Serio Crov? Stać cię na więcej.
Czuję w Boyhood naturalność, która nie jest naturalizmem, tylko opozycją do filmowości, więc nie piszcie tu o sraniu czy rzyganiu po pierwszych libacjach, bo jest to słabe. Ale nie będę starał się bronić filmu, bo to na tyle wyjątkowe i intymne doświadczenie, że trudno byłoby je obronić na poziomie czysto filmowej dyskusji. Wydaje mi się tylko, że gdyby Linklater spróbował wtłoczyć te dwanaście lat w konwencjonalną formę zgodnie ze wszystkimi prawidłami sztuki filmowej - z konkretnym ciągiem przyczynowo skutkowym, z fascynującym, aktywnym bohaterem, dramatycznymi, budzącymi emocje zdarzeniami, ale mimo wszystko opowieść o dość przeciętnym życiu, to nie wyszłoby z tego nic dobrego. Dostalibyśmy zwykłą hollywoodzką, pokawałkowaną biografię. No może nie zwykłą, tylko gorszą, bo główny bohater nie był ani wybitnym sportowcem ani politykiem, nikim wyjątkowym.
Linklater nie poszedł tą drogą. A jaką? Udaje, że to wszystko jest prawdą, a on tylko rejestruje coś nad czym nie ma władzy, że patrzymy na życie chłopaka, który naprawdę gdzieś tam żyje. Jest bierny, bo tacy są ludzie, a nie dlatego, że ma być czystą kartą, zwierciadłem, w którym możemy się przejrzeć. Film o niczym nie mówi, w taki sposób w jaki nie można powiedzieć, że "ten wycinek mojego życia mówi o...". Boyhood nie kończy wątków, bo i w życiu nie wszystko ma swój koniec.
No może jest to największe oszustwo dekady, bo przecież to wyreżyserowany film, a nie autentyczne życie, ale ja z przyjemnością dałem się oszukać. Może nawet chodzi tu jedynie o ten wyjątkowy, dwunastoletni proces kręcenia, bo Linklater uchwycił przemijający czas w taki sposób, w jaki nie zrobił tego nikt wcześniej. Może to opowieść o czasie, a nie o Masonie?
Czuję w Boyhood naturalność, która nie jest naturalizmem, tylko opozycją do filmowości, więc nie piszcie tu o sraniu czy rzyganiu po pierwszych libacjach, bo jest to słabe. Ale nie będę starał się bronić filmu, bo to na tyle wyjątkowe i intymne doświadczenie, że trudno byłoby je obronić na poziomie czysto filmowej dyskusji. Wydaje mi się tylko, że gdyby Linklater spróbował wtłoczyć te dwanaście lat w konwencjonalną formę zgodnie ze wszystkimi prawidłami sztuki filmowej - z konkretnym ciągiem przyczynowo skutkowym, z fascynującym, aktywnym bohaterem, dramatycznymi, budzącymi emocje zdarzeniami, ale mimo wszystko opowieść o dość przeciętnym życiu, to nie wyszłoby z tego nic dobrego. Dostalibyśmy zwykłą hollywoodzką, pokawałkowaną biografię. No może nie zwykłą, tylko gorszą, bo główny bohater nie był ani wybitnym sportowcem ani politykiem, nikim wyjątkowym.
Linklater nie poszedł tą drogą. A jaką? Udaje, że to wszystko jest prawdą, a on tylko rejestruje coś nad czym nie ma władzy, że patrzymy na życie chłopaka, który naprawdę gdzieś tam żyje. Jest bierny, bo tacy są ludzie, a nie dlatego, że ma być czystą kartą, zwierciadłem, w którym możemy się przejrzeć. Film o niczym nie mówi, w taki sposób w jaki nie można powiedzieć, że "ten wycinek mojego życia mówi o...". Boyhood nie kończy wątków, bo i w życiu nie wszystko ma swój koniec.
No może jest to największe oszustwo dekady, bo przecież to wyreżyserowany film, a nie autentyczne życie, ale ja z przyjemnością dałem się oszukać. Może nawet chodzi tu jedynie o ten wyjątkowy, dwunastoletni proces kręcenia, bo Linklater uchwycił przemijający czas w taki sposób, w jaki nie zrobił tego nikt wcześniej. Może to opowieść o czasie, a nie o Masonie?
12-01-2015, 01:45 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12-01-2015, 01:56 przez patyczak.)





