06-2022, 21:23 przez OGPUEE.)
Stały bywalec
Liczba postów: 3,072
Liczba wątków: 28
„Ta wyspa Ziemia” („This Island Earth”) z 1955 r. to kolejna kultowa produkcja science fiction z lat 50-tych wytwórni Universal. Tym razem jest to ekranizacja powieści o tym samym tytule pisarza Raymonda F. Jonesa.
Dr. Cal Meacham (Rex Reason) jest naukowcem pracującym nad sposobem zamiany ołowiu w uran, dzięki czemu mógłby on zapewnić zasoby tego pierwiastka w ogromnych ilościach do produkcji energii. Po dziwnym zdarzeniu w trakcie podróży samolotem do swojej placówki badawczej, kiedy tylko interwencja dziwnej siły powstrzymała jego samolot przed upadkiem, okazuje się, że do jego laboratorium przyszła tajemnicza przesyłka. Wchodzące w jej skład pakunki zawierają elementy urządzenia o nieznanym przeznaczeniu. Wiedziony ciekawością naukowiec składa dziwną maszynę, która jak się okazuje służy do komunikacji z tajemniczym Exeterem (Jeff Morrow). Jest on przywódcą pewnej grupy, która werbuje w swoje szeregi najzdolniejszych naukowców z całego świata. Złożenie maszyny było testem, który miał potwierdzić zdolności i inteligencje naszego bohatera. Otrzymuje on propozycję dołączenia do zespołu Exetera, z której postanawia skwapliwie skorzystać.
Po przybyciu na miejsce spotyka on innych naukowców, w tym znaną mu wcześniej dr. Ruth Adams (Faith Domergue). Szybko okazuje się, że inicjatywa Exetera nie jest do końca tym czym się wydaje. Meacham postanawia zbiec z ośrodka razem z Ruth,jednak nie wszystko idzie po jego myśli. Exter okazuje się przywódcą grupy obcych z planety Metaluna. Jest ona w stanie wojny z inną rasą, i potrzebuje ogromnych ilości pierwiastków promieniotwórczych do zasilenia ochrony planetarnej. Ludzcy naukowcy mieli pomóc im osiągnąć ten cel, jednak wojna nie idzie po myśli obcych i są oni zmuszeni zlikwidować ośrodek i dalsze prace przeprowadzić na macierzystej planecie. Tylko Meacham i Adams przeżyli i zostali uprowadzeni przez statek kosmiczny, który ma ich dostarczyć do Metaluny. Tam jednak okazuje się, że sytuacja całkowicie wymknęła się spod kontroli, i nasi bohaterzy zmuszeni są do desperackiej ucieczki na Ziemię.
W sumie ta produkcja to podróż bohaterów z miejsca A (Ziemi) do miejsca B (Metaluny) i z powrotem. Ponad dwa lata produkcji, nie wpłynęły zbytnio na skomplikowanie i uatrakcyjnienie fabuły. Studio było niezadowolone z reżyserii Josepha M. Newmana w sekwencjach na obcej planecie i zatrudniła do tej roli Jacka Arnolda o zdecydowanie większym doświadczeniu w kinie sf.
Ogólnie to nieco dziwny film, główny bohater w pewnym momencie zostaje zmuszony do prostych reakcji na okoliczności, na które nie w swej istocie wpływu, a powrót na Ziemię jest jakiś taki, po prostu urwany. Brakuje tutaj pewnego zwieńczenia historii. Ok Metaluna i jej cywilizacja ginie, a dwójka główna postaci powraca na swoją ojczystą planetę, brak w tym jednak jakiegoś emocjonalnego payoffu.
Niemniej w Ameryce to film o uznanym statusie, co prawda jako ten mniejszy i mniej zaradny brat „Zakazanej planety”, ale jednak. Ja sam zapoznałem się z nim jeszcze jako dziecko gdy swego czasu Polsat puścił filmową wersję Mystery Science Theater 3000 po polskim tytułem „Kosmiczne projekcje 3000” gdzie „Ta wyspa Ziemia została nieźle obśmiana. Obejrzenie filmu w jego oryginalnej formie sprawiło, że nieco zyskał on na odbiorze, więc w ostateczności daje mu 6/10, bo miał całkiem intrygującą pierwszą połowę.
16-06-2022, 16:23
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17-06-2024, 15:34 przez Scheckley.)
Stały bywalec
Liczba postów: 875
Liczba wątków: 0
Dziwne, że ten film znalazł się na MST3K. Ten, Revenge of the Creature i parę innych, które są co najmniej ok. Chociaż TIE widziałem raz i dawno i chyba nie zaciekawił mnie tak bardzo. Robiłem kiedyś listę zachodnich (azjatyckie osobno) sci fi z lat 50. które oglądałem i które mam do nadrobienia. Tych z najwyższą notą było bodajże 9 w tym Zakazana Planeta.
16-06-2022, 17:23
Stały bywalec
Liczba postów: 3,072
Liczba wątków: 28
„One!” ( "Them!") z 1954 r. to kultowy obraz sf, który zapoczątkował epokę filmów o wielkich owadach będących efektem promieniowania.
