W końcu obejrzałem. Po bardzo mieszanych opiniach jakie można na forum przeczytać, miałem pewne obawy co do tego filmu. I po seansie mogę napisać, że za cholerę nie dałbym mu tych wszystkich nagród, które zdobywa. Nagradzanie za formę, a nie za jakość jest chujowe, gdyby nie to jak został nakręcony ten film, pewnie nawet nikt poważnie by go nie traktował w walce o Globy czy Oscary.
Sam film uważam za dobrą obyczajową historię z trochę nudnawym głównym bohaterem, ale to tyle, nic więcej. To co mnie w nim wkurzało to to, że jak coś sie już miało zacząć, jakiś konflikt cos w ten deseń, to nagle był przeskok o kilka miesięcy/lat. Pod tym względem przypominało mi to trochę Godzillę, gdzie coś jeszcze sie dobrze nie zaczęło, to już kończyło. "Boyhood" sobie spokojnie sunie niczym życie, ale w tym snuciu reżyser mógłby pokazać coś co sprawiłoby, że móglbym powiedzieć "Wow, faktycznie, zajebisty film". A tutaj ani jakichś większych emocji nie doświadczyłem, nie poruszyło mnie to, oglądało mi się to fajnie, nie nużyło pomimo długości.
Dwie sceny zapadły mi jedynie w pamięci - drugi mąż robi po pijaku awanturę i rzuca szklankami po jadalni. A ten wątek też ostatecznie chujowo zakończony - co sie stało z tamtymi dzieciakami? Zostali z ojcem pijakiem? Przecież oni mieszkali ze sobą kilka lat, matka ostatecznie miała na nich wyjebane i je zostawiła na pastwę losu? Momentami miałem wrażenie, że ten film jest pocięty za bardzo, niektóre wątki są urywane w połowie.
Druga to końcówka filmu jak gość, który naprawiał rury podchodzi do rodzinki i mówi, że matka głównego bohatera zmieniła mu życie.
Kolejna sprawa to główny bohater, a raczej aktor który go gra. Co za irytujący gość. Im był starszy tym bardziej jego morda mnie wkurzała. Smęcił coś pod nosem, miałem ochotę wejść w telewizor i przyjebać mu wychowawczego. Jestem raczej pewny, że z gościem, który tak zamula ciężko byłoby mi się zakumplować.
6 albo 7/10, jeszcze nie wiem.
Sam film uważam za dobrą obyczajową historię z trochę nudnawym głównym bohaterem, ale to tyle, nic więcej. To co mnie w nim wkurzało to to, że jak coś sie już miało zacząć, jakiś konflikt cos w ten deseń, to nagle był przeskok o kilka miesięcy/lat. Pod tym względem przypominało mi to trochę Godzillę, gdzie coś jeszcze sie dobrze nie zaczęło, to już kończyło. "Boyhood" sobie spokojnie sunie niczym życie, ale w tym snuciu reżyser mógłby pokazać coś co sprawiłoby, że móglbym powiedzieć "Wow, faktycznie, zajebisty film". A tutaj ani jakichś większych emocji nie doświadczyłem, nie poruszyło mnie to, oglądało mi się to fajnie, nie nużyło pomimo długości.
Dwie sceny zapadły mi jedynie w pamięci - drugi mąż robi po pijaku awanturę i rzuca szklankami po jadalni. A ten wątek też ostatecznie chujowo zakończony - co sie stało z tamtymi dzieciakami? Zostali z ojcem pijakiem? Przecież oni mieszkali ze sobą kilka lat, matka ostatecznie miała na nich wyjebane i je zostawiła na pastwę losu? Momentami miałem wrażenie, że ten film jest pocięty za bardzo, niektóre wątki są urywane w połowie.
Druga to końcówka filmu jak gość, który naprawiał rury podchodzi do rodzinki i mówi, że matka głównego bohatera zmieniła mu życie.
Kolejna sprawa to główny bohater, a raczej aktor który go gra. Co za irytujący gość. Im był starszy tym bardziej jego morda mnie wkurzała. Smęcił coś pod nosem, miałem ochotę wejść w telewizor i przyjebać mu wychowawczego. Jestem raczej pewny, że z gościem, który tak zamula ciężko byłoby mi się zakumplować.
6 albo 7/10, jeszcze nie wiem.
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
11-01-2015, 20:10 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11-01-2015, 20:12 przez Pelivaron.)





