Boyhood (2014)
(07-02-2015, 10:00)Pitero napisał(a): Wszyscy mówią "gdyby nakręcili to z innymi aktorami, normalnie, nikt by się nie przejął". Może ale właśnie w tym tkwi siła i piękno tego filmu, że został WŁAŚNIE TAK NAKRĘCONY. Nikt na to nie wpadł, nikt się nawet nie odważył zrobić coś takiego. Twórcy filmu przeżyli wielka przygodę, która zostanie w nich na zawsze. I to jest największy atut "Boyhood".

Tak, w tym tkwi siła i tylko w tym. W "Boyhood" pracuje tak naprawdę tylko jeden element, jest tylko jedno novum - to z prawdziwie starzejącymi się aktorami. W dodatku jest to zabieg, który łatwo można zastąpić. Od wieków stosuje się dwóch rożnych aktorów, dlatego że głównym priorytetem twórców jest opowiedzenie jakiejś historii, tutaj tej historii nie ma, więc trzeba się posiłkować czymś wyszukanym, jak kręceniem filmu przez 12 lat. Żeby daleko nie szukać, chyba w "We Need To Talk About Kevin" czterech aktorów odgrywało tytułowego bohatera i choć nie jest to w mojej opinii film idealny, to ma dużo więcej do zaoferowania niż "Boyhood", bo opowiada po prostu ciekawą historię.

A co do przygody, to faktycznie, myślę, że była to niesamowita sprawa, że raz do roku przyjeżdżał wujek Linklater z córą i można było się powydurniać przed kamerą. Ale to nie jest żaden najważniejszy atut "Boyhood" chyba, że dla samych autorów. No to niech oni pieją z zachwytu, a nie cały świat.

(07-02-2015, 11:34)patyczak napisał(a): Obserwowanie dorastających bohaterów jest największą wartością filmu, więc głupotą jest pisać coś w stylu, że gdyby nie sposób kręcenia, to nikt by o Boyhood nie usłyszał. To właśnie przez tak długi cykl produkcyjny taka banalna w sumie historia staje się czymś wspaniałym i inaczej odbiera się tą przeciętność egzystencji bohaterów.

Jasne, że nie jest głupotą. Zakwestionowanie tego jednego elementu obdziera po prostu ze złudzeń fakt, że "Boyhood" to dobry, bądź genialny film, a oceny oscylujące wokół 9/10, są poniekąd wyrazem takiej opinii. Jeżeli w jakimkolwiek filmie wystarczy usunąć jeden element (nowatorski koncept realizatorski, błyskotliwy scenariusz, genialne aktorstwo itp.) i można już zakwestionować geniusz dzieła, to film zwyczajnie nie jest bardzo dobry. Bo bardzo dobry film to coś więcej niż jeden zawyżający średnią element.

Porównanie z "Transformersami" uważam za nietrafione, ale do "Avatara" przyrównałbym już chętniej. Tam też mamy do czynienia z wtórną wydmuszką, ale film wykorzystywał pewne zabiegi niewykorzystywane do tej pory (lub nie na taką skalę), co spotkało się z zachwytami na całym świecie. Jeden element wpłynął na odbiór całego, mocno przeciętnego dzieła. Wszyscy pamiętamy, jaki był hype na "Avatara" i wszyscy wiemy, że z czasem ludzie jednak zauważyli, że poza efektami nie ma w filmie zbyt wiele wartościowych elementów. Różnica jest tylko taka, że "Avatar" dał czemuś początek (dynamicznemu rozwojowi skomplikowanych technik CGI), a "Boyhood" nie da niczemu. To film ciekawostka, może czyni go to wyjątkowym, ale wyjątkowość nie jest jeszcze gwarancją genialności.

(07-02-2015, 12:28)patyczak napisał(a): Ale tak samo jak strona wizualna Grawitacji czy Tylko Bóg wybacza skutkuje wyjątkowym, niepowtarzalnym doświadczeniem filmowym mimo prostej (czy wręcz absurdalnej, jak w przypadku filmu Refna) fabuły, tak Boyhood istnieje właśnie dzięki tej formie, w jakiej został nakręcony.