Akcja rozpoczyna się, na pustyni w Nowym Meksyku (granej, jak zwykle, przez pustynię Mojave w Kalifornii) gdzie dwójka stanowych policjantów znajduje oniemiałą błąkającą się po okolicy dziewczynkę. Jak się okazuje jej rodzice padli zostali zabici, a jej jakimś cudem udało się uciec. Gdy w niewyjaśnionych okolicznościach giną kolejni ludzie, na pomoc policji przybywa agent FBI z pobliskiego Alamagordo – Robert Graham (James Arness). Niestety FBI to za mało i z Miniterstwa Rolnictwa w Waszyngtonie przybywa doktor Harold Medford (Edmund Gwenn) wraz z córką dr Pat Medford (Joan Weldon) specjalizujący się w myrmekologii (nauce o mrówkach – tak, jest coś takiego).
Medford podejrzewa, że mamy do czynienia z plagą ogromnych kilkumetrowych mrówek, które powstały w wyniku pierwszych prób atomowych. Gdy zlokalizowane zostaje gniazdo, szybko zostaje ono zniszczone. Niestety przed tym, zdołały się z niego uwolnić dwie mrówcze królowe, które teraz szukają miejsca do założenia swoich własnych gniazd. Jedna trafia na statek na Pacyfiku, druga do podziemi Los Angeles. Nasi bohaterowie ruszają śladem ogromnych mrówek. W LA zostaje ogłoszony stan wojenny, a wojsko schodzi do kanałów by zabić przerośnięte insekty. Oczywiści wszystko kończy się z dobrze, ze złowieszczym ostrzeżeniem dr Medforda co do nieprzewidzianych skutków prób atomowych i promieniowania.
Film ma dosyć szybką i płynną akcję jak na obraz z tego okresu, pomysł – jakkolwiek dzisiaj już oklepany – był wtedy czymś świeżym na rynku filmów sf. Studio chciało nakręcić go w 3D, jednak na przeszkodzie stanęły niespodziewane awarie sprzętu, przez co w ostateczności otrzymaliśmy standardowe 2D. Co ciekawe niektóre ujęcia – jak np. salwy z miotaczy ognia skierowane w kamerę – w ewidentny sposób zaplanowane do seansów w trój wymiarze, przedostały się do ostatecznej wersji filmu.
Postacie są, bo są… tzn. służą zasadniczo do ekspozycji nieznanego zagrożenia. Nie ma więc tutaj zbytnio personalnych dramatów, pojawia się za to ledwie zarysowany wątek romantyczny między Grahamem a Pat Medford, jednak jest on umieszczony w tle tak, że łatwo go przeoczyć. Reżysera Gordona Douglasa interesują zasadniczo tylko gigantyczne zmutowane mrówki i muszę przyznać, że nie oszczędzano na ich mechanicznych makietach i pokazaniu ich w akcji. Oczywiście nie jest to poziom Stana Winstone’a, ale od czegoś Hollywood musiało zacząć.
Z popierdółek to zwróciło moją uwagę, że jakimś cudem stanowy policjant z Nowego Meksyku – sierż. Ben Peterson (James Whitmore) nagle dołączył do naszej rządowej ekipy tropiącej mrówki. Wziął sobie urlop ? I czemu policjanci stanowi jako element mundurów noszą muszki, a nie krawaty?
Ogólnie udany seans, warty polecenia miłośnikom starych sf.
19-06-2022, 15:42
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17-06-2024, 15:39 przez Scheckley.)
Miszczu AVTAKa 2014/18/22
Liczba postów: 30,325
Liczba wątków: 67
(19-06-2022, 15:42)Scheckley napisał(a): I czemu policjanci stanowi jako element mundurów noszą muszki, a nie krawaty?
W niektórych stanach tak było. Plus muszka jest bezpieczniejsza od krawatu w razie czego :)
19-06-2022, 16:23
Movie Lover
Liczba postów: 7,227
Liczba wątków: 73
Oglądałem kiedyś, chyba w 2015 i powiem, że poza mrówkami to naprawdę mało co sobie z tego przypomnę. Już chyba nawet z rok starszej "Wojny światów" lepiej zapamiętałem (i tak płaskich poniekąd) bohaterów xD Efekty świetne oczywiście, ale raczej kolejny z tamtych B-klasowych monster movie, które już tak nie zostają w pamięci, jak mogły te 68 lat temu.
19-06-2022, 16:35
Stały bywalec
Liczba postów: 875
Liczba wątków: 0
Proto-Aliens. Podczas ostatniego seansu obu filmów doszedłem do wniosku, że Them! jest lepszy niż The Beast from 20,000 Fathoms (pod względem scenariusza) a więc jest pewnie najlepszym amerykańskim filmem z wielkimi potworami lat 50. Podoba mi się zwłaszcza ten podział na część pustynno-śledczą i otwarta wojnę z mrówami w dalszej części. No i film jest zaskakująco brutalny czasami, choć może nie było to tak rzadkie jak się wydaje. Urwane głowy, stopione twarze itd. zupełnie inaczej niż stereotypowy obraz sci lat lat 50.
