Zdecydowanie gorsze od serialu Finchera. Wszystko jest tu doskonałe? Ja bym powiedział, że wszystko jest tu typowe i bezpieczne, od linijki. Dlatego trudno się do czegoś przyczepić. W "Mindhunterze" był błysk szaleństwa, chęć zrobienia czegoś niestandardowego, co skutkowało lekko chaotyczną konstrukcją - ale myślę, że był to chaos kontrolowany. Ludzie narzekali na Holdena, że trudno go polubić, ja nie mogłem przekonać się do irytującego i zbyt mdłego Fitza. Klasyczny przykład gościa wpadającego w obsesję i olewającego życie prywatne. Twórcy chcieli pogłębić jego postać i to jest największy problem serialu, bo zabieg się nie udał i wprowadził fałsz do tej historii. Pierwsze odcinki są dobre, bo oglądamy żmudne śledztwo. Niewiele się dzieje, ale jest to fajne wrażenie autentyzmu znane z "Zodiaka". Im dalej w las, coś zaczyna się psuć. Scenarzyści zarysowują paralelę między naszym śledczym a Kaczyńskim, chcą pokazać ich podobieństwo i oprzeć fabułę na osobistym konflikcie tych dwóch postaci. Ich rozmowa w pudle jest niezła, ale gdzieś w tym momencie pomyślałem sobie "to jest na faktach czy zaczynają zmyślać?" To nie była pozytywna myśl. Najgorszy jest finał: chaos i nieudana próba wpasowania prawdziwej historii w sztuczne ramy hollywoodzkiego konfliktu. Ted zachowuje się jak debil, a Fitz nie wygląda na gościa, który doszedł do takiego etapu, żeby porzucić wszystko i zamieszkać w lesie z początku serialu - dość żenujący sposób na zarysowanie analogii między agentem a unabomberem. Skoro są tacy podobni czemu Jim pracuje w FBI, czemu jest częścią zbiurokratyzowanego systemu? Czemu tego nie neguje?Czemu nie widać po nim żadnych wewnętrznych bitew i dylematów? Gapienie się w lampę i zamyślony wzrok w samochodzie na światłach mnie nie przekonują. W ogóle twórcy serialu lubią operować takimi łopatologicznymi, topornie ciosanymi motywami konstruując sylwetki bohaterów - mam na myśli odcinek o wczesnych latach Teda. To pójście na łatwiznę - geneza zbyt prosta i dosłowna.
W "Mindhunterze" mieliśmy to wszystko, ale w wydaniu o klasę wyższym. Holden fascynował się psychopatami i sam zaczynał zachowywać się niepokojąco, ale nie było to takie stereotypowe. Kiedy wracał do domu i łóżkowe zabawy z dziewczyną traciły niewinność, bo zaczęły budzić skojarzenia ze skłonnościami dewiantów, to byłem w stanie to zrozumieć. Widziałem to w bohaterze. I wydaje mi się to ciekawsze niż Fitz, który tak się wkręcił w śledztwo, że olał rodzinę. A rozmowy z mordercami? Bardziej fascynujące. Dostawałem pogawędkę, mały urywek z czyjegoś życia i nie miałem wrażenia, że ktoś próbuje przyciąć sylwetkę osadzonego, żeby wpasować ją w ładną ramkę, kliszę. A kiedy oglądałem odcinek o młodym Tedzie, tak właśnie czułem, jakby to miało być wyczerpujące i ostateczne w kwestii genezy zdegenerowanego charakteru. Zabrakło subtelności.
7/10
W "Mindhunterze" mieliśmy to wszystko, ale w wydaniu o klasę wyższym. Holden fascynował się psychopatami i sam zaczynał zachowywać się niepokojąco, ale nie było to takie stereotypowe. Kiedy wracał do domu i łóżkowe zabawy z dziewczyną traciły niewinność, bo zaczęły budzić skojarzenia ze skłonnościami dewiantów, to byłem w stanie to zrozumieć. Widziałem to w bohaterze. I wydaje mi się to ciekawsze niż Fitz, który tak się wkręcił w śledztwo, że olał rodzinę. A rozmowy z mordercami? Bardziej fascynujące. Dostawałem pogawędkę, mały urywek z czyjegoś życia i nie miałem wrażenia, że ktoś próbuje przyciąć sylwetkę osadzonego, żeby wpasować ją w ładną ramkę, kliszę. A kiedy oglądałem odcinek o młodym Tedzie, tak właśnie czułem, jakby to miało być wyczerpujące i ostateczne w kwestii genezy zdegenerowanego charakteru. Zabrakło subtelności.
7/10
29-12-2017, 18:26 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29-12-2017, 18:59 przez patyczak.)





