Czy popisówka pod Oscary? Jak dla mnie mocno czuć, że to od początku miało być rozwinięcie jego podziemnego debiutu "Guy And Madeline on A Park Bench" tym razem dla odmiany posiadające budżet. No i odkąd film dostał zielone światło po Whiplashu miał mieć w obsadzie gwiazdy, pierwszą parą byli Miles Teller i Emma Watson.
Whiplash zostawił mnie spoconego i rozemocjonowanego, tutaj jest parę motywów naprawdę chwytających za serce, ale jednak patrzy się na to wszystko bardziej z uznaniem, podziwem. Głównym powodem jest dla mnie przynależność gatunkowa, Whiplash to dramat skonstruowany jak rasowy thriller, tutaj mamy komediodramat skonstruowany jak rasowy musical. Na szczęście oprócz szaleństw wizualnych LLL ma ogromne pokłady duszy, w wielu miejscach przypominał mi pewien hit z Sundance którego tytuł będzie dużym spoilerem, oferuje sceny które nie są jedynie zapychaczami pomiędzy musicalowymi wstawkami.
Nie cierpię musicali, już pierwsza scena oddziela chłopców od mężczyzn i szczerze mówiąc była dla mnie dość trudna, potem jednak Emma i Ryan prowadzą już niechętnego gatunkowi widza za rączkę. Gdybym obejrzał nowego Chazella'a przed Globami nigdy nie typowałbym zwycięstwa Reynoldsa. Gosling ma tutaj znaczną większość scen komediowych, które działały zarówno na mnie jak i na widzów na sali. Dużo tutaj prostego, ciepłego, czasem odwołującego się do slapsticku humoru z którego najlepsze są chyba sekwencje z drogą jednokierunkową i występem nad basenem. Ryan potrafi wykorzystać swój urok, charyzmę, pewną aurę zajebistości którą roztacza aby stać się tutaj idealnym "pomocnikiem superbohatera". Rzeczywiście nie ma tak efektownych scen jak Emma, często służy za comic relief, ale bez niego Emma nie istnieje, to ich chemia wznosi ten film. Wielu widzów może nawet tego nie dostrzec, bo oprócz sceny kolacji ciężar popisówki spoczywa na ślicznej rudej główce, ale o ile zamiast dość poprawnego Mortensena w Captain Fantastic mógł pojawić się inny poetycki buntownik w średnim wieku, tak tutaj tylko Ryan. Aż strach pomyśleć o parze Miles Teller-Emma Watson.
Stone jest z kosmosu, to jest "Ultimate Emma Stone Movie", życiówka z jej strony i przestawienie jej wielkich oczu na idealne możliwości za pomocą najbardziej profesjonalnych z możliwych kalibracji. Chazelle wycisnął ją jak cytrynę, ona wyciska z siebie tyle ile młody Schwarzenegger na austriackiej siłowni. Nie wierzę w inne rozstrzygnięcie na Oscarach, zagrała tutaj chyba na każdej dramatycznej i komediowej nucie.
Nie znam się zupełnie na tym gatunku piosenek, więc ciężko mi ocenić ich wartość. Wstydzę się, byłem przekonany, że "Someone In The Crowd" śpiewa Emma, jako, że podniecałem się tym utworem, wolę pierwszy rzucić kamień. Największy minus? Znana ze zwiastunów sekwencja tańczenia w gwiazdach przywołująca na myśl "Wszyscy mówią kocham Cię" Allena". Za długie, zbyt ckliwe, z niemiłosiernie skaczącym poziomem cukru.
Najlepsza scena? Wiadomo, zachwyty zbiera finał który każdy może odnieść do swojego życia, ma genialne momenty i naprawdę trafia jak powinien, chociaż ja bym w tym montażu trochę przyciął, trochę skrócił, tylko co będę pouczał najzdolniejszego z padawanów. Pewnie też nie dało się inaczej przy dostosowaniu do utworu. W każdym razie wyróżnię scenę z drzewem przy planetarium, Idealne podsumowanie.
9/10
Whiplash zostawił mnie spoconego i rozemocjonowanego, tutaj jest parę motywów naprawdę chwytających za serce, ale jednak patrzy się na to wszystko bardziej z uznaniem, podziwem. Głównym powodem jest dla mnie przynależność gatunkowa, Whiplash to dramat skonstruowany jak rasowy thriller, tutaj mamy komediodramat skonstruowany jak rasowy musical. Na szczęście oprócz szaleństw wizualnych LLL ma ogromne pokłady duszy, w wielu miejscach przypominał mi pewien hit z Sundance którego tytuł będzie dużym spoilerem, oferuje sceny które nie są jedynie zapychaczami pomiędzy musicalowymi wstawkami.
Nie cierpię musicali, już pierwsza scena oddziela chłopców od mężczyzn i szczerze mówiąc była dla mnie dość trudna, potem jednak Emma i Ryan prowadzą już niechętnego gatunkowi widza za rączkę. Gdybym obejrzał nowego Chazella'a przed Globami nigdy nie typowałbym zwycięstwa Reynoldsa. Gosling ma tutaj znaczną większość scen komediowych, które działały zarówno na mnie jak i na widzów na sali. Dużo tutaj prostego, ciepłego, czasem odwołującego się do slapsticku humoru z którego najlepsze są chyba sekwencje z drogą jednokierunkową i występem nad basenem. Ryan potrafi wykorzystać swój urok, charyzmę, pewną aurę zajebistości którą roztacza aby stać się tutaj idealnym "pomocnikiem superbohatera". Rzeczywiście nie ma tak efektownych scen jak Emma, często służy za comic relief, ale bez niego Emma nie istnieje, to ich chemia wznosi ten film. Wielu widzów może nawet tego nie dostrzec, bo oprócz sceny kolacji ciężar popisówki spoczywa na ślicznej rudej główce, ale o ile zamiast dość poprawnego Mortensena w Captain Fantastic mógł pojawić się inny poetycki buntownik w średnim wieku, tak tutaj tylko Ryan. Aż strach pomyśleć o parze Miles Teller-Emma Watson.
Stone jest z kosmosu, to jest "Ultimate Emma Stone Movie", życiówka z jej strony i przestawienie jej wielkich oczu na idealne możliwości za pomocą najbardziej profesjonalnych z możliwych kalibracji. Chazelle wycisnął ją jak cytrynę, ona wyciska z siebie tyle ile młody Schwarzenegger na austriackiej siłowni. Nie wierzę w inne rozstrzygnięcie na Oscarach, zagrała tutaj chyba na każdej dramatycznej i komediowej nucie.
Nie znam się zupełnie na tym gatunku piosenek, więc ciężko mi ocenić ich wartość. Wstydzę się, byłem przekonany, że "Someone In The Crowd" śpiewa Emma, jako, że podniecałem się tym utworem, wolę pierwszy rzucić kamień. Największy minus? Znana ze zwiastunów sekwencja tańczenia w gwiazdach przywołująca na myśl "Wszyscy mówią kocham Cię" Allena". Za długie, zbyt ckliwe, z niemiłosiernie skaczącym poziomem cukru.
Najlepsza scena? Wiadomo, zachwyty zbiera finał który każdy może odnieść do swojego życia, ma genialne momenty i naprawdę trafia jak powinien, chociaż ja bym w tym montażu trochę przyciął, trochę skrócił, tylko co będę pouczał najzdolniejszego z padawanów. Pewnie też nie dało się inaczej przy dostosowaniu do utworu. W każdym razie wyróżnię scenę z drzewem przy planetarium, Idealne podsumowanie.
9/10
15-01-2017, 11:38





