Ankieta: Jak oceniasz "La La Land"?
10/10
9/10
8/10
7/10
6/10
5/10
4/10
3/10
2/10
1/10
[Wyniki ankiety]
 
Uwaga: To jest publiczna ankieta, więc każdy może zobaczyć na co zagłosowano.





La La Land (2016), reż Damien Chazelle

Odpowiedz
Nie ma się do czego przyczepić. Praktycznie film bez skazy. Dlatego wystawię tylko 9.5/10. Żeby nie było za różowo ;)
Trakt.tv | Letterboxd | Gentlemen, you can't fight in here! This is the War Room!

Odpowiedz
Na minus dwa wątki w których Chazelle przejawia zbytnią skłonność do dramatyzowania podobnie jak z wypadkiem samochodowym w Whiplash:


Odpowiedz
Świetna muzyka, chociaż, że nie przepadam za jazzem. Świetny Gosling, świetna Emma, świetna choreografia, świetne zdjęcia, świetny humor. Fenomenalny film. Serio, brak mi słów, żeby opisać jak rewelacyjny był ten seans. Tak zżyłem się z dwójką głównych bohaterów, że widok ich kłótni naprawdę sprawiał mi ogromny ból na sercu. Bardzo emocjonalny film. Jest to pierwszy musical, który obejrzałem, więc byłem trochę sceptyczny. Niepotrzebnie, bo już od pierwszej sceny film raczy mnie dobrą piosenką. Jest to takie kino, gdzie wstyd jest wyjść na napisach końcowych, trzeba oglądać do końca. Jestem po prostu zachwycony, myślałem, że Globy są przesadzone, ale nic bardziej mylnego. Podczas tegorocznej gali Oscarów nikomu nie będę kibicował, bo to jak wybieranie spośród najlepszych przyjaciół, niech się dzieje wola boża. 10 i szczere serduszko.
http://www.filmweb.pl/user/tynarus120
Forum światopoglądowe filmowe

Odpowiedz
Lalalalalala/10 ;D ten film byl jak cieply oklad na moje serce lol piosenki do wielokrotnego uzytku ;D

Odpowiedz
Bo ja wiem. Zawiodłem się trochę. Wyszła z tego fajna, kolorowa obyczajówka, nie uciekająca od klisz, jednak wyrabiająca zakończeniem. Ale część musicalowa, chociaż udana, to sprawia bardziej wrażenie przerywnika. Na dobrą sprawę można to wyciąć, bo piosenki/numery taneczne w żaden sposób nie pchają historii do przodu czy mówią nam cokolwiek o postaciach. Ile razy można śpiewać o marzeniach?

Całość też zdecydowanie za długa.

Odpowiedz
"Y es que eso es y, creo, será siempre el cine: una manera maravillosa de soñar" J. Potau

Odpowiedz
A co było niesympatycznego w zakończeniu? Czy chodzi Ci o to, że nie było klasycznego happy-endu?

Nie napisałem jeszcze swojej ogólnej opinii, a film widziałem już jakiś czas temu, bo jestem trochę rozdarty: z jednej strony muzyka jest genialna (przesłuchałem cały OST chyba z tuzin razy i ciągle zachwyca), śliczne zdjęcia, świetna Stone, niegłupia fabuła (zwłaszcza końcówka, która stawia film o poziom wyżej od zwykłego romansidła na jakie się zapowiadało), ogólnie świetnie spędzony czas, ale jednak jak się przyjrzeć bliżej to widać rysy na tym diamencie, o których było już tutaj pisane. Zgadzam się z Galadhem, że gdzieś koło połowy film trochę "siada", jakby próbując zapełnić czas do finału serwując słabe sceny w stylu sesji fotograficznej. Rację ma też PropJoe twierdząc, że Chazelle gubi się w określeniu "tożsamości" swojego dzieła - czy to pełnoprawny musical, czy zwykły film z musicalowymi wstawkami, sam też nie wiem jak byłoby lepiej, ja mam problem z określeniem swojego stanowiska wobec musicalowych scen w kinie w ogóle, ciągle nie mogę zrozumieć czemu w jakiejś scenie bohaterowie zaczynają tańczyć i śpiewać i czemu reszta świata nie patrzy się na nich jak na debili ;)

Odpowiedz
Nim pojawiło się La La Land Emma Stone od najmłodszych lat wykazywała chęć do śpiewania: )





Sweeeeet :)
/www.filmmusic.pl - me recki 
#istandbydaenerys






Odpowiedz
La La Land, jako laurka do klasycznych musicali. A co niektórzy pewnie i zarzucą brak oryginalności. To już zostawiam innym do oceny. 



