Crazy, stupid, love. (2011 r.)
#1
[Obrazek: 220px-CrazyStupidLovePoster.jpg]

Współczesne komedie romantyczne, czy to amerykańskie czy, o zgrozo, europejskie, przypominają dwugodzinne wycieczki po cukierniach, w których pozbawione osobowości jednowymiarowe śliczne młode zombie wypowiadają do siebie nawzajem kwestie napisane przez ofiary przedwczesnej lobotomii. Gdzieś na początku ubiegłej dekady producenci uznali, że jeśli ich losowy kom-rom oprze się na intrygującym pomyśle, który się generalnie nie zdarza w normalnym życiu, a parę bohaterów zagrają wielkie gwiazdy, najlepiej takie od razu po Oscarze, to film się sprzeda i zarobi dziesiątki milionów dolarów. Najgorsze jest to, że generalnie mieli rację. Co nie oznacza, że zyski poszły w parze z jakością.
Ogłupieni przez wyretuszowane twarze Natalie Portman, Ashtona Kutchera, Cameron Diaz, Matthew McConaughey'a czy królowej tego gównolotnego gatunku papki dla niedorozwiniętych umysłowo Kate Hudson, głupi ludzie masowo atakują kina rojące się od taśmowo produkowanych przewidywalnych i przesłodzonych historii i zapominają o nich w odstępach czasu liczonych w milisekundach po zakończeniu seansu. Przeciętny producent filmowy świeżo po studiach uznałby, że taki stan rzeczy oznacza, że na filmy lepsze nie ma zwyczajnie koniunktury, ale sukces takiego filmu jak "Crazy, Stupid, Love." jest najlepszym dowodem na coś dokładnie przeciwnego.
Jakąż więc radość sprawia zobaczenie inteligentnej, interesującej, mainstreamowej komedii romantycznej z głośnymi nazwiskami w rolach głównych, która nie pozostawia widza w persewerującym wyrazie twarzy pacjenta z ośrodka dla psychicznie chorych. Powiew świeżości, który oferuje "Crazy, Stupid, Love" jest niemal namacalny i jakaż ulga następuje, gdy ogląda się film pełen zalet, których ostatnio nie przypisuje się kom-romom (wiecie, np. obecność postaci, które mają jakąkolwiek głębię, nie recytują grafomańskich linijek ze scenariusza i których losem autentycznie możemy się przejąć?) i do tego twarzy młodych, sympatycznych aktorów, którzy za kilka lat podbiją Hollywood. Mówię tu o zawsze niezawodnej Emmie Stone, która za rok zaliczy swoją pierwszą rolę w wielkim blockbusterze i Ryanie Goslingu, którego tempo rozwoju kariery można przyrównać tylko do burzy z jaką idzie Michael Fassbender.
Do tego drugi plan też jest mocny, Steve Carell jak zwykle robi swoje (czyli jest nieźle), a w sprawnie skrojonym scenariuszu pojawia się nawet miejsce na mały... twist fabularny, co prawda nie następujący pod koniec, ale i tak robiący wrażenie, tym bardziej, że za cholerę go nie przewidziałem, a im dłużej o nim myślę tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że był niejako oczywisty :)
Więc z całego serca mogę polecić "Crazy, Stupid, Love." bo to w końcu niezła komedia romantyczna i idealny film na wyjście wieczorem z drugą połówką. Nowy Woody Allen zostawia co prawda ten film w tyle, ale jeśli już "O północy w Paryżu" się zaliczyło to na "Crazy..." również nie wstyd pójść.
Może niedorozwinięci polscy twórcy bezmyślnie kopiujący amerykańskie patenty na grunt rodzimego rynku kom-romów, w końcu zobaczą jak zrobić coś dobrego w tej kategorii i zaczną zżynać te dobre rzeczy, a nie te złe.

7.5/10.

Odpowiedz
#2
Zdecydowanie najlepszy komrom od wielu, wielu lat, a przynajmniej nic lepszego na chwilę obecną nie przychodzi mi do głowy. Obsada palce lizać, mnóstwo przezabawnych sytuacji (Dirty Dancing!!!) i brak wrażenia, że ogląda się tę samą, zdartą do granic możliwości historyjkę. Oczywiście fabuła nie jest szczególnie odkrywcza, a zakończenie łatwe do przewidzenia, ale mamy tu do czynienia z niesamowicie zgrabnym i odbiegającym od schematów zakończenie. Weźmy np. wątek bohatera granego przez Goslinga - kobieciarz wyrywający laski na jedną noc w kocu odnajduje tę jedyną i po raz pierwszy się zakochuje. Przecież to materiał na banalny film, w którym 10 minut przed końcem ona dowiaduje się że miał przed nią 300 partnerek i ostatecznie on goni ją na lotnisko. Tutaj to tylko wątek poboczny, który toczy się gdzieś w tle i nie ma w nim miejsca na kiczowate klisze. Ot po prostu facet znalazł miłość i tyle.

