Powiedzmy sobie szczerze: komromy (i ogólnie tzw. romantyczne kino) w chwili obecnej mają się gorzej niż źle. Na palcach jednej ręki policzyć mogę twórców, którzy z tej tematyki potrafią zrobić coś dającego się oglądać. W tym gronie zdecydowanie wybija się Richard Curtis, scenarzysta serialowy i kinowy (Four Weddings and a Funeral, Notting Hill, Bridget Jones obie części), którego reżyserskim debiutem jest właśnie właśnie Love Actually. Debiutem nadspodziewanie udanym, który z miejsca wskoczył do klasyki gatunku.
Curtis stworzył komroma totalnego, zachowując wszystkie zalety tego gatunku i eliminując większość jego wad. Wziął na warsztat najbardziej wyświechtane sceny i motywy, często podkręcając je i umieszczając w nowym kontekście czy też scenerii. W jednym filmie opowiedział circa dziesięć historii, dzięki czemu zarówno zdołał uniknąć dialogowej i scenariuszowej waty, jak i sklecił historię praktycznie z samych fabularnych highlightów. Zatrudnił armię angielskich (głównie) aktorów wymiataczy i napisał dla nich znakomite dialogi. Umieścił w filmie kilka rewelacyjnych piosenek, które nie tylko służą jako ozdobnik, ale znakomicie współgrają z historią i komentują poczynania bohaterów. Gwoli ścisłości: score Craiga Armstronga również jest rewelacyjne.
Love Actually to dla mnie zjawisko. Znakomita, inteligentna rozrywka i czysta filmowa przyjemność. Film wielokrotnego użytku, w moim przypadku odpowiednik świątecznych Kevinów i innych takich: wolę po raz -nasty patrzeć na Emmę Thompson słuchającą Joni Mitchell od oglądania wybuchających kibli i cegłówek na ryju. Mam nadzieję, że chociaż jedna osoba na tym forum się ze mną zgadza.
Why are you firing wallnuts at me?
21-12-2009, 21:03





