Prawdziwa historia o Ryszardzie Kuklińskim aka Icemanem , który na przełomie lat 60 - 80 wymordował dla miejscowej mafii Gambino ponad 200 ludzi. Nie wliczając w to bezdomnych , czy przypadkowych osób, którzy akurat mieli pecha zadzierając z bardzo porywczym temperamentem Ryśka. Polecam trzy częściowy dokument HBO, w którym to Ryszard dokładnie opisuje początki swojej porywczej krwiożerczej profesji. Opowiada w nim o swoich różnorodnych technikach zabijania ( np. wypróbowywał kusze na przypadkowo napotkanych przechodniach , czy bezdomnych), a przede wszystkim o swojej słynnej technice zamrażania ciał bezpośrednio po zabójstwie przez co koronerzy mieli bardzo utrudnione zadanie stwierdzenia faktycznego czasu zgonu ofiar, a Iceman tym samym był praktycznie niewykrywalnym doskonałym mordercą na kontrakt. Dodać można jeszcze, że Kukliński równocześnie wiódł prawie doskonałe życie rodzinne. Żona i dzieci dowiedziały się o drugim obliczu Ojca dopiero na procesie, co czyni te historię bardziej atrakcyjniejszą ze względu na spaczoną psychę tego zimnego osobnika.
Blisko dwa lata oczekiwań, na film który nie wiedząc czemu miał taką długa i skomplikowana drogę do światowej premiery. Najpierw w sieci ukazał się klip promocyjny z Michalelem Shanonem i Michaelem Wincottem , który miał zachęcić decydentów z wytwórni filmowych do śmielszej inwestycji w ten projekt. Potem szereg ograniczonych pokazów w 2012 i nareszcie szersza dystrybucja w 2013 roku
Nie powiem sam klip mrozi krew w żyłach od początku do samego końca a Michael Shannon po roli w Man of Steel umocnił mnie w przekonaniu, że w przyszłości będzie mocarną aktorzyną, która powoli przejmie pałeczkę po tych nieco wypalonych i nada trochę świeżości do współczesnego kina.
Film dziś zawitał w sklepiku i ciężko będzie mi wytrzymać tę nocną zmianę do końca wiedząc, że już jutro w końcu przekonam się czy warto było tyle czekać...
Edit:
No cóż seans zaliczam do udanych. Nie jest to wielkie pieprznięcie, ale też i wielki zawód. Cała historia poprowadzona jest bardzo spokojnie. Ariel Vroman skupia się głownie na podwójnej osobowości Kuklińskiego i jego porywczym temperamencie. Efektowna krwawa kariera Icemana zepchnięta jest tu raczej na drugi plan, owszem śledzimy pierwsze morderstwa i zryta psyche mordercy jednak nie oto tu w tym wszystkim chodzi. To jakby historia o kolesiu dla którego zabijanie innych ludzi to jak przygotowanie synkowi śniadania przed wyjściem do szkoły, dzięki czemu będzie mógł zapewnić dobrobyt rodzinie. Wracając do aktorstwa to Michael Shannon jest mistrzem każda scena z jego udziałem przyćmiewa całe towarzystwo. Kapitan Ameryka, też daje rade, zawodzi tylko w scenie w parku. Klip z Michaelem Wincottem to oscar przy tym co faktycznie zaprezentowano w filmie. Zdjęcia i klimacik jak na taką niskobudżetową produkcje stoją na bardzo wysokim poziomie. 8/10 << Za Prolog i monolog Shannona w finale ( idealnie oddał to co oryginalny Kukliński zaprezentował w dokumencie HBO) , aż mi się łezka w oko zakręciła. Na pewno trafi do kolekcji.
Dobry film. Przerażające, że Shannon ma bardzo podobny głos do Ritchiego :D
Przy okazji obejrzałem ten dokument HBO i rzeczywiście pewne rzeczy w scenariuszu Icemana są toczka w toczkę z wypowiedzi Kuklińskiego, no ale to tylko na plus filmu.
W filmie nie usłyszymy ilustracji muzycznych z lat 60 czy 70, film ma być i jest smutny. Mamy oglądać po prostu diabła w akcji, co widzimy już w początkowych minutach filmu...
Najlepsza jest rola Franco ;) Evans - zgadzam się Pred - jak obciął włosy to grał już Evansa ;)
Podobało mi się, ale trochę wbrew logice. Przed seansem starałem się odrobić lekcje i obejrzeć również dostępne na youtubie dokumenty z udziałem samego Richarda Kuklinskiego, poczytać itd. Niestety, ale po takim researchu "The Iceman" nie zrobił na mnie zbyt wielkiego wrażenia, choć to ciągle całkiem dobra rzemieślnicza robota.