Przesympatyczne, zaskakująco świeże jak na ten gaunek kino. Polecam.

Odpowiedz
#3
Jak na komedię romantyczną, czyli gatunek, z którego filmy lubię sobie obejrzeć, ale w sumie mam go w głębokim poważaniu, to pierwsza klasa. Świetna obsada, bardzo fajnie poprowadzona historia, która może z opisu wydawać się niejaka i banalna, ale w praniu jest już bardzo ok - czuć świeżość, to trzeba przyznać. Również polecam.


A Gosling dobiera sobie zajebiste role - ta jest po prostu aż autoironiczna :)

Odpowiedz
#4
(23-10-2011, 12:59)Mierzwiak napisał(a): Zdecydowanie najlepszy komrom od wielu, wielu lat, a przynajmniej nic lepszego na chwilę obecną nie przychodzi mi do głowy.

500 Days of Summer.
Forgetting Sarah Marshall.
Knocked up.
Marley & Me.
Lars and the Real Girl.
The Science of Sleep.
Ghost Town.
Adventureland.

Co prawda nikoniecznie klasycznie, ale zawsze bez wątpienia komediowo i bezwzględnie romantycznie :)






Odpowiedz
#5
W dalszym ciągu nie widzę tam żadnego lepszego tytułu (jednocześnie zastanawiając się co tam robi Lars... którego postawienie w jednym rzędzie z kom romami to obraza dla tego filmu), szczególnie patrząc na tak nijaki do szpiku kości tytuł jak Ghost Town.

Odpowiedz
#6
oj tam oj tam, jaka tam obraza dla Larsa, tym bardziej, jeśli możemy być stawiany za wzór filmowego romantyzmu w niejednoznacznym sosie :)
Ja myślę, że 500 Dni Miłości dają radę w konkurencji tych najbardziej klasycznych komromów. Te mniej klasyczne też dają radę, więc w tym gatunku coś się dzieje. Rzadko, ale jednak. Nie żebym był miłośnikiem ale wiadomo jak to bywa, oglądanie komromów to często obowiązek życiowy :)

Odpowiedz
#7
Jeśli już mówimy o odchodzeniu od klasycznej konwencji kom romów to do listy należałoby dodać Duplicity i Adjustment Bureau.

Odpowiedz
#8
ale one są rom bez kom, więc trudno je umieścić na liście komromów, nawet jeśli AB będzie stawiany za wzór miłosnej chemii.

Odpowiedz
#9
Ejże przecież Duplicity jest very kom :)

Odpowiedz
#10
Marley & Me. - A jaki z tego kom rom? :]
http://www.filmweb.pl/user/Corn

"Pierdu-pierdu, siala-lala; Braveheart kosmos rozpierdala" - Bucho


Odpowiedz
#11
bywa śmieszny :) nie ciągnijmy tego offtopa, a jakby co to nowy topik.

Odpowiedz
#12
Przecież film z tematu nawet nie jest w połowie tak dobry jak 500 days of Summer, a co dopiero lepszy.


Odpowiedz
#13
Moim zdaniem jest lepszy. Dasz radę z tym żyć?

Odpowiedz
#14
nie widziałem CSL ale nie wierzę (w T już jest?) :) Emma z Zooey nie ma szans, no i w ogóle... nie, nic tak łatwo nie pobije 500 dni.

