Code of Silence (1985)
![[Obrazek: vlcsnap-2026-03-20-22h59m26s939.png]](https://i.ibb.co/zhGPjmCH/vlcsnap-2026-03-20-22h59m26s939.png)
Na zdjęciu powyżej widać największą gwiazdę filmu. I Chucka Norrisa przebranego za śmieciarza.
Jak wszyscy doskonale wiemy, jeden z najbardziej rozpoznawalnych kultowców kina akcji lat 80-tych i 90-tych przedwczoraj kopnął w kalendarz (jak chodzą słuchy - z półobrotu), udając się do krainy wiecznych łowów zrobić pewnie to samo co z takim powodzeniem czynił przez praktycznie całą swoją filmową karierę, mianowicie zapolować na złoli - jedno wiem na pewno, demon z "Hellbound" i jego koledzy ze szkolnej ławki mają z całą pewnością przejebane. Chuck Norris żadnym tytanem aktorstwa nigdy nie był - nie ma co do tego żadnych wątpliwości i z tym się chyba wszyscy zgodzą. Jednocześnie jego kariera potoczyła się w taki sposób, że przekroczył on status osoby znanej z grania w filmach i stał się postacią wręcz ikoniczną i kultową w popkulturze.
W ostatnich latach znany bardziej z memów i różnych żarcików dotyczących jego nadludzkich umiejętności i wyczynów (do których sam podchodził z przymrużeniem oka) był jednak też kimś, kto w pewnym okresie sprawiał masę radochy mnie i osobom mojego pokroju w naszych latach młodości, kiedy mieliśmy okazję oglądać go na ekranach kin (rzadziej) czy dzięki ówczesnej najnowocześniejszej technologii pod postacią odtwarzacza i kaset VHS (zdecydowanie częściej) na nienajwiększych telewizorach kineskopowych. I zanim wszyscy zaczęli go traktować jako postać z żartów, wystąpił w wielu produkcjach bardzo różnej jakości, z których większość dziś moglibyśmy też podczepić do kategorii "beka" - były jednak takie, które heroicznie odpierały ataki upływającego czasu i ulatującej nostalgii - jednym z nich jest z pewnością omawiany przeze mnie obrazek.
"Code of Silence" w reżyserii Andrew Davisa to film, którego największą gwiazdą, tak jak wspomniałem kilka akapitów wyżej, jest sama osoba jego twórcy. Ten znany z kilku późniejszych klasyków, w tym z bodaj najbardziej rozpoznawalnego i najlepszego "The Fugitive", urodzony w Chicago reżyser zasłynął w szczególności ze znakomitego i niezwykle plastycznego portretowania na celuloidowej taśmie swojego rodzinnego miasta - przyznam szczerze, że nigdy w życiu nie byłem nawet w jego okolicach a między innymi dzięki takim produkcjom czuję się jakbym tam od czasu do czasu zaglądał i znał te wszystkie mniej uczęszczane przez bogatych ludzi uliczki, zapyziałe alejki czy spowite papierosowym dymem bary. Zdecydowanie, Davis sprawia, że Chicago jest tak naprawdę głównym bohaterem a jednocześnie największym plusem tego filmu - widzimy miasto, które nie dość, że tętni życiem to ma też swój unikalny charakter.
![[Obrazek: vlcsnap-2026-03-20-23h00m26s931.png]](https://i.ibb.co/WNGXgb4G/vlcsnap-2026-03-20-23h00m26s931.png)
Coś, co zwraca tutaj też od razu uwagę to z pewnością ten swego rodzaju brudny i chropowaty wygląd filmu, tak charakterystyczny choćby dla produkcji sensacyjnych poprzedzających go o dekadę - dużo tu tego samego klimatu znanego z wiadomych obrazów z Clintem Eastwoodem, który za pomocą pistoletu marki Magnum pokazywał różnym ulicznym rzezimieszkom gdzie raki zimują, oględnie i bardzo delikatnie rzecz ujmując. Tutaj atmosfera jest podobna co sprawia, że osadzona w niej fabuła wciąga i przykuwa do ekranu. Nie będę jej streszczał bo nie ma to najmniejszego sensu, najlepiej jeśli sami odświeżycie sobie "Code of Silence" i sprawdzicie, co też tam Davis dla was smacznego przygotował, dodam tylko, że ogólnie jest nadzwyczaj sensownie i przez większą część tego niewiele ponad 100 minutowego filmu również bardzo przyziemnie. Na zupełnym już marginesie jeszcze nadmienię, że jakąś kompletną ironią losu jest dla mnie fakt, że w pogoni za jak najbardziej dopracowaną i bezbłędną stroną techniczną współczesna kinematografia totalnie zatraciła gdzieś całą swoją wizualną fakturę sprawiając, że obecne filmy pod względem plastyczności nie mogą się równać nawet z takimi niezbyt dużymi produkcjami sprzed tych kilku ładnych dekad nakręconymi na niby gorszym i mniej zaawansowanym sprzęcie.
