Inception (2010)
Czyli jest już... STARY Uśmiech
welcome to prime time bitch!

Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.

Odpowiedz
Ach tak, tak, pamiętam ten dzień w którym byłem na Incepcji. Na sali kinowej wciąż unosił się zapach popcornu, a fotele wyglądały jak nowe.

[Obrazek: tumblr_mi1mqx9Kw01rqfhi2o1_250.gif]

Odpowiedz
Hehehe... Dziś sam jestem dziadkiem Oczko

Czepiacie się Uśmiech Po pięciu latach, to jednak po latach, a nie po tygodniu Język
I was always criticized for style and content, but I enjoy trying to tell stories a different way - Tony Scott

Odpowiedz
Powtórka po pięciu latach. Obawiałem się wracać do tego filmu, bo z każdym kolejnym seansem - a było ich 4 w latach 2010-2012 - podobał mi się coraz mniej. Niepotrzebnie, bo choć pogodziłem się już, że pierwsze wrażenie było mylne - to żadna rewelacja, którą uwielbiałbym jak Terminatora, raczej dolna półka w filmografii Nolana - to bardzo miło spędziłem te dwie i pół godzinki.

[Obrazek: 87671.jpg]

Incepcja to rzadki przypadek filmu, którego wielką zaletą jest scenariusz - wizjonerski, ciekawie skonstruowany, pełny niesamowitych pomysłów - ale jest on też jego największą wadą, bo Nolan skopał w nim sporo ważnych kwestii. Gdyby skupić się na wszystkich zasadach działania tego świata, o których opowiada Cobb, mnóstwo szczegółów nie miałoby sensu, jak chociażby "kick", który działa inaczej, w zależności od potrzeby bohaterów. Dialogi bywają dobre, ale chyba większość tekstów w filmie to ekspozycja - czasami niezbędna, jednak w większości przypadków zbyt łopatologiczna, nachalna, źle umiejscowiona. W końcu najlepsze sceny akcji z filmu to te, w których nikt nic nie mówi, jak fantastyczna walka Arthura w korytarzu hotelu. Najgorzej wypadają sceny, w których rozmowy bohaterów to pytanie + odpowiedź, pytanie + odpowiedź. Męczące się to robi, i niestety w większości do tego właśnie ograniczają się rolę, bądź co bądź dobrych, Ellen Page i Josepha Gordon-Levitta. Jednak dla mnie, jeszcze większym grzechem scenariusza jest to, jak sztucznie stara się od podbić stawkę. Bohaterowie wchodzą do snu, okazuje się, że projekcje w umyśle Fishera są przeszkolone. Dalej, jeden z członków wyprawy zostaje ranny, okazuje się, że nie mogę przerwać misji poprzez kulkę w łeb. Mają już wykonać zadanie, przeszkadza im Mal. Itd. To zagrania wyciągane przez reżysera z kapelusza, niczym zagrywki Michaela Baya w Armageddonie, nie pasuje to do - świetnej - reszty filmu.

W tym miejscu przejdę do sedna - Incepcja to świetny film! Ma spore problemy scenariuszowe, które mogą uprzykrzyć życie podczas seansu oraz kilka słabszych sekwencji akcji, w których niepotrafiące celować z karabinu projekcje ganiają się z włamywaczami (pod tym względem chyba najsłabiej wypada zimowa zabawa w kotka i myszkę Eamsa z armią przed szpitalem), ale reszta to cudo. Powalające zdjęcia (nie pamiętałem, że aż tak!) i praca kamery, doskonałe efekty specjalne, zachwycająca scenografia i lokacje, cała strona wizualna robi tu bardzo fajny klimat, a wisienką na torcie jest strasznie nachalna, ale bardzo dobra muzyka Zimmera. Już kij z tym jak ten film jest zrealizowany - a jest niemal perfekcyjnie - przede wszystkim to znakomicie opowiedziana i zagrana przez cała ekipę historia, w którą gdy już się wciągniemy, nie ma szans się nie ekscytować. Najlepiej o tym świadczy ostatnie 15 minut, które spokojnie mógłbym ocenić maksymalnie w każdej skali. Nolan celowo coraz bardziej zdawkowo pokazuje pierwsze etapy snu, więc gdy tytułowa Incepcja się udaje, zawsze wypuszczam z siebie sporo powietrza z ulgą, w momencie przebudzenia się większości ekipy w wanie, który opada na dno rzeki. A potem - po 73 minutach (!) od rozpoczęcia misji, tylu problemach, tylu warstwach, takiej ilości akcji i przygodach, w końcu widzimy jak Cobb budzi się na pokładzie samolotu. Nie obchodzi mnie już żaden bączek, to czy się przewróci, czy też nie (choć interpretuję zakończenie w ten sposób, że po prostu im się udało, a bączek przewróciłby się sekundy po zaciemnieniu ekranu), cieszę się z tego, że się udało i w końcu mógł przytulić swoje dzieci. To właśnie moc tego filmu - cieszę się sukcesem bohaterów, bo po takiej wędrówce, nie ważne czy przegadanej średniej jakości ekspozycją i niewykorzystującej w pełni potencjału tego pomysłu, nie pozostaje mi nic innego, jak ponieść się emocjom. "Time"!!

Ulubione sceny:
- Montaż przeprowadzenia Incepcji, czyli wszystko od momentu gdy Fisher wchodzi do komnaty z ojcem, po wynurzenie się z zatopionej furgonetki. "528491" Zimmera wbija w fotel!
- Zakończenie.
- Walka Artura w korytarzu.
- Pieszy pościg w Mombasie.
- Wisienka na torcie sekwencji treningu, czyli atak projekcji w umyśle Cobba (w tym Mal) na Ariadne. Mocne!

Dodam jeszcze, że całkowicie zapomniałem jak fajny jest tu Tom Hardy. Cała obsada zagrała wybornie (Leo jest tu zdecydowanie lepszy niż w Zjawie), ale to u nowego Mad Maxa czuć ten luz, charyzmę, według mnie kradnie każdą scenę ze swoim udziałem i jest zdecydowanie najbardziej likeable postać z tej ekipy.

Ocena? Tak jak w przypadku tegorocznego Logana najlepiej posłużyłbym się skalą Roger Eberta i wystawił 3 gwiazdki na 4, bo to moim zdaniem film udany właśnie w trzech czwartych. No, ale skoro na co dzień najczęściej posługuje się filmwebową 1-10, niech będzie naciągana ósemka, ze względu na ostatnie 15 minut i moją sympatię do Nolana.


PS
Przydałoby się spiąć te dwa tematy i dodać ankietę z oceną.

Odpowiedz
Zakończenie mnie rozdrażniło w pozytywnym sensie (przewróci się ten bączek, czy nie?!) i przez pewien czas nie dawało żyć Duży uśmiech Ciekawe, czy gdybym obejrzała film ponownie, miałabym podobnym problem Język

Odpowiedz
Właśnie jestem świeżo po obejrzeniu Incepcji po latach i tak czytając tę waszą dyskusję doszedłem do wniosku, że całkowicie umknął wam sens filmu. Spieracie się o rzeczy nieistotne, pomijając treść którą film przekazuje. Ale zacznijmy od początku.

Film zaczyna się jakąś wielką misją, którą trzeba zorganizować by Cobb mógł się spotkać z dziećmi. Na początku oczywiście wszyscy to łykamy, że tak jest i o to chodzi. Tylko co okazuje się w trakcie? Otóż powoli poznajemy historię Cobba, która na pewno jest tym co jest prawdziwe w tym filmie. Miał żonę, miał "być może" dzieci, w każdym razie postanowił z żoną zatracić się w śnieniu. Przenosili się z jednego snu w drugi, stworzyli sobie we śnie własne życie. W pewnym momencie Cobb zorientował się że tak dalej być nie może i przekonał żonę do samobójstwa by się wybudzić. Zrobili to i Cobb uwierzył że są już w realu. Żona jednak nadal miała wątpliwości i uważała, że należy się przebudzić jeszcze raz, by zejść poziom niżej, by naprawdę się przebudzić. Chciała go przekonać, nie udało jej się. I teraz Cobb ma wyrzuty sumienia, że przekonał ją tak bardzo, że aż popełniła samobójstwo. Dla mnie cała treść filmu, aż krzyczy że to ona miała rację i się na prawdę przebudziła, a Cobbowi się to wszystko nadal śni. Wyśnił cały film od początku do końca.