Największy problem widzę w niewykorzystanym potencjale samej historii. Na pierwszy rzut oka Richard wiódł życie, którym - przynajmniej w teorii - można by zapełnić nie jedną, a z pięć filmowych fabuł, wybierając z jego życiorysu co ciekawsze fragmenty lub stopniowo odsłaniając dręczące go demony. W rzeczywistości pewnie sam Richard był inspiracją dla twórców wielu różnych postaci funkcjonujących w szeroko pojętej popkulturze (gdzieś czytałem, że The Ice Truck Killer z pierwszej części Dextera po części był inspirowany właśnie Kuklinskim; ktoś inny doszukuje się analogii w Hitmanie). Jednak w filmie jego postać została potraktowana trochę po macoszemu i często odnosiłem wrażenie, że to taki zbiór ciekawostek - powyciąganych z wywiadów i na siłę wciśniętych do filmowej historii, chociaż niewiele do rozwoju akcji wnosiły (m.in. scena z duszeniem przez własne ramię; scena wystrzału w samochodzie, po której Richardowi piszczało w uszach; scena zmuszenia do modlitwy Franco). Twórcy pokazali nam właściwie całe życie Kuklinskiego, w rzeczywistości nie pokazując nic, okrawając sceny z jakiejkolwiek dramaturgii, zastępując ją drobnymi historyjkami wyciągniętymi żywcem z "The Iceman Interviews".
Kolejna bolączka to Kuklinski Shannona. Michael Shannon to zdolny aktor, ale przynajmniej we mnie nie budził żadnych ambiwalentnych uczuć. Przez to był trochę nudny, totalnie przeciwnie do prawdziwego Kuklinskiego. Kuklinski z wywiadów do skurwysyn, który jednocześnie budził strach, respekt, współczucie, nienawiść, odrazę i fascynację. To koleś, który na ustach niósł brutalne historie, w którego oczach tkwił smutek, potrafiący zniknąć w sekundę, zastąpiony błyskiem krwawej żądzy. Niby stonowany, a gotujący się w sobie (fajny moment w wywiadzie z psychiatrą Parkiem Dietzem, kiedy Kukliński mówi mu z kamienną twarzą: "Wiesz, że już prawie udało ci się mnie zdenerwować, prawda? Nie wiem dlaczego, ale już prawie ci się udało."). Shannon też nie udźwignął sceny finałowej, zagranej teoretycznie toczka w toczkę, ze sceną nagraną podczas wywiadów z roku 1992. No, ale jej nikt by nie zagrał dobrze, bo co innego udawać jakieś uczucie, a co innego udawać, że tego uczucia nie ma - jak było w przypadku Kuklinskiego, który robił wszystko, żeby ukryć rozżalenie i duszony przez lata ból. No, ale absolutnie nie można mieć o to żalu do Shannona. Kuklinski to nie jeden z tych psycholi, którzy krzyczą i obrzucają wszystkich dookoła ekskrementami, gdzie aktor może swobodnie przeszarżować i nikt nie będzie miał o to żalu. Kuklinski to facet o sercu i twarzy wykutych z lodu, takich najtrudniej zagrać.
Jednak jestem na to wszystko w stanie przymknąć oko, bo mimo niedociągnięć oglądanie Shannona sprawiało mi przyjemność. Nie umiem natomiast przymknąć oka na sceny rodzinne z fatalną Winioną Ryder i nastoletnimi córkami, które zachowywały się, jakby miał lat dziesięć, a nie piętnaście. Ta miłość i uczucie wylewające się w każdej możliwiej scenie, każde wypowiedziane słodko "tatusiu" i machnięcie dłonią w stronę ojca, wydawały mi się komiczne. Trochę za bardzo twórcy przyjęli do siebie wizję Kuklinskiego, jako "idealnego ojca", by podkreślić kontrast między brudami, jakimi zajmował się w pracy, a tym, jaki był w domu.
Wystawiając ocenę, starałem się jednak nie pamiętać o tym jaki jest Kuklinski na wywiadach i ocenić film, tylko przez pryzmat wyreżyserowanych przez Ariela Vromena 100 minut. I tu nagle się okazuje, że Shannon zagrał bardzo dobrze, historia choć lekko kulawa, to jak najbardziej oglądalna, w dodatku uraczyłem niezłego klimatu. Dlatego koniec końców dam takie 6+/10.
"Byłem królem traktorzystów przy wyrębie lasu na cały Oregon i sąsiednie stany, a królem szulerów od powrotu z Korei i nawet królem opielaczy groszku na farmie w Pendleton - więc pomyślałem sobie, że skoro już mam być wariatem, to też muszę być pierwszym i najlepszym." Randle McMurphy
Nuda. Szkoda czasu na ten film, lepiej obejrzeć wywiady z Icemanem. Shannon to Shannon, ale nic poza poprawnym zagraniem roli tutaj nie ma. Chcialbym, żeby powstał ten drugi film o Kuklińskim, w którym głowną rolę miał grać Mickey Rourke - zdecydowanie bardzo pasował.
Nic wybitnego, spokojnie mozna sobie odpuscic, ale jak juz ktos bardzo chce obejrzec, to na sile moze sie pokusic. Jak dla mnie tempo akcji bardzo nierowne, najpierw spokojnie historia sie rozpoczyna, zeby pozniej zrobic wielkie boom i odbebnic wszystko jak najszybciej. Liczylem troche na jakies spektakularne zabojstwa, a tutaj mamy raczej nudne zycie gangstera. Na plus aktorstwo, bez wiekszych zgrzytow, ale racja Shannon nie wykazuje sie tutaj kunsztem aktorskim.
27-10-2013, 15:37 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27-10-2013, 15:38 przez MOLQ.)
Za mało "akcji", za dużo obyczaju. Trochę to się ogląda jak "prawdziwe historie".
Gdyby postawili bardziej na czyny a mniej na życie rodzinne, byłoby ciekawiej.
Ale źle nie jest. 6+/10
welcome to prime time bitch!
Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.