(27-01-2016, 13:00)Snappik napisał(a): 5/10 - ten film nie zasługiwał na taki hejt, jak otrzymał. W zasadzie to jest on zdecydowanie lepszy niż książka.
To, że będzie "zdecydowanie lepszy niż książka" było oczywiste dla każdego, kto przeczytał choć pół strony;) Do oceny nie mam jak się odnieść, ale nie jest chyba tak, że podejmowanie się ekranizacji słabego materiału powinno ją automatycznie zawyżać, jeśli efekt okaże się lepszy niż ten oryginał. Mnie ten film po prostu denerwuje, głownie dlatego, że stwarza pozór, jakoby książka była w jakimkolwiek stopniu wartościowa. Wiem wiem, muszę wyluzować:)
Żeby nie było - książka nie jest wartościowa :) W oderwaniu od niej 50SoG jest jednak "aż" przeciętnym filmidłem, które nie szokuje, ani nie irytuje tak bardzo jakby niektórzy tego chcieli. Ot po prostu film na wieczór do wina i Laysów.
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.
Nie czytałem książki, ale obejrzałem film. Beznadziejny. Co to w ogóle za pomysł, żeby oceniać film przez pryzmat książki? Już ktoś w temacie o Marsjaninie dobrze napisał. Film to zupełnie inny świat niż książka. Wszystko ma się zgadzać, gdy oglądasz film, a nie, że było to wytłumaczone w książce to tutaj tylko o tym wspomnimy, bo szkoda czasu.
Swoją drogą fascynujące jak wielu z Was pisze, że książka była tragiczna. Przeczytaliście? ;)
Ciemniejsza strona Greya - nie wiem czy to wina gorączki, ale w sumie to podobało mi się. Taka urocza głupotka dla kobiet, ale da się to obejrzeć i nie ukrywam, że pod koniec nawet mnie zainteresowało. Nie wiem jak materiał wyjściowy, ale historia to totalny bzdet, nie za bardzo pamiętam część pierwszą i dlaczego Anastasia i Grey się rozstali, ale chyba nie było to nic ważnego, skoro po 10 minutach filmu ona mu wybacza i już lądują w łóżku. Film jest cholernie niekonsekwentny, urywa ciekawe wątki (pewnie zachowując je na 3 część - wątek wydawcy, wątek nauczycielki Greya i wątek psychicznie chorej uległej) i daje nam jakieś bzdety i rwane sceny, ale jest to tak uroczo sfilmowane i okraszone przyjemną muzyką, że w sumie łyka się to bez popity.
Dornan jest naprawdę fajny, ma w sobie jakiś magnetyzm i jego rola to najlepsza rzecz w filmie. Koleś ewidentnie bierze to na luzie i dzięki temu łatwiej kupić jego postać. Za to Johnson jest totalnie pozbawiona uroku, seksapilu i osobowości. Kocha, za chwilę nie kocha, kocha, ale się boi, płaszcze, za chwile się kochają. No paranoja :)
Ale podobało mi się bardziej niż część pierwsza i w sumie to jestem ciekaw niewyjaśnionych wątków. Dam 6/10.
Część pierwsza ma u mnie 5/10. Twórcy chyba posłuchali marudzenia o sceny sexu, bo tutaj ruchają się co 10 minut, z tym, że jest to sex w wersji ultra light. Nawet erotyki puszczane w latach 90 na Polscacie o 23:15 w piątki (jaka pamięć) miały więcej sexu.
Ogólnie nie takie złe jak mówią ludzie, ale też nie ma się czym zachwycać.
Serio, to nie jest takie złe. Szczerze? To lepiej bawiłem się na tym niż na LEGO Batman. Więcej razy się uśmiechnąłem, były cycki, fajne piosenki, ładne zdjęcia i moja narzeczona obok :)
Mnie zabił cytat Jeremy'ego z recenzji tego ścierwa:
"Oglądanie tego filmu jest jak bycie gwałconym mieczem Katany z Suicide Squad - jest bolesne w sposób o którym nie chcesz nawet myśleć i kradnie kawałek Twojej duszy."
Pierdolenie i tekst pod publikę. Jasne, jak doszukujesz się w tym sensu i logiki to daj se spokój ;) ale to nie jest ścierwo i serio, da się to obejrzeć bez zażenowania.
I opinia z recki i moja są prawidłowe :) w pierwszej części mieliśmy może z 2-3 sceny sexu, tutaj mamy chyba z 10, ale generalnie to sprowadza się to do jakiejś minetki, gdzie nie widać nic oprócz głowy wtulonej w krocze, kilku palcówek, zabawy gadżetami i na końcu właściwy stosunek. 3/4 na misjonarza, reszta na pieska i bokiem.
Nie wiem, ale serio, dla mnie film był ok. Po LEGO Batman czułem się zażenowany i po 2 dniach spuściłem ocenę z 7 na 5/10, a tutaj zostanę przy tym słabym 6. Dla mnie po prostu niezły film, a gdyby pokazać nieco więcej i rozwinąć pewne wątki to pewnie z 7 bym dał.
I co do końcówki recenzji - nie czytałem książek, ale wiem, że ona będzie w ciąży i się hajtną, więc te domysły autora takie sobie ;)
Fifty Shades Darker - film jednocześnie bardzo zły i bardzo zabawny. Zmontowany pokracznie (wątek z helikopterem - dżizas krajst), ale trzymający momentami do siebie duży dystans. Słabo zagrany (w większości scen), ale paradoksalne te ekranowe drewno Dornan i jego śmieszek robią robotę. Od dialogów miejscami krwawią uszy, a gdzie indziej humor w zasadzie rozpierdziela system (kulki <3). I tak mógłbym dalej - FSD jest gdzieś w rozkroku (ugh). Zgodzę się co do seksu - jest słabo, a odwagi starczyło jedynie na szczucie (nienajwiększym) cycem Johnson.
5/10 - jest boleśnie i śmiesznie :)
Co do fabuły - omówmy się, że FSD wyznacza nowe granice dla hasła "pretekstowość".
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.
21-02-2017, 23:20 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21-02-2017, 23:23 przez Snappik.)
Ja chyba podczas seansu byłem w gorszym nastroju od Was, gdyż dla mnie druga część jest zdecydowanie gorsza od pierwszej. Nie żeby pierwsza była jakimś geniuszem, ale przynajmniej starała się mieć jakąś fabułę i do czegoś zmierzała. W drugiej części czy w ogóle była jakaś fabuła i tak naprawdę o czym był ten film? Tak szczerze jest to film o zakochanych, którzy co jakiś czas uprawiają seks - WOW! Normalnie być nie może!!!1
Wiem, że pierwsza część to był taki erotyzm dla gospodyń domowych, ale w tej części jeszcze bardziej stał się on lightowy. To już nie ma w tym nic "skandalicznego" "perwersyjnego", tylko po prostu para uprawiająca seks i tyle. Aby więc trochę ruszyć akcję, dostajemy wątki jak z thrilera, czy kryminału, przez co cały film jeszcze bardziej popada w stronę brazylijskiej telenoweli, czy Mody na Sukces.
Parę zdjęć było ładnych, muzyka była spoko, ale gorsza od jedynki. Szczególnie, że piosenki były dwa razy głośniej grane od score'u Danny'ego Elfmana. Aktorsko to wiadomo, ale jakoś Dornan mnie przekonuje do tej roli. A parę razy jak się uśmiecha, czy też w sposobie bycia, to trochę kojarzył mi się z Mefisto ;) Szkoda tylko trochę Kim Basinger, która się w tym znalazła.
Ale tak naprawdę to jednak jakoś nie udało mi się śmiać jaki głupie to jest, a raczej byłem bardziej zmęczony i znudzony. I jak wspomniałem na początku, to chyba już wolę pierwszą część.
3/10