Ponieważ czas we śnie płynie wolniej a nie wiadomo na którym poziomie snu tak na prawdę Cobb się znajduje, argument czemu ona go nie obudziła nie ma sensu. Może jeszcze nie zdążyła po prostu, a może jest dopiero poziom niżej i sama jeszcze śni.

Co do argumentacji o kręceniu bączka to nie ma on sensu z wielu powodów, wymienię dwa. Po pierwsze sam film obala jego znaczenie. Po drugi bączek się kręci, potem się chwieje, ale potem znowu się kręci... Niby zawsze może potem upaść ale i tak nic to by nie zmieniło, bo wcześniej już upadał, a przecież cały film jest snem cobba, w którym jedyną prawdziwą rzeczą jest historia jaką przeżył we śnie ze swoją żoną.

I na koniec uważam, że odciągnięcie od clue filmu poprzez wplecenie do niego scen akcji było genialnym posunięciem.

ps: Można oczywiście interpretować że na pierwszym poziomie film jest realny, ale wtedy zbyt wiele rzeczy nie trzyma się kupy.

Odpowiedz
Ok, załóżmy taki scenariusz. Jaki wtedy film ma sens? Co z niego wynika? Po co to oglądamy i czemu akurat takie przygody? Skoro WSZYSTKO jest snem, to jaką cokolwiek ma wartość? Skoro nie ma znacznia, czy bączki upadają, to co ma? Nic? Jaki jest cel ogladania taniej historii? Jaki jest cel jej opowiadania?
.

Odpowiedz
Dokładnie. Cała mocą zakończenia jest to, że Cobb myśli, że mu się udało. My możemy mieć wątpliwości, ale dla Cobba nie ma to żadnego znaczenia. Nie czeka na wynik kręcenia bączkiem, bo wie, a przynajmniej tak zdecydował. Dla niego to jest rzeczywistość, a żona jest martwa i nigdzie nie czeka. Cięcie!

Odpowiedz
Rzecz w tym, że on kręci tym bączkiem dla... widza, nie dla siebie, i to jest słabe. Jeśli nie interesuje go czy jest we śnie czy nie, to a) po co nim kręci b) czy to znaczy że już nigdy nie wejdzie do tego pokoju, bo przecież jak tam wejdzie to zobaczy że bączek dalej się kręci? (lub nie) Uśmiech

Odpowiedz
A to nie było tak, że totem działa tylko kiedy chcemy rzeczywiście sprawdzić czy to sen? Ja to tak zrozumiałem.
Jakby moim totemem była kostka, która staje na sztorc we śnie, to jakby mi przypadkiem wypadła z kieszeni (we śnie) to tak by upadła? Bez sensu.

Odpowiedz
Oglądając sen, dowiadujemy się jak działa śnienie, jakie reguły obowiązują w świecie snu, rzeczywiste bądź wymyślone przez samego śniącego. Dowiadujemy się czego chce śniący Cobb. Ponadto dowiadujemy się rzeczywistej historii która mu się przydarzyła gdy śnił ze swoją żoną i tego, że ona postanowiła się obudzić zabijając się, a on nie i zadowolił się dalszym śnieniem. I reguła z bączkiem została wymyślona przez niego samego, a potem zignorowana. Widzimy, że tak bardzo wierzy, że jego sen jest realny iż podejmuje się w nim jednego z dziwnych przedsięwzięć wszczepienia komuś myśli o czym w połowie jest ten film. I moim zdaniem jest to wspaniała zasłona dymna, by ukryć przede widzem przy pierwszym oglądaniu filmu, że to jest tylko sen. Bo jak oglądasz za pierwszym razem, to tak się koncentrujesz na tym czy im się uda, że kompletnie umyka ci ważność wątku żony i to co ona mówi. Traktujesz to jako trochę zło konieczne, coś co tylko przeszkadza w oglądaniu i rozwiązaniu niby wątku głównego, czyli czy incepcja się uda czy nie. Ale jeśli obejrzysz z nastawieniem że jedyne co istotne to jest to co się tyczy żony, perspektywa obraca ci się o 180 stopni i zdajesz sobie sprawę, jak sprytnie to wszystko zostało zamaskowane.