Dlatego ja też jestem konsekwentny i "Tylko Bóg wybacza" uważam za shit, a "Grawitacją" jakoś specjalnie się nie zachwycałem, świadom wszystkich jej wad. ;)
"Byłem królem traktorzystów przy wyrębie lasu na cały Oregon i sąsiednie stany, a królem szulerów od powrotu z Korei i nawet królem opielaczy groszku na farmie w Pendleton - więc pomyślałem sobie, że skoro już mam być wariatem, to też muszę być pierwszym i najlepszym." Randle McMurphy

Odpowiedz
O to Crov musisz zapytać widzów Boyhood którzy dali 10 ja daję "tylko" 9 :)
I can see your conciliation. I wanna see your conciliation.

Odpowiedz
Tyle co AmbaSSadzie? Wiec zamien sobie 10 w moim pytaniu na odpowiednia ocene i odpowiedz - mam nadzieje, ze nie przekracza to Twoich mozliwosci. :)

.Jeszcze co do "odwagi". Nakrecenie raz do roku fragmentu filmu, ktory ma scenariusz pisany na kolanie i czesciowo improwizowany, nie jest odwaga. Naprawde polecam Up Series, gdzie krecenie bohaterow co kilka zmienia wiecej niz tylko ich wyglad.

Odpowiedz
Ale ja "Ambasadzie" daję 5/10... :/
I can see your conciliation. I wanna see your conciliation.

Odpowiedz
Co ty gadasz?:D Jestem pewny, że to ty dałeś Ambassadzie 9/10 :)

Edit:

O mam:

Cytat:Ale ja lubię tę Ambassadę... pomysł genialny, aktorzy genialni, wykonanie genialne. Główna para aktorska czyli Grąziowska i Porczyk to duet jakiego dawno nie widziałem, razem są przekomiczni, ona wygadana rezolutna dziołcha i on, gamoniowaty, przewrażliwiony na punkcie trzymania w lodówce swojego jogurtu light po właściwej stronie :) razem doświadczają niezwykłej przygody, a konkretnie okazji na... odwrócenie losów II wojny światowej. Masa gagów, świetnie zagrane postaci, Więckiewicz jako Hitler jest prześmieszny, a Nergal pokazał, że może smialo zacząć kariere aktorską. I ta przecudna scena wykonania piosenki Niemena ala zespol Walk off thw Earth :) Polecam wszystkim fanom Machulskiego i Więckiewicza. Plus kapitalny Jan Englert jako jąkający sie stryj :) ale to Więckiewicz, Nergal, Grąziowska i Porczyk wymiatają. 9/10

Odpowiedz
Czyli jednak: Boyhood jest tak dobre jak AmbaSSada. Potwierdzone info. ;)

Odpowiedz
Ocena uległa modyfikacji po kolejnym seansie :P
I can see your conciliation. I wanna see your conciliation.

Odpowiedz
Ale wstyd pozostał.
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
To może ja coś napiszę. Bo mam na temat Boyhood rozkminę, która od paru dni siedzi mi w głowie.

Film widziałem w kinie, czyli już dość dawno. Warunki były średnie, bo byłem trochę chory i z byłą dziewczyną. Tak więc być może to mój pogorszony stan był jednym z powodów, dla których nie mogłem już znieść kolejnych scenek rodzajowych z życia tego nudziarza i modliłem się, żeby ta ostatnia scena (wiedziałem, że rozgrywa się w skalistej scenerii więc czekałem kiedy w końcu te skały się pokażą...) wreszcie nadeszła. Bo autentycznie miałem podczas oglądania ochotę rzygać - ale to pewnie przez tamto przeziębienie...

Anyway. Problem z Boyhood jest taki: to jest telenowela. To nie jest film tylko telenowela w ramach filmu. Spokojnie, obronię tę tezę. Zadanie mam tym łatwiejsze, że tego typu tendencje da się zaobserwować również w reszcie twórczości Linklatera.
Otóż Linklater w swoich filmach uprawia tzw. PROZĘ CODZIENNOŚCI. Problem z nią jest taki, że ona generalnie nie działa jeśli się chce uprawiać dobrą sztukę. Owszem, są twórcy, którzy skupiają się na realistycznym, zwykłym opowiadaniu o zwykłych ludziach - np. Mike Leigh - i robią to fenomenalnie. Cel jest taki sam: ukazać mało dramatyczne, pozbawione fajerwerków, często monotonne, często banalne losy zwykłych ludzi. Tylko, że opowiadać o nich można na różne sposoby, również na takie, które są interesujące i angażujące dla widza. Mike Leigh to potrafi. Wydawało mi się, że Linklater również... aż do czasu Boyhood. Bo w Boyhood robi to dokładnie tak, jak się robić nie powinno.
Czym się różni jeden sposób od drugiego? Tym, że dobra sztuka - niezależnie od treści - zawsze powinna być ubrana w odpowiednią formę. To forma - tempo, styl, to, co się pokazuje, to, czego się nie pokazuje - buduje historię i potrafi z banalnej uczynić dzieło sztuki. Zwłaszcza w kinie. Przecież dlaczego ludzie się śmieją z telenowel? Teoretycznie w telenowelach - czy soap operach - są wszelkie techniczne przesłanki ku temu, żeby to była dobra sztuka (może poza aktorstwem, które jest w nich po prostu drewniane). Ale co przesądza o ich ostatecznej chujowości? Ogołocenie z formy. "Goła" proza życia, przeniesiona 1:1, bez żadnego nawiasu, bez ramy, bez formy właśnie. Często w dodatku komicznie wykrzywiona wynikającymi z dupy zwrotami akcji, które mają jedynie za zadanie utrzymać widza przy odbiorniku (tego, na szczęście, w Boyhood nie ma). Bo życie przeniesione 1:1 generalnie nie nadaje się do konsumpcji artystycznej. Trzeba je w coś ubrać. Inaczej każdy by był artystą.

Linklater zawsze miał ciągoty do tego sposobu opowiadania. Wyłączając trylogię Before nie znam wielu jego filmów, ale widziałem Waking Life i widziałem A Scanner Darkly. I w obu tych filmach jego tendencja do pokazywania życia nagiego, TAKIM JAKIM ONO JEST wyraźnie się zaznaczała (zwłaszcza w dialogach). Tylko, że w obu przypadkach mieliśmy jednak do czynienia z bardzo ciekawą formą - animacją - która jakoś te historie "ubierała", a Scanner Darkly to dodatkowo adaptacja prozy pisarza, którego - kogo jak kogo - naprawdę nie można oskarżyć o brak fantazji w pomysłach fabularnych :)
Oczywiście najjaskrawszym przykładem owych linklaterowych ciągot jest trylogia słoneczna, gdy mieliśmy do czynienia właśnie z wyzerowaniem formy na rzecz "prawdziwego" życia - tym niemniej te 3 filmy są zajebiste. Co sprawia, że one są zajebiste, podczas gdy Boyhood obsysa pałę? Jedna rzecz: SKUPIENIE SIĘ NA JEDNYM MIEJSCU W CZASIE.

Każdy z filmów "słonecznych" rozgrywa się na przestrzeni jednego dnia - i to dlatego one są takie świetne. Dzięki skoncentrowaniu akcji na tak krótkim okresie dawka "prawdziwego" życia - które w innym wypadku byłoby nudne jak flaki z olejem - zostaje zintensyfikowana i zwielokrotniona. Perspektywa Linklatera w tych filmach jest ogniskująca, dlatego że ze względu na ograniczony czas akcji nie ma innego wyboru. Na przestrzeni jednego dnia ogniskują się wszystkie cechy dwójki jego głównych bohaterów i dzięki temu oglądanie ich jest takie ciekawe. Bo za każdym razem dostajemy snapshot z ich życia i widzimy gdzie oni "teraz" są. Za każdym razem oglądamy ich ze wszystkich stron, za każdym razem dostajemy "pełną" dawkę wszystkiego, czym oni są, co stanowią. I to jest fascynujące, interesujące i wzruszające.

Teraz sobie wyobraźcie co by było, gdyby treść z całej trylogii słonecznej spróbować upchać w jednym filmie. No właśnie.

I to jest właśnie Boyhood. To jest różnica między sztuką, a telenowelą. W Boyhood nie ma nawet tego, co filmy "słoneczne" ratuje, czyli tej delikatnej ramy formowej. W Boyhood nie ma nic: to jest zlepek scen pokazujących jak dorasta jakiś nudny koleś. Po cholerę w ogóle robić taki film? Aż polecę Biblią: Ja nie rozumiem. To jest dowód na to, że życie ogołocone do postaci "czystej" jest po prostu nieoglądalne, anty-dramatyczne. I jeśli Linklater chciał to udowodnić - no to gratuluję. Ale w takim razie czekam na oscarowe nominacje dla Klanu, Złotopolskich, M jak miłość, Mody na sukces czy Na dobre i na złe. Bo wartość artystyczna Boyhood jest mniej więcej porównywalna z tymi arcydziełami telewizji z tą różnicą, że w Boyhood jest lepsze aktorstwo.

W filmie Linklatera są 2 sceny, które mi się podobały i które w jakikolwiek sposób odróżniają ten film od mdłej telenoweli coś mi tam budując: gdy Patricia Arquette mówi, że myślała, że czeka ją w życiu więcej i scena ostatnia. Te dwa momenty mi się naprawdę podobały. Ale reszta? Holy fucking dogshit.

Nie wiem no. Może Linklaterowi chodziło o ukazanie tego, co gł. bohater mówi w ostatniej scenie - że w danym momencie życia widzimy tylko ten jeden moment, tylko teraźniejszość, i nic więcej? Jeśli tak, to może coś w tym filmie jest. Nie wiem. Na pewno dam Boyhood drugą szansę. Jestem ciekaw jak go odbiorę za drugim razem. Ale na razie - Crov całkiem nieźle streścił moje odczucia co do tego filmu, a Red Letter Media jak zwykle niszczą kosmos :)

To tyle ode mnie :)

Odpowiedz
Linklater z BAFTĄ. Za trylogię "Before..." bym go ozłocił, ale tu trochę smutek, bo to niemal jednoznaczne z Oscarem. Nie za taki film...
"Byłem królem traktorzystów przy wyrębie lasu na cały Oregon i sąsiednie stany, a królem szulerów od powrotu z Korei i nawet królem opielaczy groszku na farmie w Pendleton - więc pomyślałem sobie, że skoro już mam być wariatem, to też muszę być pierwszym i najlepszym." Randle McMurphy

Odpowiedz
Najlepszy film również dla Boyhood.
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.

Odpowiedz
Skandal. XD
"Byłem królem traktorzystów przy wyrębie lasu na cały Oregon i sąsiednie stany, a królem szulerów od powrotu z Korei i nawet królem opielaczy groszku na farmie w Pendleton - więc pomyślałem sobie, że skoro już mam być wariatem, to też muszę być pierwszym i najlepszym." Randle McMurphy

Odpowiedz
Spoko, bez tzw. nerw. Swego czasu nagrodą BAFTA uhonorowano dzieło pod tytułem "The Warrior" ( zdjęcia były świetne ale ja mam alergię na fimy "zanurzone" w hindi, więc poza zdjęciami ciężko było mi w tym filmie znaleźć coś o co się mogłem zaczepić - nie mylić z doczepianiem, bo w tym wypadku mogłem się doczepić do wszystkiego ). Od tego czasu w zasadzie nic mnie nie dziwi. Cóż, dzieło wiekopomne Linklatera powiększy zbiorek filmów z nagrodą BAFTA o których w parę lat po otrzymaniu wyróżnienia robi się głucho.

myś gryźli, proud to be a member of Forum KMF Film.org.pl since Jan 2015.

Odpowiedz
Nadrobiłem. Mam wrażenie, że najważniejsza w dotychczasowych filmach Linklatera (przede wszystkim trylogia) kwestia, czyli budowanie relacji, została zupełnie zignorowana na rzecz tego, kontrowersyjnego zabiegu, jakim było kręcenie filmu przez kilkanaście lat. Zabiegu, który mimo, że atrakcyjny na papierze, na ekranie nie robi wrażenia. Linklater nakręcił niezwykle przyjemny, nostalgiczny film o każdym z nas i nadal epatuje doskonałym wyczuciem w prowadzeniu postaci. Nie rozumiem też zachwytów nad grą aktorską, które wyraźnie wskazują, jakoby była to gra wybitna. Nie jest. Hawke i Arquette są świetni i to oni ciągną wózek, ale nie ma tu mowy o żadnej wybitności.

Boyhood to taki pokoleniowy przekrój społeczno-popkulturowy, który mimo, że odarty z większych emocji, ma w sobie ślady starego, dobrego Linklatera.

Aha, Before Sunrise jest filmem lepszym, kropka.
nackszynski, proud to be a member of Forum KMF Film.org.pl since Feb 2015.

Odpowiedz
Cytat:Aha, Before Sunrise jest filmem lepszym, kropka.
Cała trylogia łyka Boyhooda bez popitki. Swoją drogą gdyby traktować serię "Before" jako jeden film to też mamy rzeczywisty upływ czasu, tylko z dwoma przeskokami zamiast kilku jak w Boyhoodzie, różnica taka, że w każdym z trzech przedstawionych okresów czasu dostaliśmy świetne historie, a w Boyhoodzie wyrywkowe obrazki z życia tego chłopca.

Odpowiedz
(11-02-2015, 12:10)simek napisał(a): Cała trylogia łyka Boyhooda bez popitki. Swoją drogą gdyby traktować serię "Before" jako jeden film to też mamy rzeczywisty upływ czasu, tylko z dwoma przeskokami zamiast kilku jak w Boyhoodzie, różnica taka, że w każdym z trzech przedstawionych okresów czasu dostaliśmy świetne historie, a w Boyhoodzie wyrywkowe obrazki z życia tego chłopca.
Do tego te wyrywkowe obrazki z jego życia powodują, że całość, pomimo znakomitego tempa (duży plus) wydaje się być czymś zupełnie zwykłym. Każdy znajdzie w nim element siebie, ba, nawet tuzin elementów, ale co z tego? Nadal uważam, że Boyhood to film bardzo dobry, ale przegrywa z trylogią tym, że nie ma w nim emocjonalnego punktu zaczepienia. Ani w bohaterach, ani w samej historii. Może gdyby bardziej skupić się właśnie na jednym z etapów życia? Tym najbardziej emocjonalnym? Wkradło się trochę chaosu, bo historia, choć mówi o tych samych ludziach, w swoich przeskokach czasowych zabiera jakąś emocjonalną cząstkę każdego z etapów życia bohatera.
nackszynski, proud to be a member of Forum KMF Film.org.pl since Feb 2015.

Odpowiedz



Odpowiedz
Cóż, nie pozostaje mi nic innego tylko zgodzić się z zarzutami wcześniej przedstawionymi.Nuda, nuda, nuda i jeszcze raz nuda, film o nudnym życiu nudnego gościa, który ma nudne i nijakie życie.Tzw. hype jest tylko dlatego, że robiono ten film przez 12 lat, gdyby powstał normalnym trybem pewnie nikt by na niego nie zwrócił uwagi.Nominowany do oscara, bo wpasowuje się w konwencję pt. film o zwariowanej/zwykłej/jakiejtamjeszcze amerykańskiej rodzinie, no i ten "eksperyment".Nie kupuję tego, sorry, główny bohater jest irytujący od dzieciństwa po szkołę średnią/studia i wogóle się z nim nie utożsamiam, nie znajduję też nic dla siebie z jego życia, które przecież też w zasadzie jest przeciętne i zwykłe, ale np. wydarzenia z ubiegłego roku byłyby świetnym scenariuszem do filmu i o wiele bardziej byłby to emocjonujący film o zwykłym życiu niż Boyhood, tutaj jest tak przeciętnie i nijako, że aż sztucznie.W przytoczonych przez kogoś telenowelach jest zresztą czasem więcej emocji.Film nie angażuje w żaden sposób, w sumie wogóle nie obchodzą mnie losy tych bohaterów i ich nudne życie, aktorsko też nikt mnie specjalnie nie zachwycił (nominacja dla Hawke'a, za co???).Podsumowując, pewnie wygra te oscary i mało mnie to obchodzi, nie sztuką jest robić eksperyment tylko po to, żeby powstał nudny film o niczym, sztuką jest zrobić w normalny sposób film, tchnący nieco świeżością czy choćby dobrym aktorstwem, w Boyhood nie ma nic z tych rzeczy.Ocena 6/10, zwykły średniak.

Odpowiedz
Rodia napisał(a):W Boyhood nie ma nawet tego, co filmy "słoneczne" ratuje, czyli tej delikatnej ramy formowej. W Boyhood nie ma nic: to jest zlepek scen pokazujących jak dorasta jakiś nudny koleś. Po cholerę w ogóle robić taki film? Aż polecę Biblią: Ja nie rozumiem. To jest dowód na to, że życie ogołocone do postaci "czystej" jest po prostu nieoglądalne, anty-dramatyczne. I jeśli Linklater chciał to udowodnić - no to gratuluję. Ale w takim razie czekam na oscarowe nominacje dla Klanu, Złotopolskich, M jak miłość, Mody na sukces czy Na dobre i na złe. Bo wartość artystyczna Boyhood jest mniej więcej porównywalna z tymi arcydziełami telewizji z tą różnicą, że w Boyhood jest lepsze aktorstwo.

Rodia napisał(a):Nie wiem no. Może Linklaterowi chodziło o ukazanie tego, co gł. bohater mówi w ostatniej scenie - że w danym momencie życia widzimy tylko ten jeden moment, tylko teraźniejszość, i nic więcej? Jeśli tak, to może coś w tym filmie jest. Nie wiem. Na pewno dam Boyhood drugą szansę. Jestem ciekaw jak go odbiorę za drugim razem. Ale na razie - Crov całkiem nieźle streścił moje odczucia co do tego filmu, a Red Letter Media jak zwykle niszczą kosmos :)

Dla mnie sednem fabuły Boyhood było obdzieranie ze złudzeń, wychodzenie z perspektywy dziecka i przyzwyczajanie się do szarego życia - zawód tym, że rodzice do siebie nie wrócą, zawód pierwszą miłością i tak dalej.

Ma to swój urok, ale jest jedna niekonsekwencja która w tym scenariuszu bardzo ale to bardzo mi się nie podoba.

Nawet w zwykłym życiu coś się jednak dzieje. Ludzie umierają, chorują, przeżywają różne tragedie. Do bójek w szkołach naprawdę dochodzi. Albo ktoś zostaje pobity na ulicy, zdarzają się wypadki drogowe itd.
Czyli krótko mówiąć przeciętne zwykłe życie jest bardziej interesujące niż życie pokazane w Boyhood. Co jest dla mnie absurdalne.

A co gorsza, Linklater wcale nie idzie w taką typową przeciętność, próbując tylko wiernie odtwarzać "etapy życia" (które jak już było wcześniej powiedziane, są w większości wyprane z emocji... w przeciwieństwie do podobnych etapów w prawdziwym życiu).
Znajduje się miejsce dla typowego Hollywoodu ale w kompletnie niepotrzebnych scenach - jak chociażby latynoski robol któremu matka głównego bohatera mówi, że jest bystrzak i powinien iść na uczelnię.
I potem po 10 latach on do niej podchodzi dziękując za poradę którą zmieniła jego życie na lepsze...
KTO doświadczył czegoś takiego w życiu?

