No fajny film. Miło się ogląda, spoko się spędza na nim czas. Jest zabawnie, wzruszająco. No fajnie po prostu.
Problem stanowi natomiast nominowanie i nagradzanie tego filmu wszelkimi istotnymi nagrodami branżowymi. Gdybym wszedł na "Green Book" z ulicy, bo akurat bym wpadł do kina na początek seansu, to pewnie bym go wszystkim polecał. Jednak tutaj nie ma takiej potrzeby, bo na plakacie bardziej w oczy rzuca się informacja o ilości nominacji do Złotych Globów, niż tytuł. Niedługo pewnie plakat zostanie zaktualizowany o jeszcze silniej oddziałujące na widzów Oscary. Co więc tu polecać? Przecież wszyscy idą zobaczyć ten "najlepszy film". Tak jak ja. No i oglądam ten montaż scen, gdzie ktoś rozmawia siedząc, rozmawia stojąc i rozmawia siedząc w samochodzie. Czasem się się zaśmieję, czasem się uśmiechnę - wszystko spoko, zero nudy. Tylko tak gdzieś sam siebie ciągle pytam - gdzie ten najlepszy scenariusz? Gdzie ta najlepsza reżyseria? No nie ma. Honor oddaję aktorom - Ali jest bardzo ok, a Mortensen to tytan. To jak gość operuje wizerunkiem oraz językiem to mistrzostwo świata. Oscara to by mógł dostać ktoś, kto robił casting, bo gdyby nie ci dwaj panowie, to z tego filmu by nic nie zostało.
Reżyseria filmowa to taka sztuka, gdzie dobrze jest, jeżeli czegoś nie zrobiło się bardzo źle - takie fakty. Jeżeli film powstał i wiadomo o co w nim chodzi, to już można mówić o sukcesie reżysera. To żadna krytyka, a wręcz przeciwnie, bo taki stan rzeczy ukazuje, jak trudną robotę ma reżyser. Podobnie jest np. z montażystami. Nikt specjalnie na ich robotę nie zwraca uwagi, do momentu, gdzie w jakiejś scenie "nie wiadomo co się dzieje". No i w "Green Book" wiadomo co się dzieje, wiadomo o co chodzi, wszystko leci sobie fajnie od początku do końca. I nie mam z tym żadnego problemu. Tylko mam wrażenie, że jest to przypadek, gdzie te wszystkie zachwyty szkodzą filmowi. Niestety - jak ktoś mi mówi, że zobaczę najlepszą reżyserię 2018 roku, a widzę zlepek scen mówionych, na które ani razu nikt nie miał innego pomysłu, niż taki, żeby pokazać tych, którzy mówią, to ciężko mi jakoś bić brawo. No reżyseria polegająca na tym, że gdy bohater mówi żart, to w tle zaczyna lecieć śmieszna muzyczka pasująca do okresu, w którym rozgrywa się fabuła, to nie jest dla mnie coś wartego nominacji do nagród. Na domiar złego dodam, że najbardziej emocjonujące sceny jakoś lepiej wypadły w zwiastunie, bo taki agresywny trailerowy montaż dał im więcej dynamiki.
To nie jest jest zły film. To film maksymalnie prosty, sympatyczny, ale nawet na sekundę nie powodował, żebym się zastanowił, nad ciężarem sytuacji, którą przedstawia - bo powiedzmy sobie szczerze, to co jest osią fabuły to nie jest lekka sprawa. Jednak nastrój tej produkcji nie pozwalał mi się przejmować problemami bohaterów. Reżyser w ogóle nie skupia się na nich. Wykorzystuje je wyłącznie do tego, żeby w budujący sposób pokazywać rozwiązania - aby serce rosło.
6/10
Problem stanowi natomiast nominowanie i nagradzanie tego filmu wszelkimi istotnymi nagrodami branżowymi. Gdybym wszedł na "Green Book" z ulicy, bo akurat bym wpadł do kina na początek seansu, to pewnie bym go wszystkim polecał. Jednak tutaj nie ma takiej potrzeby, bo na plakacie bardziej w oczy rzuca się informacja o ilości nominacji do Złotych Globów, niż tytuł. Niedługo pewnie plakat zostanie zaktualizowany o jeszcze silniej oddziałujące na widzów Oscary. Co więc tu polecać? Przecież wszyscy idą zobaczyć ten "najlepszy film". Tak jak ja. No i oglądam ten montaż scen, gdzie ktoś rozmawia siedząc, rozmawia stojąc i rozmawia siedząc w samochodzie. Czasem się się zaśmieję, czasem się uśmiechnę - wszystko spoko, zero nudy. Tylko tak gdzieś sam siebie ciągle pytam - gdzie ten najlepszy scenariusz? Gdzie ta najlepsza reżyseria? No nie ma. Honor oddaję aktorom - Ali jest bardzo ok, a Mortensen to tytan. To jak gość operuje wizerunkiem oraz językiem to mistrzostwo świata. Oscara to by mógł dostać ktoś, kto robił casting, bo gdyby nie ci dwaj panowie, to z tego filmu by nic nie zostało.
Reżyseria filmowa to taka sztuka, gdzie dobrze jest, jeżeli czegoś nie zrobiło się bardzo źle - takie fakty. Jeżeli film powstał i wiadomo o co w nim chodzi, to już można mówić o sukcesie reżysera. To żadna krytyka, a wręcz przeciwnie, bo taki stan rzeczy ukazuje, jak trudną robotę ma reżyser. Podobnie jest np. z montażystami. Nikt specjalnie na ich robotę nie zwraca uwagi, do momentu, gdzie w jakiejś scenie "nie wiadomo co się dzieje". No i w "Green Book" wiadomo co się dzieje, wiadomo o co chodzi, wszystko leci sobie fajnie od początku do końca. I nie mam z tym żadnego problemu. Tylko mam wrażenie, że jest to przypadek, gdzie te wszystkie zachwyty szkodzą filmowi. Niestety - jak ktoś mi mówi, że zobaczę najlepszą reżyserię 2018 roku, a widzę zlepek scen mówionych, na które ani razu nikt nie miał innego pomysłu, niż taki, żeby pokazać tych, którzy mówią, to ciężko mi jakoś bić brawo. No reżyseria polegająca na tym, że gdy bohater mówi żart, to w tle zaczyna lecieć śmieszna muzyczka pasująca do okresu, w którym rozgrywa się fabuła, to nie jest dla mnie coś wartego nominacji do nagród. Na domiar złego dodam, że najbardziej emocjonujące sceny jakoś lepiej wypadły w zwiastunie, bo taki agresywny trailerowy montaż dał im więcej dynamiki.
To nie jest jest zły film. To film maksymalnie prosty, sympatyczny, ale nawet na sekundę nie powodował, żebym się zastanowił, nad ciężarem sytuacji, którą przedstawia - bo powiedzmy sobie szczerze, to co jest osią fabuły to nie jest lekka sprawa. Jednak nastrój tej produkcji nie pozwalał mi się przejmować problemami bohaterów. Reżyser w ogóle nie skupia się na nich. Wykorzystuje je wyłącznie do tego, żeby w budujący sposób pokazywać rozwiązania - aby serce rosło.
6/10
.
11-01-2019, 22:51