19-06-2022, 16:40
CGI Paul Walker
Liczba postów: 22,404
Liczba wątków: 29
Ja p... Film jest z 1979. I to jest niewiarygodne. Niewiarygodne bo wygląda jak z 1959.
Straszne, infantylne, koszmarne. Jedyny chyba plus, że wszystkie dekoracje mają rozmach. No ale... One wyglądają ciągle jak wcześniejsze o 20 lat.
2/10
welcome to prime time bitch!
Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.
08-07-2022, 23:46
Stały bywalec
Liczba postów: 12,533
Liczba wątków: 29
Jūjin Yuki Otoko vel Half Human
W końcu obejrzałem ten japoński odpowiednik Song of the South, czyli film w rodzimym kraju zakazany na nośniki domowe, bo obraża prześladowaną mniejszość (tutaj burakumin). Oczywiście jak Song of the South film istnieje w internetach, więc mogę obejrzeć, a Toho niech mnie cmoknie. I jak prezentuje ten film o yeti z Alp Japońskich?
Wersja japońska - Jakby napisali to polscy krytycy filmowi z dawnych lat - przedpotopowy. Wygląda to jakby było kręcone w latach 40., co wzmaga też muzyka Masaru Sato. Z drugiej strony to kolejne po Godzilli z 1954 roku podejście do horroru/sci-fi w sposób bardziej ambitny. Yetiemu dali głębię, bo to nie dzika bestia. Nie atakuje sprowokowany, mieszka ze swym dzieckiem, także ratuje ludzi niczym Miłosierny Samarytanin. Można byłoby z nim pójść na sake. Także sceny z nim odpowiednio creepiaste i wzmagane przez całkowitą ciszę. Jest też przejmujący moment, gdy wyprawa odkrywa truchło jednego z kompanów i w tle są organki Włóczykija z Muminków. na plus autentyczne plenery i niekiedy praca kamery przypominała mi tą od Rashomona.
Japońskiego nie znam poza kilkoma słowami, ale jak czytałem mieszkańców wioski czczącej yetiego nazywa się burakku, związanego z burakumin. Mogę domyślić się backlashowi ze strony burakumin - mieszkańcy wyglądają jak upośledzone prymitywy i brutalnie egzekwują zasady. W dodatku to yeti został pokazany w lepszym świetle. I aż dziwne, że w takim środowisku główna wieśniaczka jest całkiem ładna i bardziej otwarta. Ale uspokoję Mefista i Hitcha, jej sprzeciw wobec zasad ogranicza się do zaniesienia rannego Akiry Tarakady, by go wyleczyć (za co zresztą zostaje zbita kijem przez starszyznę) i tylko tyle, nie jak niektóre Preye.
Kostium małpiszona całkiem dobrze wykonany na tamte czasy i środki. Za to fatalnie wyszły efekty z scenie wiszenia. Widać, że krążące ptactwo drapieżne to bałwanki i wycięte sylwetki na kijkach. I jest jeden dziwny efekt – jest scena jak yeti podnosi złego, by zrzucić z klifu. Normalnie aktor grający yetiego podniósłby drugiego aktora. Tu podnoszony koleś został nakręcony na bluescreenie i bezczelnie wklejony w wcześniej nagrany materiał, gdzie yeti podnosił powietrze.
Studenci będący głównymi bohaterami w większości tło i wyglądający tak samo (niska jakość wersji w której oglądałem też nie pomaga). Zbędny jest wątek jakiegoś kreskówkowego handlarza zwierząt (który ofkors jest chciwy i chce zrobić z yetiego atrakcję turystyczną). Z kolei zaskoczyłem przebiegiem zakończenia.
Można zobaczyć jako ciekawostkę.
6/10
Wersja amerykańska - w latach 50. XX wieku było modne w USA, by przerabiać zagraniczne filmy (głównie te azjatyckie) pod gusta widowni i m.in. wciskano amerykańskich aktorów (swoją drogą, ciekawie kiedy znowu będą tak traktować zagraniczne filmy, ale wsadzając czarnych i LGBTy :)?), bo nie może być zero białych. To samo było z tym filmem. Co ciekawe, Toho nie oponowało i nawet wysłali kostium Yetiego za ocean, by dograli niezbędne sceny. W wersji tej wydarzenia są w formie retrospekcji opowiadanej przez Johna Carradine'a grającego profesora antropologii będącego na wymianie studenckiej. Plusem jest, że oryginalne sceny nie otrzymały chujowego dubbingu. Ale z kolei audio jest zastąpione narracją Carradine'a oraz generyczną muzyką SF. Zdziwiłem się, że zachowali oryginalne zakończenie yetiego i jednej postaci, które w Japonii na pewno mogłoby przejść, tak w Ameryce było sprzeczne z przyzwyczajeniami tamtejszej widowni. No i o ile film w oryginale starał nadać niejednoznaczności potworowi, tak Amerykańce spłycili przekaz i to kolejny 50s shlock, które zapełniały ramówkę kin samochodowych.
5/10
17-08-2022, 20:18
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17-08-2022, 20:21 przez OGPUEE.)
|