Wracając jednak do tematu - jak w tym wszystkim odnajduje się ten, który swoim nazwiskiem sprzedawał film i patrzył na widzów z wysokości jego plakatu mając przy okazji bardzo zły dzień czyli sam Norris? Tak jak pisałem na początku, aktorem wybitnym, oględnie rzecz mówiąc, nigdy nie był ale miał jedną cechę sprawiającą, że wybijał się nawet pośród tych lepszych warsztatowo kolegów po fachu, mianowicie tę tak bardzo pożądaną i niedającą się wyuczyć - ekranową charyzmę i odpowiednią prezencję. Dodatkowo jako prawdziwy mistrz i gość biegły w sztukach walki (czego nie da się powiedzieć o wszystkich podobnych mu gwiazdach kina akcji) sprawiał, że wszelkiego rodzaju bitki z jego udziałem wyglądały dosyć przekonująco. Jasne, nie ma też co przesadzać i robić z niego jakiegoś wielkiego ekranowego herosa i boga obiektywu, bo kimś takim nie bez powodu też nigdy nie został, ale swoją rolę spełnił tutaj w mojej opinii całkiem przyzwoicie nadrabiając wszelkie braki tym, co umiał robić najlepiej - napierdalaniem bandytów tak za pomocą fachu w ręce, jak i w nodze, że zacytuję klasyka.
Gdyby jednak komuś nie przypasował on w roli tego jedynego sprawiedliwego w nie do końca miłym i najprzyjemniejszym do życia mieście od razu dodam, że reszta obsady to już w sporej większości naprawdę znakomici aktorzy charakterystyczni z jak zawsze rewelacyjnym i odpowiednio demonicznym Henrym Silvą na czele. Zresztą spotkać tu można wiele znanych twarzy, które potem będą się przewijały w innych produkcjach Davisa a pewnie i jakaś połowa tej konkretnej obsady wystąpiła też w nakręconym przez niego trzy lata później "Above the Law" z Seagalem. Wracając jeszcze na chwilę do samej historii warto zwrócić uwagę, że nie jest to do końca tylko taka prosta i błaha opowiastka pozbawiona filmowego mięcha fabularnego, w której się tylko strzelają, ścigają samochodami i biją bowiem tytułowy "kod milczenia" odnosi się tutaj nie tylko do bandytów ale i próbujących ich złapać policjantów sprawiając, że często mamy nie do końca jasny i określony podział na tych złych i dobrych - dużo jest tutaj szarzyzny w ludzkich zachowaniach powodujących, że znajdziemy tu też pewne całkiem ciekawe dylematy moralne, przed którymi postawieni zostaną niektórzy bohaterowie, oczywiście wszystko w granicach rozsądku i gatunkowej przynależności.
![[Obrazek: vlcsnap-2026-03-20-23h00m59s645.png]](https://i.ibb.co/VcNN58QZ/vlcsnap-2026-03-20-23h00m59s645.png)
I chciałbym w sumie tak do samego końca wszystko tutaj chwalić, nie mogę jednak nie zwrócić uwagi na dosyć sporą łyżkę dziegciu znajdującą się w tej całkiem smacznej chicagowskiej beczce miodu, mianowicie o nowince technologicznej na usługach policji imieniem "Prowler". Napiszę wprost - ten sam motyw znakomicie rozwinął dwa lata później pewien pochodzący z Holandii wariat i wizjoner kina w arcydziele totalnym zatytułowanym "RoboCop", wyczerpując jednocześnie temat wydawałoby się w całości - tutaj wszystko to zostało niestety tylko napoczęte i zupełnie niepotrzebnie liźnięte. Rozumiem sam zamysł i chęć pokazania zmieniającego się technologicznego krajobrazu i próbę powiedzenia kilku słów na będący wtedy na czasie temat "postęp versus analogowe dinozaury" ale wypadło to strasznie słabo i po łebkach sprawiając, że stylistycznie "Code of Silence" w pewnym momencie staje w dosyć dużym rozkroku pomiędzy duchem tego poważnego kina sensacyjnego z lat 70-tych a bardziej naiwnym i wybuchowym charakterystycznym dla tego z następnej dekady.
Stąd choćby taki finał, który choć efektowny i przyjemny w oglądaniu, jest także największym "beneficjentem" tej stylistycznej dychotomii co nie do końca mi się podobało. Wcześniej mieliśmy mimo wszystko dość przyziemny kryminał policyjny przeobrażający się w pewnym momencie totalnie niepotrzebnie i nagle w efekciarskiego akcyjniaka, w którym (nie do końca) samotny heros rusza do opustoszałego (nie do końca) magazynu położonego gdzieś na obrzeżach miasta by zaprowadzić (do końca) sprawiedliwość. Fajne, cieszące oczy i całkiem przyjemne w odbiorze, ale osobiście nie pasujące mi zbytnio do obranej na początku konwencji, przez co nie mogę produkcji Davisa uznać za w pełni mnie satysfakcjonującą. Nie zrozumcie mnie źle, to nadal kawał porządnego filmu ze świetnym klimatem, ciekawą kryminalną historią, znakomitą muzyką i w większości porządną obsadą a także zdecydowanie jedna z najlepszych produkcji w dorobku tak samego reżysera jak i Chucka Norrisa, ale naprawdę niewiele zbrakło bym mógł uznać "Code of Silence" za obraz świetny czy choćby bardzo dobry w swojej klasie.
Ps. Tak, wiem, że jest na forum już temat poświęcony samemu Norrisowi ale chciałem też żeby był taki, w którym można pogadać tylko o jego filmach a nie wypowiedziach czy życiu prywatnym - sam dodam tylko krótko, że niezmiernie szanowałem go za porzucenie aktorstwa i poświęcenie się w pełni rodzinie i swojej chorej żonie bo to pokazuje najlepiej, że był bohaterem nie tylko na szklanym czy kinowym ekranie ale też i w tej najbardziej nieprzewidywalnej produkcji fabularnej czyli życiu a to jest warte więcej niż wszystkie ciosy z półobrotu zadane przez niego bandziorom razem wzięte.
![[Obrazek: vlcsnap-2026-03-20-23h01m13s222.png]](https://i.ibb.co/yBNvTVcW/vlcsnap-2026-03-20-23h01m13s222.png)
7,5/10
![[Obrazek: vlcsnap-2026-03-20-22h59m26s939.png]](https://i.ibb.co/zhGPjmCH/vlcsnap-2026-03-20-22h59m26s939.png)
Na zdjęciu powyżej widać największą gwiazdę filmu. I Chucka Norrisa przebranego za śmieciarza.
Jak wszyscy doskonale wiemy, jeden z najbardziej rozpoznawalnych kultowców kina akcji lat 80-tych i 90-tych przedwczoraj kopnął w kalendarz (jak chodzą słuchy - z półobrotu), udając się do krainy wiecznych łowów zrobić pewnie to samo co z takim powodzeniem czynił przez praktycznie całą swoją filmową karierę, mianowicie zapolować na złoli - jedno wiem na pewno, demon z "Hellbound" i jego koledzy ze szkolnej ławki mają z całą pewnością przejebane. Chuck Norris żadnym tytanem aktorstwa nigdy nie był - nie ma co do tego żadnych wątpliwości i z tym się chyba wszyscy zgodzą. Jednocześnie jego kariera potoczyła się w taki sposób, że przekroczył on status osoby znanej z grania w filmach i stał się postacią wręcz ikoniczną i kultową w popkulturze.
W ostatnich latach znany bardziej z memów i różnych żarcików dotyczących jego nadludzkich umiejętności i wyczynów (do których sam podchodził z przymrużeniem oka) był jednak też kimś, kto w pewnym okresie sprawiał masę radochy mnie i osobom mojego pokroju w naszych latach młodości, kiedy mieliśmy okazję oglądać go na ekranach kin (rzadziej) czy dzięki ówczesnej najnowocześniejszej technologii pod postacią odtwarzacza i kaset VHS (zdecydowanie częściej) na nienajwiększych telewizorach kineskopowych. I zanim wszyscy zaczęli go traktować jako postać z żartów, wystąpił w wielu produkcjach bardzo różnej jakości, z których większość dziś moglibyśmy też podczepić do kategorii "beka" - były jednak takie, które heroicznie odpierały ataki upływającego czasu i ulatującej nostalgii - jednym z nich jest z pewnością omawiany przeze mnie obrazek.
"Code of Silence" w reżyserii Andrew Davisa to film, którego największą gwiazdą, tak jak wspomniałem kilka akapitów wyżej, jest sama osoba jego twórcy. Ten znany z kilku późniejszych klasyków, w tym z bodaj najbardziej rozpoznawalnego i najlepszego "The Fugitive", urodzony w Chicago reżyser zasłynął w szczególności ze znakomitego i niezwykle plastycznego portretowania na celuloidowej taśmie swojego rodzinnego miasta - przyznam szczerze, że nigdy w życiu nie byłem nawet w jego okolicach a między innymi dzięki takim produkcjom czuję się jakbym tam od czasu do czasu zaglądał i znał te wszystkie mniej uczęszczane przez bogatych ludzi uliczki, zapyziałe alejki czy spowite papierosowym dymem bary. Zdecydowanie, Davis sprawia, że Chicago jest tak naprawdę głównym bohaterem a jednocześnie największym plusem tego filmu - widzimy miasto, które nie dość, że tętni życiem to ma też swój unikalny charakter.
![[Obrazek: vlcsnap-2026-03-20-23h00m26s931.png]](https://i.ibb.co/WNGXgb4G/vlcsnap-2026-03-20-23h00m26s931.png)
Coś, co zwraca tutaj też od razu uwagę to z pewnością ten swego rodzaju brudny i chropowaty wygląd filmu, tak charakterystyczny choćby dla produkcji sensacyjnych poprzedzających go o dekadę - dużo tu tego samego klimatu znanego z wiadomych obrazów z Clintem Eastwoodem, który za pomocą pistoletu marki Magnum pokazywał różnym ulicznym rzezimieszkom gdzie raki zimują, oględnie i bardzo delikatnie rzecz ujmując. Tutaj atmosfera jest podobna co sprawia, że osadzona w niej fabuła wciąga i przykuwa do ekranu. Nie będę jej streszczał bo nie ma to najmniejszego sensu, najlepiej jeśli sami odświeżycie sobie "Code of Silence" i sprawdzicie, co też tam Davis dla was smacznego przygotował, dodam tylko, że ogólnie jest nadzwyczaj sensownie i przez większą część tego niewiele ponad 100 minutowego filmu również bardzo przyziemnie. Na zupełnym już marginesie jeszcze nadmienię, że jakąś kompletną ironią losu jest dla mnie fakt, że w pogoni za jak najbardziej dopracowaną i bezbłędną stroną techniczną współczesna kinematografia totalnie zatraciła gdzieś całą swoją wizualną fakturę sprawiając, że obecne filmy pod względem plastyczności nie mogą się równać nawet z takimi niezbyt dużymi produkcjami sprzed tych kilku ładnych dekad nakręconymi na niby gorszym i mniej zaawansowanym sprzęcie.
Wracając jednak do tematu - jak w tym wszystkim odnajduje się ten, który swoim nazwiskiem sprzedawał film i patrzył na widzów z wysokości jego plakatu mając przy okazji bardzo zły dzień czyli sam Norris? Tak jak pisałem na początku, aktorem wybitnym, oględnie rzecz mówiąc, nigdy nie był ale miał jedną cechę sprawiającą, że wybijał się nawet pośród tych lepszych warsztatowo kolegów po fachu, mianowicie tę tak bardzo pożądaną i niedającą się wyuczyć - ekranową charyzmę i odpowiednią prezencję. Dodatkowo jako prawdziwy mistrz i gość biegły w sztukach walki (czego nie da się powiedzieć o wszystkich podobnych mu gwiazdach kina akcji) sprawiał, że wszelkiego rodzaju bitki z jego udziałem wyglądały dosyć przekonująco. Jasne, nie ma też co przesadzać i robić z niego jakiegoś wielkiego ekranowego herosa i boga obiektywu, bo kimś takim nie bez powodu też nigdy nie został, ale swoją rolę spełnił tutaj w mojej opinii całkiem przyzwoicie nadrabiając wszelkie braki tym, co umiał robić najlepiej - napierdalaniem bandytów tak za pomocą fachu w ręce, jak i w nodze, że zacytuję klasyka.
Gdyby jednak komuś nie przypasował on w roli tego jedynego sprawiedliwego w nie do końca miłym i najprzyjemniejszym do życia mieście od razu dodam, że reszta obsady to już w sporej większości naprawdę znakomici aktorzy charakterystyczni z jak zawsze rewelacyjnym i odpowiednio demonicznym Henrym Silvą na czele. Zresztą spotkać tu można wiele znanych twarzy, które potem będą się przewijały w innych produkcjach Davisa a pewnie i jakaś połowa tej konkretnej obsady wystąpiła też w nakręconym przez niego trzy lata później "Above the Law" z Seagalem. Wracając jeszcze na chwilę do samej historii warto zwrócić uwagę, że nie jest to do końca tylko taka prosta i błaha opowiastka pozbawiona filmowego mięcha fabularnego, w której się tylko strzelają, ścigają samochodami i biją bowiem tytułowy "kod milczenia" odnosi się tutaj nie tylko do bandytów ale i próbujących ich złapać policjantów sprawiając, że często mamy nie do końca jasny i określony podział na tych złych i dobrych - dużo jest tutaj szarzyzny w ludzkich zachowaniach powodujących, że znajdziemy tu też pewne całkiem ciekawe dylematy moralne, przed którymi postawieni zostaną niektórzy bohaterowie, oczywiście wszystko w granicach rozsądku i gatunkowej przynależności.
![[Obrazek: vlcsnap-2026-03-20-23h00m59s645.png]](https://i.ibb.co/VcNN58QZ/vlcsnap-2026-03-20-23h00m59s645.png)
I chciałbym w sumie tak do samego końca wszystko tutaj chwalić, nie mogę jednak nie zwrócić uwagi na dosyć sporą łyżkę dziegciu znajdującą się w tej całkiem smacznej chicagowskiej beczce miodu, mianowicie o nowince technologicznej na usługach policji imieniem "Prowler". Napiszę wprost - ten sam motyw znakomicie rozwinął dwa lata później pewien pochodzący z Holandii wariat i wizjoner kina w arcydziele totalnym zatytułowanym "RoboCop", wyczerpując jednocześnie temat wydawałoby się w całości - tutaj wszystko to zostało niestety tylko napoczęte i zupełnie niepotrzebnie liźnięte. Rozumiem sam zamysł i chęć pokazania zmieniającego się technologicznego krajobrazu i próbę powiedzenia kilku słów na będący wtedy na czasie temat "postęp versus analogowe dinozaury" ale wypadło to strasznie słabo i po łebkach sprawiając, że stylistycznie "Code of Silence" w pewnym momencie staje w dosyć dużym rozkroku pomiędzy duchem tego poważnego kina sensacyjnego z lat 70-tych a bardziej naiwnym i wybuchowym charakterystycznym dla tego z następnej dekady.
Stąd choćby taki finał, który choć efektowny i przyjemny w oglądaniu, jest także największym "beneficjentem" tej stylistycznej dychotomii co nie do końca mi się podobało. Wcześniej mieliśmy mimo wszystko dość przyziemny kryminał policyjny przeobrażający się w pewnym momencie totalnie niepotrzebnie i nagle w efekciarskiego akcyjniaka, w którym (nie do końca) samotny heros rusza do opustoszałego (nie do końca) magazynu położonego gdzieś na obrzeżach miasta by zaprowadzić (do końca) sprawiedliwość. Fajne, cieszące oczy i całkiem przyjemne w odbiorze, ale osobiście nie pasujące mi zbytnio do obranej na początku konwencji, przez co nie mogę produkcji Davisa uznać za w pełni mnie satysfakcjonującą. Nie zrozumcie mnie źle, to nadal kawał porządnego filmu ze świetnym klimatem, ciekawą kryminalną historią, znakomitą muzyką i w większości porządną obsadą a także zdecydowanie jedna z najlepszych produkcji w dorobku tak samego reżysera jak i Chucka Norrisa, ale naprawdę niewiele zbrakło bym mógł uznać "Code of Silence" za obraz świetny czy choćby bardzo dobry w swojej klasie.
Ps. Tak, wiem, że jest na forum już temat poświęcony samemu Norrisowi ale chciałem też żeby był taki, w którym można pogadać tylko o jego filmach a nie wypowiedziach czy życiu prywatnym - sam dodam tylko krótko, że niezmiernie szanowałem go za porzucenie aktorstwa i poświęcenie się w pełni rodzinie i swojej chorej żonie bo to pokazuje najlepiej, że był bohaterem nie tylko na szklanym czy kinowym ekranie ale też i w tej najbardziej nieprzewidywalnej produkcji fabularnej czyli życiu a to jest warte więcej niż wszystkie ciosy z półobrotu zadane przez niego bandziorom razem wzięte.
![[Obrazek: vlcsnap-2026-03-20-23h01m13s222.png]](https://i.ibb.co/yBNvTVcW/vlcsnap-2026-03-20-23h01m13s222.png)
7,5/10
The height and weight of the victim can only be estimated from the partial remains. The torso has been severed in mid-thorax; there are no major organs remaining. Right arm has been severed above the elbow with massive tissue loss in the upper musculature... partially denuded bone remaining...
21-03-2026, 03:00 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21-03-2026, 04:55 przez slepy51.)