Jak już bawić się w taki tani sentymentalizm to czemu nie byłoby lepiej wpleść czegoś związanego z głównym bohaterem, zamiast latynoskim robolem-nonamem?

Dziwne to dla mnie - mając świetny gimmick z takim nakładem pracy, nadający wszystkiemu dodatkowego realizmu, można było wpleść dramatyzm naprawdę z życia wzięty.

Odpowiedz
Hmm tak sobie kliknałem na ten temat i szybko uznałem za niewiarygodne że tyle osób tutaj uważa ten film za wspaniały.
Cale szczescie później posypały się słowa krytyki z którymi się zgadzam jak najbardziej.

Myślę że wiekszość zyć czlonków tego forum jest znaczniej ciekawsze niśli to co nam pokazano w Boyhoodzie. Rownież nie moglem sie doczekać końca tego filmu i irytowal mnie coraz bardziej mimo iz miałen nadzieję że się rozkręci lub da jakieś wnioski.

Nuda, a poza nudą czyli nieciekawą historią jeszcze bardziej nieciekawa postać głownego bohatera. Nie mogłem pojąc jak tak można bylo to spartolić bo w zasadzie w większości przypadków jak mamy jedną osobę jako odnośnik emocji czy tez przygód to jest ciekawie.

Strasznie rwany film przy scenach gdzie widzimy jak kobieta rozmawia z jakimś facetem /nie słyszac rozmowy/, a poźniej sie okazuje że razem byli. No i co z tego? Nie pokazano emocji tej osoby ani zalążka relacji. To nic bo to są drugoplanowe postaci. aha, ale głowna postac nie ma nic do zaoferowania.

Poza tym że film był kręcony 12 lat to jest słaby. Nie można odbierać tego, że był kręcony 12 lat bo to też trzeba potrafić choć myślę ze kunszt wielki to nie jest, nie na miarę przedstawianego wszelako.
No i te krótkie wyrywki z technicznych nowinek owych czasów. Byly pokemony - okay, była Briiiitney - okay, ale to za soba nic nie niosło.
Nie widać wpływu tej technologii na życie bohaterów.

Filom nawet aktorsko nie potrafił sie obronić, bo Etan jak bardzo go lubię dostał nominacje na wyrost a Arquette tez genialna nie była.
Nie na tyle aby można bylo spoglądać z zaciekawieniem.

ale jak pamiętam ten dzień to później odpaliłem sobie Walk the Line - no i kurna można zrobić jednak ciekawą historię bez szczegolnych dramatyzmów czy też epatowania dramatem raczej.
pierwszy, proud to be a member of Forum KMF Film.org.pl since Feb 2015.

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Grand Budapest Hotel (2014, reż. Wes Anderson) PropJoe 34 10,291 16-02-2026, 10:19
Ostatni post: shamar
  Zbaw nas ode złego (2014) Capt. Nascimento 1 1,457 07-07-2025, 18:07
Ostatni post: Debryk
  Fury (2014, reż. David Ayer) Kaczor 155 42,449 11-09-2023, 09:40
Ostatni post: Corn
  Dzika droga / Wild (2014) Gieferg 5 2,665 20-07-2022, 09:41
Ostatni post: simek
  The Guest (2014) reż. Adam Wingard Gal Anonim 253 51,839 13-05-2022, 19:55
Ostatni post: Crash
  Edge of tomorrow (reż. Doug Liman) 2014 Martinipl 382 86,885 27-08-2020, 23:13
Ostatni post: Lawrence
  Transcendence (2014) (Reż. Wally Pfister) Lawrence 156 29,035 02-04-2020, 23:00
Ostatni post: Dr Strangelove
  Whiplash (2014) reż. Damien Chazelle Capt. Nascimento 131 30,280 21-01-2020, 21:14
Ostatni post: Pelivaron
  The Judge (2014) reż. David Dobkin Capt. Nascimento 14 3,945 01-01-2019, 15:35
Ostatni post: Mierzwiak
  Sabotage (2014) reż. David Ayer vast 93 17,723 21-12-2017, 15:50
Ostatni post: Martinipl



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości