Dołączam do grona pozytywnie zaskoczonych.
Film ma bardzo fajne tempo, o dziwo. J-Law jakaś taka w formie w miarę niezłej i trochę nawet pograła. Chris Pratt to drewniany aktor, ale lubi się jego, więc siłą rzeczy jego postać też wzbudziła we mnie sympatię. No właśnie. Tu jest problem. Mimo tego, że gość robi coś baaardzo wątpliwego moralnie, to jednak nie poczułem, żeby był zły. Ciężko teraz mi stwierdzić, czy to zasługa dobrego przedstawienia bohatera, czy po prostu wspomnianej sympatii do aktora. Byłem po jego stronie cały czas, nie czułem egoizmu, którym miałby się kierować. Raczej bezsilność i tęsknotę. Ładnie to całkiem napisane.
Lekkość jest chyba problemem i zaletą tego filmu. Z jednej strony taki punkt wyjścia to można dać Cronenbergowi czy Verhoenowi kilkanaście lat temu i byłoby mięso, z drugiej jest takie lekkie opowiadanie o stosunkach międzyludzkich. Oczywiście, że lepszym filmem byłoby coś mocnego, bo takie rzeczy się pamięta. "Passengers" w takiej formie w jakiej powstali miło się oglądało w kinie, ale jakiekolwiek moje wspomnienie o tym zakończy się pewnie w momencie wysłania tego posta.
Plusem jest design statku. Fajnie to wyglądało. Sterylnie, stylowo, ale też tak użytecznie. Wizualnie też spoko prezentowało się kilka scen w kosmosie, fajnie kadr oświetlał skafander, który ubierali bohaterowie. Jednak z tym samym elementem mam też problem, bo coś nie pasowało mi z ich twarzami widzianymi przez szybę. Mocno czuć tutaj było komputer.
Tak zupełnie osobiście to nawet nieźle przyjąłem III akt. Rzucając okiem na recenzje i pamiętając wejście Garcii z trailera, spodziewałem się jakiegoś super twista z dupy. Tym bardziej jeszcze sugerując się taglinem. W kontekście takich oczekiwań było znośne. W kontekście całości to wydaje się słabujące zakończenia nie jest złe. Pasuje do całej opowieści, Gdyby wydarzyło się coś innego, to zburzyłoby wymowę filmu. Jest lekko i pierdołowato, bo to taki film. Jednak seans był sympatyczny.
7/10 niech ma
Film ma bardzo fajne tempo, o dziwo. J-Law jakaś taka w formie w miarę niezłej i trochę nawet pograła. Chris Pratt to drewniany aktor, ale lubi się jego, więc siłą rzeczy jego postać też wzbudziła we mnie sympatię. No właśnie. Tu jest problem. Mimo tego, że gość robi coś baaardzo wątpliwego moralnie, to jednak nie poczułem, żeby był zły. Ciężko teraz mi stwierdzić, czy to zasługa dobrego przedstawienia bohatera, czy po prostu wspomnianej sympatii do aktora. Byłem po jego stronie cały czas, nie czułem egoizmu, którym miałby się kierować. Raczej bezsilność i tęsknotę. Ładnie to całkiem napisane.
Lekkość jest chyba problemem i zaletą tego filmu. Z jednej strony taki punkt wyjścia to można dać Cronenbergowi czy Verhoenowi kilkanaście lat temu i byłoby mięso, z drugiej jest takie lekkie opowiadanie o stosunkach międzyludzkich. Oczywiście, że lepszym filmem byłoby coś mocnego, bo takie rzeczy się pamięta. "Passengers" w takiej formie w jakiej powstali miło się oglądało w kinie, ale jakiekolwiek moje wspomnienie o tym zakończy się pewnie w momencie wysłania tego posta.
Plusem jest design statku. Fajnie to wyglądało. Sterylnie, stylowo, ale też tak użytecznie. Wizualnie też spoko prezentowało się kilka scen w kosmosie, fajnie kadr oświetlał skafander, który ubierali bohaterowie. Jednak z tym samym elementem mam też problem, bo coś nie pasowało mi z ich twarzami widzianymi przez szybę. Mocno czuć tutaj było komputer.
Tak zupełnie osobiście to nawet nieźle przyjąłem III akt. Rzucając okiem na recenzje i pamiętając wejście Garcii z trailera, spodziewałem się jakiegoś super twista z dupy. Tym bardziej jeszcze sugerując się taglinem. W kontekście takich oczekiwań było znośne. W kontekście całości to wydaje się słabujące zakończenia nie jest złe. Pasuje do całej opowieści, Gdyby wydarzyło się coś innego, to zburzyłoby wymowę filmu. Jest lekko i pierdołowato, bo to taki film. Jednak seans był sympatyczny.
7/10 niech ma
.
03-01-2017, 01:02 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03-01-2017, 01:05 przez srebrnik.)