Odpowiedz
#15
Oj, zdecydowanie to nie ta bajka i klasa co "(500) Days of Summer" ale trzeba dodać, że to nie do końca uczciwe zestawienie, bo film Webba to nie jest komrom z prawdziwego zdarzenia. A nawet jeżeli uznamy że jest, to należy pamiętać, że Webb uderza w inne tony niż twórcy "Crazy, stupid, love". Jego film jest czymś o wiele szczerszym, bliższym rzeczywistości, nienastawionym na proste wzruszenia i rozwiązania uczuciowe, a co więcej, wręcz serwującym widzowi gorycz. A "Crazy..." to po prostu klasyczny komrom, który próbuje udawać, że tak nie jest i chwilami całkiem nieźle mu się to udaje. Przez krótką chwilę (Dirty Dancing i to co potem następuje) sięga nawet mistrzostwa w budowaniu niebanalnej, szczerej, nieprzebajerzonej i nieprzesłodzonej relacji mężczyzny z kobietą. Ale wtedy dzieje się coś niepojętego, ci bohaterowie zostają niemalże porzuceni na rzecz dość sztampowej historii głównego bohatera, która pod koniec zalicza całą serię klisz komromowych, sięgania po emocjonalną tandetę i budzenie lekkiego zażenowania u widza. W ramach gatunku, w jakim się poruszamy, jest to do zniesienia i lepsze od większości tytułów, ale stanowi na tyle duży dysonans z najlepszymi momentami filmu, że obniża końcową ocenę filmu. Ostatecznie wystawiłem 7/10 chociaż przez większość filmu lekką ręką wystawiłbym przynajmniej 8.

Odpowiedz
#16
kłopot w tym, że ciężko ustalić granicę między klasycznym komromem a komromem w innych (czytaj:ciekawszych, lepszych) tonach. bo intuicyjnie do standardów lecą największe, przewidywalne, schematyczne chłamy w typie filmideł z Kate Hudson, a o szczerość i bezpretensjonalność podejrzewa się te drugie i to właśnie dla nich tworzy się dodatkowe podgatunki/nadgatunki. Na pierwszy rzut oka to błąd i nie fair wobec komromów. A może to i dobrze? Niemniej z tego co piszecie wrzuciłbym do jednego wora CSL i 500 dni. Wrzuciłbym na pewno Sarah Marshall, parę innych tytułów, które igrają z tą samą konwencją na swój własny sposób.

Odpowiedz
#17
(24-10-2011, 21:14)Tyler Durden napisał(a): Ale wtedy dzieje się coś niepojętego, ci bohaterowie zostają niemalże porzuceni na rzecz dość sztampowej historii głównego bohatera, która pod koniec zalicza całą serię klisz komromowych, sięgania po emocjonalną tandetę i budzenie lekkiego zażenowania u widza.



Odpowiedz
#18
Rzeczywiście sympatyczny filmik, klasyczna komedia romantyczna, która jakoś specjalnie nie razi banałami i kiczem. Po prostu przeciętna, ale do przełknięcia.

Odpowiedz
#19
Fantastyczna komedia romantyczna (a już się zniechęciłem do tego gatunku)z masą (chyba wszystkimi) genialnych postaci. Średnio lubię Carella jednak w tym filmie jest świetny jako średnio rozgarnięty facet po 40-ce. Wymiata jednak Gosling jako jego "nauczyciel" i mistrz podrywu. Nawet nie wkurzał mnie chłoptaś grający synka Carella. Film ma po prostu świetny scenariusz, powinna być nominacja do Oscara. Chociaż film jest lepszy w pierwszej połowie, gdy Carell pobiera nauki, to druga tez wymiata, szczególnie przez dwie genialne sceny (Dirty Dancing i
. Zupełnie zasłużone 8/10.

Odpowiedz
#20
Faktycznie, bardzo udana, dająca się oglądać, sympatyczna i miejscami wychodząca poza schematy komedia, ze świetnym aktorstwem i mocno spapraną końcówką. 7/10

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Geneza Planety Małp i jej sequele (2011 - 2024) Gieferg 490 123,520 07-05-2026, 11:58
Ostatni post: shamar
  Conan the Barbarian (2011) Gieferg 336 84,842 23-02-2024, 16:39
Ostatni post: Gieferg
  Love Actually jarod 25 7,528 28-01-2024, 18:22
Ostatni post: Bucho
  A Lonely Place to Die - Julian Gilbey - 2011 slepy51 32 12,850 14-08-2023, 00:08
Ostatni post: Mental
  FRIGHT NIGHT (2011) Gal Anonim 12 4,578 31-10-2022, 19:22
Ostatni post: OGPUEE
  The Raid 2011 (reż. Gareth Evans) Snappik 125 32,263 11-01-2022, 10:25
Ostatni post: marsgrey21
  Seeking Justice (2011) reż. Roger Donaldson military 22 8,101 24-10-2017, 19:22
Ostatni post: Gieferg
  Take Shelter (2011) reż. Jeff Nichols Snuffer 15 6,558 07-05-2017, 08:14
Ostatni post: Louis Cyphre
  Haywire (2011) nawrocki 33 11,847 27-01-2017, 11:14
Ostatni post: Corn
  Love (2015) reż. Gaspar Noé simek 26 9,710 19-03-2016, 05:09
Ostatni post: Mefisto



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości