Kiedyś, to były mini seriale... :D Shogun z 1984 roku to całkiem niezłe dzieło, które bazuje na jeszcze lepszym materiale, bo książce Clavella. Zrobiłem sobie powtórkę całego serialu, wcześniej oglądałem go "ciągu", czyli z tygodnia na tydzień około 20 lat temu, a jeszcze wcześniej w młodości, gdzieś w roku 1989... chyba. Książkę czytałem dwa razy, około 15 lat temu... Ale co to ma z tematem? Było fajnie wrócić do materiału telewizyjnego po latach, znając materiał źródłowy i nowoczesne trendy telewizyjne. Bo ten Shogun od początku był tworzony jako superprodukcja ze stajni Gulf & Western Co. i to widać w każdym calu. I, co wręcz zabawne, taka produkcja w dzisiejszych czasach poległaby strasznie pod względem finansowym. Choć i sama historia nie sprawdza się dobrze w formie TV show.
Blackthorne to marynarz z Anglii, który jako pierwszy przedstawiciel swego kraju dopływa do Azji, a dokładnie do Japonii. I przez sztorm wpada w ręce "Małp", czyli Japończyków. Przez swój upór, charyzmę oraz przy pomocy odrobiny szczęścia unika niewoli i stopniowo zdobywa wpływy na wyspie, wkręcając się jednocześnie w życie i politykę prowadzoną przez władców klanów.
To, co super działało w książce, nie do końca działa w serialu. I w moim odczuciu serial obnaża nieco słabości książki, która - mimo swojej zawartości, fabularnie ma kilka słabych momentów, a finał jest ich mocnym podsumowaniem i uwypukleniem. Przede wszystkim na uwagę zasługuje fakt rozpiętości serialu: to 12 odcinków, każdy po 55 minut (bez reklam!) - i sam fakt, że jest to ponad 11 godzin materiału pokazuje, z czym mamy do czynienia - z serialem, który bardzo chce przekazać materiał z książki. I tu jest pierwszy zgrzyt - otóż, obejrzałem serial 2 razy z rzędu i za drugim razem ucinałem intro/napisy końcowe, oraz sceny w których nie było dialogu a ludzie gdzieś szli. I po takim "cięciu" pozostawało, w zależności od odcinka, około 25 minut "treści". Na przykład scena rozmowy z Mariko oraz służkami o "poduszkowaniu" trwa aż 20 minut i nic się tam nie dzieje! Książka pod tym względem działała super, bo pod woalem fabuły z mocnym akcentem przygody i intrygi przemycała niesamowite pokłady wiedzy na temat kultury i życia w Japonii u schyłku XVII wieku, łącznie z dość ciekawym (wg mnie) wątkiem nauki języka tubylców. W wersji TV ten element jest przerzucony w takich dawkach, że po prostu po kilku pieszych wycieczkach zaczyna to irytować i czułem solidne rozwleczenie. Z drugiej strony film mierzy się także z tłumaczeniem, dlatego też niemal każdą kwestię słyszymy dwa razy: po angielsku oraz po japońsku... i to co działało w książce, w serialu też jest męczące. Problem zauważyli też twórcy serialu - czasami, totalnie z czapy, pojawia się narrator, który tłumaczy, co się dzieje. I tak, jak w książce autor dowala solidną dawkę informacji, tak w serialu Japończycy siedzą, kłaniają się, idą...siedzą, kłaniają się, idą... siedzą...
![[Obrazek: MV5BMTQ4MDI5NzI3Nl5BMl5BanBnXkFtZTcwMDAw...@._V1_.jpg]](https://m.media-amazon.com/images/M/MV5BMTQ4MDI5NzI3Nl5BMl5BanBnXkFtZTcwMDAwMzcxMQ@@._V1_.jpg)
I fabularnie... tytułowy Shogun może sugerować, kto nim będzie - ale go nie ma, przynajmniej nie widzimy tego w serialu, a mówi o sobie Toranaga, który... zamierza być Shogunem. I cała fabuła skupia się na tym dość mocno: intrygi, tłumaczenia, polityka... te elementy są mocno naszkicowane, świetnie ukazane i zdają się prowadzić do wielkiego finału, wielkiej bitwy albo jakiejś volty fabularnej, w której to Ingles zostanie panem armii, no ale nie, nie i koniec. Mariko umiera, Erasmus zostaje spalony (i najpewniej odbudowany) a Blackthorne zawisł pomiędzy światami, prowadzony przez ojca Alvito. I zamknięcie tej historii jest przysłowiowym malutkim deszczem z wielkiej chmury.
Nie sądzę, aby w dzisiejszych czasach ktoś zdecydował się na przeniesienie książki z tak mocnym akcentem obyczajowym* i z taką małą ilością akcji, ale to co zrobiła ekipa odpowiedzialna za Shoguna (z autorem w roli producenta na czele) zasługuje też na pochwały, bo chłopaki w całej rozpiętości zrobili solidne widowisko (choć nudne...). Kostiumy i lokacje są przygotowane pierwszorzędnie, obsada japońska daje z siebie 100%, obsada anglojęzyczna też stoi na świetnym poziomie, ale tutaj czasami pojawiają się naleciałości sposobu grania z dawnych lat - nieco przeszarżowane lub uteatralnione (?). Chamberlain, czyli tytułowy Shogun doskonale pasował do swojej roli, tak samo jak pozostali aktorzy. Ale już perełką w grze aktorskiej i dopasowaniu to Omi oraz Yabu - każda scena z ich udziałem to prawdziwe perełki tego serialu :D
I o samej akcji: są łącznie cztery - w tym dwie większe potyczki, ale wszystkie są bardzo dobre, ale jest "ale" Te, w których występuje i bierze udział bezpośredni Ingles słabują mocno (ssą, kurka wodna!) a tam gdzie swoje moce pokazują Samuraje to zupełnie inny świat i aż żal, że pominięta wątek poruszony na kolacji z Buntaro, w którym ów gość pokazuje Inglesowi swoje umiejętności strzeleckie w kontrze do jego zdania, że przygotuje niepokonanych wojowników z muszkietami (myślę, że tutaj podejście Ziemiańskiego w kwestii "miecz i łuk vs muszkiet" sprawdziłoby się doskonale, ale Clavell o tym nie pomyślał
Serial sprawdza się jako "okienko" do kultury Japonii za czasów Samurajów: ten ogromny czas poświęcony na pokazaniu ich rytuałów, zależności, struktur oraz życia w ogóle wyszedł fantastycznie i pod tym względem działa równie dobrze jak książka.
7/10 - ale sentyment tutaj dodaje co najmniej "oczko" albo i dwa.
* - okej, pojawił się w 2014 "Olive Kitteridge" z McDormand od Canal+ ale to tylko 4 odcinki każdy po 40 minut...
Blackthorne to marynarz z Anglii, który jako pierwszy przedstawiciel swego kraju dopływa do Azji, a dokładnie do Japonii. I przez sztorm wpada w ręce "Małp", czyli Japończyków. Przez swój upór, charyzmę oraz przy pomocy odrobiny szczęścia unika niewoli i stopniowo zdobywa wpływy na wyspie, wkręcając się jednocześnie w życie i politykę prowadzoną przez władców klanów.
To, co super działało w książce, nie do końca działa w serialu. I w moim odczuciu serial obnaża nieco słabości książki, która - mimo swojej zawartości, fabularnie ma kilka słabych momentów, a finał jest ich mocnym podsumowaniem i uwypukleniem. Przede wszystkim na uwagę zasługuje fakt rozpiętości serialu: to 12 odcinków, każdy po 55 minut (bez reklam!) - i sam fakt, że jest to ponad 11 godzin materiału pokazuje, z czym mamy do czynienia - z serialem, który bardzo chce przekazać materiał z książki. I tu jest pierwszy zgrzyt - otóż, obejrzałem serial 2 razy z rzędu i za drugim razem ucinałem intro/napisy końcowe, oraz sceny w których nie było dialogu a ludzie gdzieś szli. I po takim "cięciu" pozostawało, w zależności od odcinka, około 25 minut "treści". Na przykład scena rozmowy z Mariko oraz służkami o "poduszkowaniu" trwa aż 20 minut i nic się tam nie dzieje! Książka pod tym względem działała super, bo pod woalem fabuły z mocnym akcentem przygody i intrygi przemycała niesamowite pokłady wiedzy na temat kultury i życia w Japonii u schyłku XVII wieku, łącznie z dość ciekawym (wg mnie) wątkiem nauki języka tubylców. W wersji TV ten element jest przerzucony w takich dawkach, że po prostu po kilku pieszych wycieczkach zaczyna to irytować i czułem solidne rozwleczenie. Z drugiej strony film mierzy się także z tłumaczeniem, dlatego też niemal każdą kwestię słyszymy dwa razy: po angielsku oraz po japońsku... i to co działało w książce, w serialu też jest męczące. Problem zauważyli też twórcy serialu - czasami, totalnie z czapy, pojawia się narrator, który tłumaczy, co się dzieje. I tak, jak w książce autor dowala solidną dawkę informacji, tak w serialu Japończycy siedzą, kłaniają się, idą...siedzą, kłaniają się, idą... siedzą...
![[Obrazek: MV5BMTQ4MDI5NzI3Nl5BMl5BanBnXkFtZTcwMDAw...@._V1_.jpg]](https://m.media-amazon.com/images/M/MV5BMTQ4MDI5NzI3Nl5BMl5BanBnXkFtZTcwMDAwMzcxMQ@@._V1_.jpg)
I fabularnie... tytułowy Shogun może sugerować, kto nim będzie - ale go nie ma, przynajmniej nie widzimy tego w serialu, a mówi o sobie Toranaga, który... zamierza być Shogunem. I cała fabuła skupia się na tym dość mocno: intrygi, tłumaczenia, polityka... te elementy są mocno naszkicowane, świetnie ukazane i zdają się prowadzić do wielkiego finału, wielkiej bitwy albo jakiejś volty fabularnej, w której to Ingles zostanie panem armii, no ale nie, nie i koniec. Mariko umiera, Erasmus zostaje spalony (i najpewniej odbudowany) a Blackthorne zawisł pomiędzy światami, prowadzony przez ojca Alvito. I zamknięcie tej historii jest przysłowiowym malutkim deszczem z wielkiej chmury.
Nie sądzę, aby w dzisiejszych czasach ktoś zdecydował się na przeniesienie książki z tak mocnym akcentem obyczajowym* i z taką małą ilością akcji, ale to co zrobiła ekipa odpowiedzialna za Shoguna (z autorem w roli producenta na czele) zasługuje też na pochwały, bo chłopaki w całej rozpiętości zrobili solidne widowisko (choć nudne...). Kostiumy i lokacje są przygotowane pierwszorzędnie, obsada japońska daje z siebie 100%, obsada anglojęzyczna też stoi na świetnym poziomie, ale tutaj czasami pojawiają się naleciałości sposobu grania z dawnych lat - nieco przeszarżowane lub uteatralnione (?). Chamberlain, czyli tytułowy Shogun doskonale pasował do swojej roli, tak samo jak pozostali aktorzy. Ale już perełką w grze aktorskiej i dopasowaniu to Omi oraz Yabu - każda scena z ich udziałem to prawdziwe perełki tego serialu :D
I o samej akcji: są łącznie cztery - w tym dwie większe potyczki, ale wszystkie są bardzo dobre, ale jest "ale" Te, w których występuje i bierze udział bezpośredni Ingles słabują mocno (ssą, kurka wodna!) a tam gdzie swoje moce pokazują Samuraje to zupełnie inny świat i aż żal, że pominięta wątek poruszony na kolacji z Buntaro, w którym ów gość pokazuje Inglesowi swoje umiejętności strzeleckie w kontrze do jego zdania, że przygotuje niepokonanych wojowników z muszkietami (myślę, że tutaj podejście Ziemiańskiego w kwestii "miecz i łuk vs muszkiet" sprawdziłoby się doskonale, ale Clavell o tym nie pomyślał
Serial sprawdza się jako "okienko" do kultury Japonii za czasów Samurajów: ten ogromny czas poświęcony na pokazaniu ich rytuałów, zależności, struktur oraz życia w ogóle wyszedł fantastycznie i pod tym względem działa równie dobrze jak książka.
7/10 - ale sentyment tutaj dodaje co najmniej "oczko" albo i dwa.
* - okej, pojawił się w 2014 "Olive Kitteridge" z McDormand od Canal+ ale to tylko 4 odcinki każdy po 40 minut...
loading podpis...
08-08-2018, 16:23 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29-02-2024, 10:39 przez simek.)





