Niektórzy ludzie rodzą się, aby tworzyć filmy: Danny Boyle z pewnością należy do tego grona. Twórca Trainspotting i Slumdog Millionaire udowadnia to już swoim debiutem z 1994 r., czyli Płytkim Grobem, trzymającym w napięciu, brutalnym thrillerem rozgrywającym się na przedmieściach Edynburga.
Film opowiada o trójce przyjaciół, Alexie, Davidzie i Juliet, którzy poszukują czwartego współlokatora do wynajęcia wolnego pokoju. Natykają się na Hugo, pisarza, który wprowadza się do mieszkania, a którego następnego dnia znajdują martwego - jak się okazuje od przedawkowania narkotyków. W jego rzeczach znajdują walizkę z olbrzymią ilością pieniędzy (nie wiadomo ile dokładnie; w sumie szkoda, że w filmie nie jest określona dokładna ilość).
Sytuacja uruchamia cały ciąg wydarzeń, który wystawi na próbę przyjaźń trójki bohaterów i doprowadzi do wypłynięcia na wierzch skrywanych przez nich, mrocznych instynktów. Więcej nie zdradzę :)
Film jest świetnie skonstruowany, już tutaj widać wzmożone tendencje Boyle'a do nowatorskiego posługiwania się montażem, które to zabawy tak lubił przy swoich kolejnych produkcjach. Aktorsko jest nieźle, choć z obsady zdecydowanie wybija się Ewan McGregor w roli Alexa (w sumie nie dziwię się, dzięki takim rolom zyskał światowy rozgłos). Bohaterowie nie należą do sympatycznych ludzi, wręcz przeciwnie, trochę jakby z filmów Polańskiego przypominają karykaturalne, gładko wystrugane skorupy pod którymi kryją się tendencje do najgorszych bezeceństw - tym większe mam uznanie dla McGregora, który jako jedyny, pomimo swojej roli, wzbudził we mnie sympatię i któremu w tym wszystkim kibicowałem. W ogóle kilkakrotnie zapachniało mi tu Polańskim, zwłaszcza przy postaci Davida, który powoli zamyka się w swoich psychozach i jeśli chodzi o miejsce akcji - główny dramat rozgrywa się na dość małej przestrzeni.
Nie jest to jednak na pewno obraz przyjemny - pomimo lekkiego początku, stopniowo staje się coraz odważniejszy w pokazywaniu przemocy oraz zarówno fizycznego jak i psychicznego okrucieństwa - końcowe sceny to już ostra jazda bez trzymanki. Nie polecam osobom o słabych nerwach :) Historia jest zwarta i trzyma w napięciu, a końcowa rewelacja jest naprawdę genialna w swojej elegancji - normalnie jak kiedyś u Ritchiego.
Brakowało mi trochę pogłębienia postaci Davida i większej ilości dialogów pomiędzy przyjaciółmi - pod koniec zaczyna im odbijać, ale tak naprawdę do końca nie wiemy dlaczego. Poza tym wydaje mi się, że Boyle jednak przegiął na końcu z przemocą. A wcale nie musiał.
Oczywiście pomimo tych drobnych wad film jest świetny, a po jego obejrzeniu jest już całkiem jasne jak Danny Boyle wybił się z Wielkiej Brytanii do wielkiego świata :)
9/10
16-04-2010, 19:47





