Nigdy nie zagłębiałem się w gatunek westernu, ale już od dawna czaiłem się na kultową już Trylogię Dolara. No i na pierwszy strzał padł "Za garść dolarów", to był celny strzał. Sergio Leone stworzył dzieło, które już na samym początku pokazuje mi z czym będę miał do czynienia. Uwielbiam takie sceny: milczący nieznajomy tylko przygląda się bandytom, potem oni sami go zaczepiają, a następnie rewolwer idzie w ruch. Film bardzo przyjemnie się ogląda, a jak na rok 1964. uważam, że jest świetnie zrealizowany. Szczególnie uwagę przykuła muzyka Enio Morricone. Fabuła to idealna vendetta. Nasz Bezimienny widząc opustoszałe i zastraszone miasto zaczyna działać, by pozbyć się złych gości i przywrócić porządek. Dosięga go jednak zła ręka i zmaltretowany wraca po słodką zemstę. Powrót bohatera, który wstaje z kolan i wymierza sprawiedliwość to świetny motyw filmowy, który tutaj sprawił się fantastycznie. Rzeczą oczywistą jest pierwszoplanowa rola. Clint Eastwood mógłby po prostu stać w miejscu i patrzeć prosto w kamerę przez dwie godziny, a ja bym to kupił. Jest to aktor, który nie musi się wysilać, nie widzimy u niego nadmiernej ekspresji, właściwie to w ogóle nie widać, że on gra! To jest najlepsze w aktorstwie, gdy człowiek nie odtwarza postaci, ale nią się staje. Sam Bezimienny to podmiot, o którym praktycznie nic nie wiemy. Jest owiany tajemnicą i to chyba jest w nim najlepsze, że tak jak Joker z TDK, on po prostu wchodzi w trakcie dziania się historii, ale nie musimy znać jej początku. Na wyobraźnie jedynie mogą nam działać jego blizna na twarzy oraz tekst, że już raz widział małżeństwo, którzy nie dostało znikąd pomocy. Dodajmy do tego jego doświadczenie i możemy tylko pomyśleć, przez jakie rzeczy musiał przejść, by stać się Bezimiennym Rewolwerowcem. Świetna postać, co tu dużo mówić. 8.5/10. Może jeszcze dzisiaj poleci "Za kilka dolarów więcej".
24-04-2017, 21:08