/www.filmmusic.pl - me recki 
#istandbydaenerys






Odpowiedz
W La La Land nie ma za krzty oryginalności, ale nie musi to być problem w tym przypadku, film dalej jest fajny :)

Teraz wpadło mi do głowy porównanie z The Artist - oba filmy to jeden wielki hołd dla gatunku/okresu, świetnie zrobione, zagrane, milutko przypominające stare czasy, branża sika z radości jak je widzi i rozdaje nagrody na lewo i prawo.

Odpowiedz


^ Czemu tego nie nominowali do Oscara? Najlepszy kawałek z filmu!

Odpowiedz
Po otwarciu wiedziałem, że LLL będzie przehajpowanym, przecenianym filmem. "Another Day Of Sun" jest fantastyczne, ale to nieprawdopodobnie sztuczna, wykalkulowana scena. Wymierzone co do milimetra ruchy kamery, choreografia, egzaltowane miny aktorów i teatralne gesty. KICZ. Przy "Someone In The Crowd" jest lepiej, ale gdy scena przenosi się na przyjęcie znowu ma miejsce rozbuchany musical.

Przy "A Lovely Night" zaczyna się jednak inny film. Filmy Emmy i Ryana, Mii i Seba. Całość nabiera luzu, prawdziwego uroku, czaru, naturalności. I emocji. Co ważne, jeśli nie najważniejsze, dalej jest tylko lepiej (niesamowita scena tańca na tle gwiazd!) by apogeum osiągnąć w chwytającym za serducho zakończeniu. Coś pięknego. Mimo początkowego zgrzytu jestem zachwycony, wspaniały film. 9/10

Odpowiedz
Mierzwiak, widzisz, mówiłem!


Odpowiedz
Auć! Grace masakruje film ale po jednym seansie ciężko mi się dokładnie ustosunkować do wszystkiego, zwłaszcza w kwestii oceny bohaterki granej przez Emmę. Co myślicie?


Odpowiedz
(28-01-2017, 15:22)Mierzwiak napisał(a): "Another Day Of Sun" jest fantastyczne, ale to nieprawdopodobnie sztuczna, wykalkulowana scena. Wymierzone co do milimetra ruchy kamery, choreografia, egzaltowane miny aktorów i teatralne gesty. KICZ. 

Właśnie podsumowałeś 99% musicali :)
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
Nie mam najlepszego problemu z białym ratującym jazz a nawet nierealistyczną wizją Hollywood, ale jeśli chodzi o postać Stone to w sumie sporo racji ma ta Grace. Wyszła trochę na sukę, chociaż końcówkę raczej odczułam tak, że ona też trochę żałuje.


Odpowiedz
Wklejam, świetną według mnie, mini-recenzję Michała Oleszczyka. Sam im dłużej myślę o filmie to tym mniej mi się podoba, mniej autentyczny się wydaje.

Cytat:Najmniej interesuje mnie w LA LA LANDZIE to, nad czym wszyscy cmokają, to znaczy hipsterski recykling estetyki Jacquesa Demy'ego. Papuzie parasolki nadal lepiej nabywać w Cherbourgu, a dowolna sekwencja muzyczna z Vincentego Minnellego ma w sobie więcej klasy, talentu i piękna, niż przytykany do oka nieco na siłę, mechaniczny kalejdoskop Chazelle'a. (To nie jest pustosłowie: jedno wejście na YouTube'a i wpisanie choćby 'The Trolley Song' jest niezbitym dowodem w sprawie.)

Problemem tego filmu -- który zrobił na mnie wrażenie, ale bynajmniej nie od strony estetycznej, bo jawna zżynka z ONE FROM THE HEART Coppoli nie jest niczym, co by mnie ruszało -- nie jest jego błahość, ale jego wsobność. Chazelle nie jest zainteresowany ludźmi: to nie przypadek, że jest to bodaj jedyny musical w historii kina, w którym poza głównymi bohaterami nie ma *ani jednej* znaczącej postaci pobocznej. Podczas gdy klasyczny musical hollywoodzki roił się od barwnych sidekicków, dowcipnych ripost, barwnych charakterów, u Chazella mamy dwie fotogeniczne czarne dziury: dwoje absolutnie skupionych na sobie ludzi, którzy poza tym, że "mają marzenie", nie dostają ani jednej cechy osobowej.

Film w swoim zamierzeniu jest nostalgicznym lamentem nad śmiercią kultury analogowej: w pierwszej scenie Gosling analizuje kawałek jazzowy uparcie przewijając magnetofon w swym kabriolecie, a postać Emmy Stone mieszka w pokoju wyklejonym plakatami ze 'złotej ery' Holllywoodu. Potem jest jeszcze winyl i spacer po halach dawnego Warner Bros. W jednej ze scen postaci idą razem na BUNTOWNIKA BEZ POWODU, ale ponieważ reżysera nie obchodzi, co ten film dla nich znaczy i jakie emocje wywołuje, ostaje się jedynie sygnał: "oni są vintage". Cały film też stara się taki być, ale nawet montażowe mistrzostwo nie jest w stanie uwiarygodnić narracji o "powrocie do źródeł jazzu", rzekomo utraconych (jeśli dobrze odczytałem LA LA LAND, to jazz zostanie ocalony przez białego hipstera, zakładającego pod koniec jazzowy odpowiednik muzealnej jadłodajni w typie Hard Rock Cafe, z cenami w sam raz dla zamożnych słuchaczy z Beverly Hills).

W istocie jest to jednak film o czymś zupełnie innym, a mianowicie o kulturowym wyczerpaniu -- o tym, że amerykański pop zastygł w kosztowny park tematyczny i nie ma w nim już ani kropli soku.‎ Nie jestem wcale pewien, czy Chazelle wie, jak smutny film zrobił. Wychodząc z kina miałem uczucie, jakbym wychodził z pogrzebu: przy czym przedmiotem pochówku wcale nie były czyjeś "marzenia", ale amerykańska kultura popularna w tej wersji, w jakiej wymyślił ją wiek dwudziesty. Poza tym, że z kina Chazelle'a prześwituje jakaś potworna samotność (w WHIPLASHU ceną za sukces było fizyczne skatowanie, w LA LA LANDZIE: rezygnacja z miłości), wciąż nie mogę się otrząsnąć z tego, co zobaczyłem: reżyser na naszych oczach ekshumuje truchło amerykańskiego musicalu, przez dwie godziny trzęsie nim na naszych oczach, by na koniec obwieścić, że jego film jest "hołdem dla marzycieli". Prawdziwie oryginalnym musicalem współczesnym są CÓRKI DANCINGU; Chazelle nakręcił nostalgiczny trip z melodramatycznym twistem, który nieoczekiwanie stał się perfekcyjną płytą nagrobną dla kultury pre-digitalnej.

Nie hejtuję tego filmu. W skali od 1 do 10 daję mu 5, a ostatnia scena mnie poruszyła jako udana melodramatyczna koda. Ale ten film jest czymś o wiele więcej, niż tylko średnim musicalem brawurowego reżysera. Jakby przez przypadek, "magic touch" zmienił się w "touch of death". Miała być witalność, jest martwa tkanka -- a całe szczęście stłoczone jest w sekwencji finalnego marzenia, nieprzypadkowo sięgającego m.in po taśmę 16mm. Chazelle mówi coś, co wszyscy przeczuwamy: że nasze sny są analogowe i światłoczułe, i że nie wiemy jeszcze do końca, jak marzyć w zerach i jedynkach.

Odpowiedz
Fajna recenzja, ale ja na razie odbieram film mega pozytywnie, może dlatego że póki co jestem pod wpływem Stone, Goslinga, ich chemii i muzyki. Na analizę scenariusza przyjdzie czas po powtórce za kilka miesięcy, choć uwaga o postaciach drugiego planu jak najbardziej celna.

Odpowiedz
Co do recenzji Grace: świetna analiza głównych bohaterów (co z kolei sprzeciwia się temu, co uważa Oleszczyk powyżej), której wnioski nie stanowią dla mnie wcale wady filmu, ale pokazują go w nowym świetle: z jednej strony laurka dla klasyki, musicali, jazzu itd., z drugiej strony pod ślicznym, efektownym płaszczykiem ukryta jest smutna prawda o tym, jak toksyczne mogą być związki.
http://huntersky.deviantart.com
''WHATTUP, BIOTCH!" - Harrison Ford

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  The Accountant (2016) - Księgowy shamar 23 5,248 15-09-2025, 13:28
Ostatni post: michax
  Księga dżungli / The Jungle Book (2016) reż. Jon Favreau Proteus 40 10,204 13-07-2025, 22:49
Ostatni post: Bartholomew
  The Magnificent Seven (2016) reż. Antoine Fuqua shamar 134 22,613 19-06-2025, 16:09
Ostatni post: Mefisto
  Babylon (2022) - reż. Damien Chazelle Kryst_007 196 25,240 04-12-2024, 03:57
Ostatni post: shamar
  Nocturnal Animals (2016) - reż. Tom Ford Dr Strangelove 41 13,599 01-08-2024, 23:08
Ostatni post: Krismeister
  Służąca (2016) - reż. Park Chan-Wook Capt. Nascimento 7 3,624 12-10-2023, 17:03
Ostatni post: simek
  Nie oddychaj / Don't Breathe (2016) reż. Fede Alvarez Ash_9001 49 17,329 03-06-2023, 22:19
Ostatni post: Debryk
  Hell or High Water (2016) nawrocki 43 15,492 27-02-2023, 14:48
Ostatni post: Doppelganger
  Triple 9 (2016) reż. John Hillcoat Mental 81 22,563 04-02-2023, 18:41
Ostatni post: Dr Strangelove
  The Nice Guys (2016) Szaman 61 19,124 26-09-2022, 00:48
Ostatni post: shamar



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości