Czekałem na ten film z rosnącą ciekawością, bowiem tytułowa bohaterka to bez wątpienia jedna z najbarwniejszych postaci polityki XX wieku. Apetyt podsyciła informacja o tym, iż Żelazną Damę zagra Meryl Streep. Jestem świeżo po seansie i nie ukrywam, że jestem rozczarowany. Nie oczekiwałem ani hagiografii, ani też zjadliwej krytyki działań pani Thatcher, liczyłem jednak na to, że zarówno sama droga do zamieszkania na 10 Downing Street, jak i samo urzędowanie w burzliwych latach 80-tych to skarbnica tematów do skrojenia co najmniej solidnej produkcji. Tymczasem mniej więcej do 40 minuty filmu serwuje się widzom obrazki z życia sklerotycznej tetryczki ucinającej sobie pogawędki ze zmarłym mężem z nielicznymi retrospekcjami prezentującymi w wyrywkowy sposób jej młodość i początki działalności politycznej. Później jest nieco lepiej, zwłaszcza od momentu, kiedy Thatcher trafia do Parlamentu a później, już jako liderka konserwatystów obejmuje stanowisko premiera. Nadal jednak jest to pokazywane w dość monotonny sposób, choć tak dramatyczne wydarzenia, jak zamach na jej życie, spór ze związkami zawodowymi czy wreszcie konflikt zbrojny o Falklandy z powodzeniem mogłyby przykuć uwagę widza. Nie wiem nawet, jak rozumieć tytuł - czy jest to ironia ze strony autorki, która skupiła się bardziej na pokazaniu "ludzkiej" strony MT i jej więzi z mężem, co dla mnie niestety zalatuje tanim sentymentalizmem i najzwyczajniej w świecie nudzi, czy też po prostu wzięto najbardziej chwytliwy tytuł nie bawiąc się w żadne dodatkowe znaczenie. Film ten ratuje nieco aktorstwo - oprócz Meryl Streep dobrą robotę wykonał też Jim Broadbent, nie ma się jednak co czarować, w przeciwieństwie do swojej partnerki nie miał zbyt wiele do zagrania. Nie jest to jednak wystarczającą rekompensatą za mielizny i przestoje, których jest w tym filmie zdecydowanie zbyt wiele. Przeciętny film o nieprzęcietnej osobie.
"Niech da mi panna dwa miliony rurek z kremem"
18-02-2012, 17:46





