Na obronę Boyhood przypomnę tylko, że ulubionym serialem Obamy jest The Wire a postacią - Omar.
Z filmem mam problem. Rozumiem i zgadzam się z większością zarzutów. Linklater chyba rzeczywiście nie wykorzystał potencjału. Macie rację, że duża część filmu jest za bardzo życiowa, zbyt mało filmowa. Kupuję epizodyczność fabuły. Tak w końcu działają wspomnienia. Kupuję, że są to w większości błahe, codzienne sytuacje. W większości wypełnione są one fajnymi, naturalnymi dialogami. Ale jednak zabrakło trochę emocji, mięsa. Zbyt subtelne to wszystko. A do tego bohater strasznie bierny przez większość czasu. W ogóle gość powinien mieć na imię Whatever. Będą dziwki - ok, spoko, może być. Jakaś dziewczyna się w tobie kocha, wpadaj na imprezę - dobra. Twoja pierwsza prawdziwa miłość cię zdradziła - ok, przyjąłem do wiadomości itp.
Poza tym, mam wrażenie, że czasami fabuła za bardzo skupia się na rodzicach, szczególnie kolejnych ojczymach (kosztem choćby ojca), w dodatku podobnych do siebie. No, ale jest kilka mocnych momentów. Ta rozmowa przed koncertem to niby kolejna "życiowa" scena, ale niesie sporo emocji. Szkoda, że więcej tego nie ma. Sceny w Austin, gadki o wkraczaniu w dorosłość jasne, że pretensjonalne, ale takim się chyba jest w tym wieku i był tu potencjał - też nie wykorzystany no i trochę późno film zaczyna angażować.
Co do formy to mam wrażenie, że jednak proces produkcji filmu jednak dodał coś do jego wartości. Mimo wszystko, czuć było upływający czas. W ogóle mam wrażenie, że czym dalej tym film był lepszy. Tak, jakby każda kolejne scena korzystała z potencjału nagromadzonego do tej pory. Na plus też świetna końcówka. No, ale za późno się ten film rozkręcił.
Aktorsko najbardziej podobał mi się Hawke. Realizacja też na poziomie. Wszystko ładnie wpasowane i bardzo zgrabnie zmontowane.
8/10 chyba mogę dać (tylko dlatego, że były momenty i na 10 i na 6) i nie będę płakał, jak Boyhood zgarnie najważniejsze Oscary. Bardziej z sympatii do Linklatera i kameralnych produkcji niż miłości do filmu.
Z filmem mam problem. Rozumiem i zgadzam się z większością zarzutów. Linklater chyba rzeczywiście nie wykorzystał potencjału. Macie rację, że duża część filmu jest za bardzo życiowa, zbyt mało filmowa. Kupuję epizodyczność fabuły. Tak w końcu działają wspomnienia. Kupuję, że są to w większości błahe, codzienne sytuacje. W większości wypełnione są one fajnymi, naturalnymi dialogami. Ale jednak zabrakło trochę emocji, mięsa. Zbyt subtelne to wszystko. A do tego bohater strasznie bierny przez większość czasu. W ogóle gość powinien mieć na imię Whatever. Będą dziwki - ok, spoko, może być. Jakaś dziewczyna się w tobie kocha, wpadaj na imprezę - dobra. Twoja pierwsza prawdziwa miłość cię zdradziła - ok, przyjąłem do wiadomości itp.
Poza tym, mam wrażenie, że czasami fabuła za bardzo skupia się na rodzicach, szczególnie kolejnych ojczymach (kosztem choćby ojca), w dodatku podobnych do siebie. No, ale jest kilka mocnych momentów. Ta rozmowa przed koncertem to niby kolejna "życiowa" scena, ale niesie sporo emocji. Szkoda, że więcej tego nie ma. Sceny w Austin, gadki o wkraczaniu w dorosłość jasne, że pretensjonalne, ale takim się chyba jest w tym wieku i był tu potencjał - też nie wykorzystany no i trochę późno film zaczyna angażować.
Co do formy to mam wrażenie, że jednak proces produkcji filmu jednak dodał coś do jego wartości. Mimo wszystko, czuć było upływający czas. W ogóle mam wrażenie, że czym dalej tym film był lepszy. Tak, jakby każda kolejne scena korzystała z potencjału nagromadzonego do tej pory. Na plus też świetna końcówka. No, ale za późno się ten film rozkręcił.
Aktorsko najbardziej podobał mi się Hawke. Realizacja też na poziomie. Wszystko ładnie wpasowane i bardzo zgrabnie zmontowane.
8/10 chyba mogę dać (tylko dlatego, że były momenty i na 10 i na 6) i nie będę płakał, jak Boyhood zgarnie najważniejsze Oscary. Bardziej z sympatii do Linklatera i kameralnych produkcji niż miłości do filmu.
18-12-2014, 13:38 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18-12-2014, 13:40 przez PropJoe.)