A co do pytania po co oglądamy, to wplecenie w to scen akcji jest o tyle fajne, że one cieszą każdego i przyciągają do kina widzów.

PS: Totemy miały służyć do sprawdzania czy nie jesteśmy u kogoś innego we śnie. Więc co niby miał sprawdzić ten totem na końcu?

Odpowiedz
Ale zdajesz sobie sprawę, że Twoja interpretacja ma sens tylko z punktu widzenia reżysera próbującego zrobić widza w jajo?
Z punktu widzenia postaci to sensu niestety nie ma żadnego. Nikt nie ma żadnej motywacji w tym przypadku. No i wszyscy są wytworem wyobraźni Cobba, czyli można ich zlać ciepłym moczem. SUPER film...
Tylko, że na szczęście nie.

Odpowiedz
Jakoś nie czuję się zrobiony w jajo. To że wszystko jest snem di caprio, niczego nie zmienia w moim odbiorze filmu. Masz pretensje że postacie są wymyślone przez śniącego bohatera. Równie dobrze mógłbyś napisać, że postacie nie mają motywacji bo są wymyślone przez Nolana i to nie jest na prawdę bo to jest tylko film i po co to oglądać. Co za różnica czy postacie wymyśla Cobb czy Nolan? Nie wymyślona przez Cobba jest historia z jego żoną. Ona zapewne wydarzyła się na prawdę. Mi taka interpretacja filmu niczego nie psuje, a co najważniejsze jest wiele rzeczy które wskazują że jest ona słuszna.

Odpowiedz
Cytat:Co za różnica czy postacie wymyśla Cobb czy Nolan?

Konwencja. Postacie Nolana w filmie Nolana to "rzeczywistość". Postacie Cobba w filmie Nolana to fikcja.
Ryzyko śmierci postaci z założenia fikcyjnych nie angażuje widza. 80% filmu jest po nic.
Jak Ci to niczego nie psuje to spoko. Cieszę się Twoim szczęściem.
Polecam zatem dowolny film bez zmyślonych przez bohatera postaci z dodatkiem 5 godzin reklam. Będziesz wniebowzięty. Oczko

Odpowiedz
Ok, rozumiem poniekąd argument o konwencji. Tylko zauważ, że to ci nic nie psuje w trakcie oglądania filmu. Dopiero po filmie jak się zaczniesz nad tym zastanawiać możesz dojść do wniosku, że to wszystko był sen Cobba. Na spokojnie zaczynasz się zastanawiać, co tam się działo i perspektywa jaką sobie obrałeś w trakcie oglądania nagle zaczyna pękać w szwach i nie trzyma się kupy. Ja to zauważyłem jak obejrzałem drugi raz i na co innego zwracałem uwagę. Wątek niby główny, czyli zlecenia incepcji olałem, bo wiedziałem że on nie ma żadnego znaczenia. Skoncentrowałem się na motywach żony i zagadnieniu co jest snem a co realem, kto ma racje i co na to wskazuje. I stąd się wzięła moja koncepcja.

ps: nie wiem o co chodzi z tym że będę wniebowzięty i reklamami

Odpowiedz
https://uproxx.it/9pnlgpf

Hm, Caine opowiada ze Nolan powiedzial mu ze jeśli jest w scenie, to jest to rzeczywistość, a nie sen, wiec końcówka Inception jest rzeczywistością idąc za ta logika. Ale kto by staremu prykowi wierzył w sumie, pewnie coś zle zapamiętał Uśmiech

Odpowiedz
Myślę, że warto odkopać temat bo Michael Caine wytłumaczył zakończenie.
http://time.com/5368056/michael-caine-inception-ending/

Można wreszcie spać spokojnie Uśmiech
Zabili Pana Jezusa i wyłączyli komentarze...

Odpowiedz
Już chyba ktoś wrzucił w spoilerowym temacie Incepcji, ale serio kogoś to obchodzi w 2018?


Odpowiedz
Pewnie Nolan nie miał pomysłu jak szybko wszystko wytłumaczyć Caine'owi, więc wymyślił jakąś zasadę.

Odpowiedz
Źródło z Tajlandii, ale jak najbardziej oficjalne. Zwiastun "Incepcji" wracającej do kin w dziesiątą rocznicę premiery.

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  








Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości