Miałem popełnić jakiś wpis w krótkiej piłce, ale po obejrzeniu całości serial powinien mieć osobny temat, nawet jeśli będzie tu tylko mój wpis :D
(Jakieś wysrywy Marvela mają po 30 stron...)
Ktoś już pisał o tym w krótkiej piłce, ale nie potrafię tego odszukać z moimi szczątkowymi umiejętnościami obsługi tej forumowej wyszukiwarki. Może Kryst, albo Krismeister? W tonie raczej bardzo pochlebnym. Ja chyba też wtedy zacząłem oglądać i po dwóch odcinkach spasowałem, bo całość wydała mi się przesadnie wystudiowana i bez życia. No ale w piątek postanowiłem, klikając po Netflixie, dać drugą szansę. No i trochę jestem w szoku jak znakomite to było.
Przede wszystkim nikt tu nie starał się wynaleźć koła na nowo i do książkowego oryginału Zaillian podszedł z szacunkiem, ale też jest kilka zmian. Wszystkie są albo delikatne albo jak są większe (końcówka) to zrobione z dużym wyczuciem i zarówno duch książki jak i postaci Ripleya zostały zachowane.
Owszem jest kilka rzeczy do których można by się przyczepić, że scenarzysta troszkę oszukuje pomagając Tomowi, ale jest tego bardzo niewiele i za każdym razem na tyle dobrze zrobione, że można to spokojnie zaakceptować jako przypadek, który po prostu mógł mieć miejsce.
W ogóle Tom Ripley ma duże szczęście do filmowych ekranizacji, bo wszystkie filmy były co najmniej dobre i wszyscy wcielający się w tę postać aktorzy również nie zawiedli. Scott jest znakomity. Nie ma tu żadnych fajerwerków aktorstwa, gość po prostu idealnie pasuje do tej postaci. Ścisła czołówka Tomów Ripleyów. Najsłabszy chyba w sumie był Malkovich chociaż też nie był zły a Peppera jeszcze nie widziałem, ale recenzje raczej nie nastrajają pozytywnie.
Delon, Scott, Damon/Hopper, Malkovich w takiej kolejności.
Reszta obsady też jest bardzo dobra. Trudno się do kogoś przyczepić choć to też nie są Himalaje aktorstwa. Po prostu wszyscy tam pasują gdzie są. Może Flynn nie jest tak zajebisty w roli Greenleafa jak Jude Law (który powinien wtedy dostać Oskara) ale naprawdę daje radę.
Miniserial to chyba idealna i obecnie moja ulubiona forma "filmowa". Do dwugodzinnego filmu trzeba porządnego fachury, a te wielosezonowe seriale najczęściej są do dupy. Tutaj mamy 8 około godzinnych odcinków i to idealna długość, żeby cała historia mogła solidnie wybrzmieć, ale też nie znudzić widza.
Na osobną pochwałę zasługują zdjęcia. Nigdy nie przykładałem do tego większej wagi, bo najważniejsza dla mnie jest historia, a jak film jest chujowy, to nie uratują go żadne fajerwerki operatora. Oczywiście miło jak i historia i zdjęcia są na wysokim poziomie.
No i jeszcze zdjęcia są czarno-białe, co już w 95% przypadków jest artsy-fartsy, paczcie jaki ze mnie artysta.
No ale tutaj wszystko działa w sposób fantastyczny.
Czerń i biel pasuje idealnie, a same zdjęcia są po prostu pornografią pięknych kadrów. W sumie można losowo zrobić stopklatkę co minutę i pewnie za każdym razem trafi się na coś co można oprawić i powiesić na ścianie.
8/10 to minimum, myślę, że nawet 9/10 nie będzie oceną na wyrost.
(Jakieś wysrywy Marvela mają po 30 stron...)
Ktoś już pisał o tym w krótkiej piłce, ale nie potrafię tego odszukać z moimi szczątkowymi umiejętnościami obsługi tej forumowej wyszukiwarki. Może Kryst, albo Krismeister? W tonie raczej bardzo pochlebnym. Ja chyba też wtedy zacząłem oglądać i po dwóch odcinkach spasowałem, bo całość wydała mi się przesadnie wystudiowana i bez życia. No ale w piątek postanowiłem, klikając po Netflixie, dać drugą szansę. No i trochę jestem w szoku jak znakomite to było.
Przede wszystkim nikt tu nie starał się wynaleźć koła na nowo i do książkowego oryginału Zaillian podszedł z szacunkiem, ale też jest kilka zmian. Wszystkie są albo delikatne albo jak są większe (końcówka) to zrobione z dużym wyczuciem i zarówno duch książki jak i postaci Ripleya zostały zachowane.
Owszem jest kilka rzeczy do których można by się przyczepić, że scenarzysta troszkę oszukuje pomagając Tomowi, ale jest tego bardzo niewiele i za każdym razem na tyle dobrze zrobione, że można to spokojnie zaakceptować jako przypadek, który po prostu mógł mieć miejsce.
W ogóle Tom Ripley ma duże szczęście do filmowych ekranizacji, bo wszystkie filmy były co najmniej dobre i wszyscy wcielający się w tę postać aktorzy również nie zawiedli. Scott jest znakomity. Nie ma tu żadnych fajerwerków aktorstwa, gość po prostu idealnie pasuje do tej postaci. Ścisła czołówka Tomów Ripleyów. Najsłabszy chyba w sumie był Malkovich chociaż też nie był zły a Peppera jeszcze nie widziałem, ale recenzje raczej nie nastrajają pozytywnie.
Delon, Scott, Damon/Hopper, Malkovich w takiej kolejności.
Reszta obsady też jest bardzo dobra. Trudno się do kogoś przyczepić choć to też nie są Himalaje aktorstwa. Po prostu wszyscy tam pasują gdzie są. Może Flynn nie jest tak zajebisty w roli Greenleafa jak Jude Law (który powinien wtedy dostać Oskara) ale naprawdę daje radę.
Miniserial to chyba idealna i obecnie moja ulubiona forma "filmowa". Do dwugodzinnego filmu trzeba porządnego fachury, a te wielosezonowe seriale najczęściej są do dupy. Tutaj mamy 8 około godzinnych odcinków i to idealna długość, żeby cała historia mogła solidnie wybrzmieć, ale też nie znudzić widza.
Na osobną pochwałę zasługują zdjęcia. Nigdy nie przykładałem do tego większej wagi, bo najważniejsza dla mnie jest historia, a jak film jest chujowy, to nie uratują go żadne fajerwerki operatora. Oczywiście miło jak i historia i zdjęcia są na wysokim poziomie.
No i jeszcze zdjęcia są czarno-białe, co już w 95% przypadków jest artsy-fartsy, paczcie jaki ze mnie artysta.
No ale tutaj wszystko działa w sposób fantastyczny.
Czerń i biel pasuje idealnie, a same zdjęcia są po prostu pornografią pięknych kadrów. W sumie można losowo zrobić stopklatkę co minutę i pewnie za każdym razem trafi się na coś co można oprawić i powiesić na ścianie.
8/10 to minimum, myślę, że nawet 9/10 nie będzie oceną na wyrost.
Zabili Pana Jezusa i wyłączyli komentarze...
05-04-2025, 20:46 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05-04-2025, 20:47 przez Dr Strangelove.)






