Dlaczego nie ma było tematu? Być może klasa filmu jest zbyt oczywista. Chyba jednak warto o nim od czasu do czasu przypomnieć. Po niedawnej analizie ADI'ego "Ucieczki..." postanowiłem trochę bliżej zapoznać się z filmografią Carpentera, i jak dotąd się nie zawiodłem.
Zanim jednak przyjde do spuszczania się nad geniuszem filmu, krótko o fabule - najpierw kilka automatów trafia w ręce pewnego gangu. Nad ranem Kilku z nich zostaje zastrzelonych w trakcie obławy policyjnej. Reszta wyrusza na krucjatę przeciwko... właściwie przeciwko każdemu, kto się nawinie. Atakują lodziarza, i ruszają na posterunek. Posterunek, który jest w stanie likwidacji, cała obsada to jeden świeżak, jeden podstarzały porucznik i dwie sekretarki. Równocześnie podjeżdża konwój, przewożący trzech skazańców, w tym seryjnego mordercę Napoleona Wilsona. Niedługo potem zaczyna się atak...
Fabuła jest prosta i oczywista, z siłą tarana zmierza do momentu, gdy którejś ze stron zabraknie sił bądź naboi. Jednocześnie, przeciwnicy odcinają prąd, telefon, używają tłumików - pod osłona nocy, a w samym centrum miasta, wydaje sie, że nic sie nie dzieje, ataki następują falami, by ukryć strzelaninę przed wykryciem.
Carpenterowi udało sie stworzyć genialny klimat osaczenia, tworzony przez przemykające w cieniu sylwetki i muzykę, szarpiącą, denerwująca, czasem naśladująca przyspieszone bicie serca, wprowadzającej poczucie zagrożenia nawet w spokojnych momentach. Kakofonia, hałas, zgrzytania, szum... Człowiek wciąż rozgląda się, z której strony może nastąpić atak.
Na łopatki rozkładają postacie. Mamy ojca, któremu gang zabija córke niemal na oczach; błyskawicznie łapie broń, rusza w poscig i zabija skurwiela. Mamy sekretarkę, która po pierwszym ostrzale uznaje wyżej wymienionego mężczyznę za przyczynę ataku i gotowa jest go wyrzucić za drzwi dla własnego bezpieczeństwa. Mamy seryjnego mordercę, który w obliczu ataku walczy ramię w ramię ze stróżem prawa i z radością zabija napastników. Mamy młodego policjanta, który w pierwszym dniu służby zostaje zesłany na zadupie, a musi zabić kilkunastu napastnik i ledwo mu brew drgnie, a jest w stanie zaufać więźniom. Mamy wreszcie stado atakujących, pozbawionych sumienia i strachu.
Mógłbym sie przyczepić do dwóch rzeczy. Ale właśnie przyczepić bym musiał, bo film jako całość jest wyborny, cholernie klimatyczny i realistyczny. Poezja złożona z wystrzałów z shotguna i pękającego szkła. C'est Magnifique.
Napoleon Wilson: Well, there are two things a man should never run from, even if they cost him his life. One is a man who's helpless and can't run with you.
Leigh: What's the other?
Im częściej na mnie kamieniem rzucicie,
sami złożycie stos - - stanę na szczycie.
Nie lubie tego filmu. Straaasznie dzis archaiczny, byc moze aby go dzis lubic to trzeba go bylo obejrzec najpozniej w latach 90. Film wyglada jakby byl zrobiony za 10$.
wujo444 napisał(a):film jako całość jest wyborny, cholernie klimatyczny i realistyczny. Poezja złożona z wystrzałów z shotguna i pękającego szkła. C'est Magnifique.
Zwlaszcza w scenach bezposredniego ataku na posterunek, gdy napastnicy niekonczaca sie fala w odstepach 5 sekundowych bezrefleksyjnie wpadaja przez okno po to tylko by od razu dostac kulke i umrzec [sekwencje powtorz]. Inteligencja przeciwnikow niczym w nedznych strzelankach na PC-ta. Do tego odglos wystrzałow jakby kura pierdneła (zgaduje). Zapamietalem, ze to nie byly "strzały", tylko "szczały". Moze to i dobre, ale na pewno nie dla mnie.
ps czy w tej strasznej scenie gdy ginie mala dziewczynka nie wyglada to przypadkiem tak, jakby ja po prostu ktos chlapnal rozwodnionym ketchupem (komus z hotdoga sie wypsło)?:)
Jest bardzo zgrabny. Wejście Hawke mocne, rola Bello przerysowana za bardzo ale nie przeszkadza, Fatburne taki karykakaturalny zbyt mocno i akurat jego tutaj nie trawię (ach, ta końcówka...). Ale twist fajny - nie spodziewałem się. Gdyby nie CGI burza i dupne filtry, oglądanie remakeu byłoby czystą przyjemnością.
Nie wiem, czy ktoś wspominał (czy może ja gdzieś wspominałem) ale w rimejku, mnie za to wkurzyła luzacka końcówka". Była zbyt w stylu filmów akcji 80's (jak to strudzony bohater, pod koniec filmu, udaje się w stronę karetki, rzucając dowcipasa). A chwilę wcześniej
Najlepsza scena - jak bez mrugnięcia zabili dziewczynkę. Nawet wtedy to nie przechodziło, a dzisiaj?
Zaskoczyło mnie (pozytywnie ), iż z antagonistów nie ma wyróżniającego przeciwnika, jakiegoś lidera, wszyscy to no-name'y. Bardziej na zasadzie szarańczy czy zbiorowej epidemii. To jak z przerażeniem jeden z więźniów opowiada o gangusach. Ich inicjacja z początku przywodząca na myśl sektę. I pomimo zbiorowości bardzo kumaci i maskujący swe działania (wzywa się inne posterunki na pomocy - nie widać nikogo i policja olewa).
Ja w temacie remake'u, bo oryginału nie pamiętam (i nie wiem, czy chcę sobie przypominać).
Nadspodziewanie dobra rzecz. Powiedziałbym, że jedna z lepszych reinterpretacji klasyki spośród wszystkich obecnie dostępnych na rynku. Film jest bardzo konkretny, scenariusz oczywiście wydumany, ale o dziwo trzyma się kupy w ramach przyjętej konwencji. Maria Bello wygląda prześlicznie (z nią zresztą wiąże się najciekawsza wolta fabularna), Ethan Hawke jak to Ethan Hawke - jeżeli komuś działał na nerwy wcześniej w innych wcieleniach, to tutaj też będzie irytował. Ja jednak nauczyłem się go tolerować i generalnie było spoko. Druga megagwiazda tego spektaklu - Morfeusz - gra posągową postać gangstera-inteligenta, który rozwiązuje krzyżówki, i moim zdaniem jest to najbardziej odrealniona figura dramatu. Reszta ekipy "obrońców" najważniejsze, że nie wkurwia. Co się zaś tyczy złych, to potrafię wskazać tylko Byrne'a. Pozostali biegają w kominiarkach i noktowizorach i giną w identyczny sposób, tj. od ran postrzałowych.
Na koniec muszę wspomnieć, że film posiada zaskakująco progunowy wydźwięk (nie kojarzę, czy tak samo było u Carpentera). Szkieły rozdają broń nawet uwięzionym na komisariacie przestępcom z przesłaniem defend yourself! Podobało mi się to.
Ocena: dałbym 6/10, ale za ostatni dialog z udziałem Bello i wspomniane przesłanie daję 7.
14-12-2015, 01:20 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-12-2015, 01:50 przez Mental.)
Rimejku już praktycznie nie pamiętam ale, mimo tego, jestem pewny, że był lepszy od oryginału.
Który to jest, w sumie, campową miniaturką, z "przestępcami" robiącymi za karaluchy, bez żadnego charakteru.
4/10
welcome to prime time bitch!
Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.
Jak to ktoś kiedyś trafnie podsumował, ten film to w istocie carpenterowska próba zrobienia filmu o zombie. Opusczona, położona na uboczu lokalizacja z policjantami usiłującymi oprzeć się hordom złoli, toż to fabuła kolejnego zombie-movie.
O ile pamiętam, w rimejku chodziło o odbicie więźnia. Tu chodzi? Właściwie o co? O żenującą zemstę za jednego patusa? Kosztem kilkudziesięciu innych patusów, robiących za mięso armatnie.
Rzeczywiscie - oni byli jak zombie.
welcome to prime time bitch!
Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.