(13-11-2016, 04:08)Galadh napisał(a): Dokładnie – przepiękna żonglerka stylistką, cudowny list miłosny do marzycieli i crowd-pleaser o złożonej tożsamości. Niesamowita równowaga między magią i gorzkością, a jaka realizacja! Chazelle i Sandgren dają tour-de-force, będą Oscary. Stone chyba nigdy nie była bardziej urocza, a przy tym równie fenomenalna (Globa ma w garści, Oscara pewnie też, tylko Portman może stanąć jej na drodze), gdy Goslinga nie da się nie lubić. Kolejny instant classic od Chazelle'a.
Powtórzyłem wczoraj (przedpremiera w CC) i podtrzymuję powyższe, choć miałem obawy, że czar pryśnie i spodoba mi się mniej. Nic bardziej mylnego, w pierwszej połowie można się zakochać bez reszty, natomiast potwierdziło się, że mam małe problemy z drugą połową (a konkretnie... pierwszą połową drugiej połowy?), nieco wyciera się magia, a całość zaczyna zaczyna za bardzo przypominać... wszystko inne? Rzecz nie w tym, że całość to hołd dla klasyki gatunku, zgrabnie i świeżo zbudowany na echu klisz, tylko w tym, że w tym segmencie nagle uwypuklone zostaje płytkie potraktowanie tematu, czego oznaką jest choćby parę suchych scen z zespołem Goslinga, np. sesja foto; film trochę wtedy siada.
Natomiast w III akcie film znowu wraca do wielkości i pełnego rozpędu, a finałowa sekwencja to majstersztyk, zakończenie jest po prostu idealne pod każdym względem. One of the sweetest gut-punches ever, kiddos.
Sandgren wygra Oscara, Chazelle zrósł się z nim tak, jak AGI z Lubezkim, obydwoje będą za to nagrodzeni. Geniusz operatorskiej roboty opisał już nieco srebrnik i widać go na każdym kroku: otwierający master-shot z "Another Day of Sun" na autostradzie, "Someone in the Crowd" z punktem kulminacyjnym przy basenie, "Planetarium", no i finał. Kocham ten film. 8.5/10, ze wskazaniem na 9.
02-01-2017, 13:49





