Im dłużej o tym filmie myśle (a mysle tylko o nim wyłacznie, gdy ktoś go wspomni) tym bardziej czuje sie nim zawiedziony.
28-12-2014, 21:35 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28-12-2014, 21:37 przez Gal Anonim.)
|
Boyhood (2014)
|
|
Sęk w tym, że seria Before Sunrise każdym filmem coś mówiła. Tam cały czas coś się rozwija. Nie ma wielkiego konfliktu, ale jest romantyzm i piękno wynikające z sytuacji, dobrych, prawdziwych dialogów oraz PEŁNOKRWISTYCH POSTACI. Wszystko, czego Boyhood nie ma. Ten film jest zlepkiem scen i obrazów, które niczego nie mówią, a im dalej w las tym bardziej irytują, bo ten film wcale nie jest bezpretensjonalny. Podążamy za pretensjonalnym bohaterem, więc siła rzeczy musimy go słuchać, a słuchanie go boli tym bardziej im więcej ma lat.
Im dłużej o tym filmie myśle (a mysle tylko o nim wyłacznie, gdy ktoś go wspomni) tym bardziej czuje sie nim zawiedziony. 28-12-2014, 21:35 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28-12-2014, 21:37 przez Gal Anonim.)
W pełni się zgadzam z Crovem w tym przypadku, bo Boyhood to dla mnie największe rozczarowanie roku. To jest po prostu zlepek scen, które nie mają żadnego celu i donikąd nie prowadzą - a co gorsza scen, które silą się na to, żebyś się uśmiechnął i powspominał stare dzieje, ale robią to tak ostentacyjnie, że się rzygać chce. Pamiętasz szał na punkcie Britney? No to popatrz, jak dziecko śpiewa jej piosenkę. Byłeś potteromaniakiem? No to popatrz, jak dzieciak z ekranu kupuje książkę.
Swoją drogą, scena z promocję którejś odsłony przygód Pottera definiuje ten film najlepiej. Bohater idzie w przebraniu czarodzieja, kupuje książkę i wraca do domu. Wątek Pottera nigdy już się nie pojawia, a cała scena nie ma żadnego sensu.
"to że gej sobie nie może wziąć ślubu to jest sprawa kościoła" - vast
29-12-2014, 05:34
Ale czy nie o bezcelowość chodzi w Boyhood? Albo inaczej - czy konstatacja o bezcelowości i przypadkowości nie jest wystarczającym celem? To jest konkretna droga i dziwię się, że jej nie zobaczyliście. Nie jest to wydumana interpretacja, a dość czytelny przekaz i cholernie daleki od filozoficznych rozkmin albo intelektualnych szpagatów takiego Gusa van Santa. Na pewno nic wielce odkrywczego, ale z drugiej strony właśnie w taki sposób powinno się mówić o najprostszych sprawach. Linklater zawsze tak robił.
Nie wiem czy się w ogóle dogadamy, bo "ostentacyjne wspomnienia, od których rzygać się chce" to lata świetlne od moich odczuć, które idą w kierunku totalnej bezpretensjonalności w ukazaniu fragmentu życia, bez przegadania, bez nadawania jakichś sensów (o tym jest fajna rozmowa przed koncertem). Scena z Potterem trwa z 20 sekund i obrazuje tylko jedną z fascynacji głównego bohatera w konkretnym miejscu i czasie. Nie wiem jak mozna z niej wyciągać wnioski odnośnie całego filmu, a nie zwrócić odrobiny uwagi na słowa padające z ust Hawke'a czy ewolucję głównego bohatera, jego sposobu na zycie i tego jak życie jego/ich kształtuje (i jaki to życie ma cel albo "cel"). Ja wiem, że najbardziej żałosnym argumentem może być to, że życie, te prawdziwe, nie kinowe, również nie ma fabuły, a Linklater postarał sie właśnie je przywołać. Ale właśnie tak jest, nawet jeśli w wypisanych słowach brzmi to dość tandetnie. 29-12-2014, 09:36
Też uważam że przekazem filmu było pokazywanie rozczarowania, powiedzmy - tą bezcelowością. Albo szarością życia.
To akurat wyszło całkiem nieźle. Chociaż peany pochwalne i nazywanie Boyhood filmem roku to sroga przesada. Kolejny po "Artyście" czy "Zniewolonym" poprawny politycznie, albo po prostu najłatwiejszy wybór. Film który się za bardzo nie wyróżnia w jedną czy drugą stronę i jest bliższy kinu artystycznemu niż rozrywkowemu. Bardzo to naciągane. 29-12-2014, 12:10
czy się naprawdę nie wyróżnia? Trudno powiedzieć, czy to naprawdę najlepszy film roku (chyba nie), bo mam jeszcze kilka zaległości, ale forma (12 lat produkcji) i treść (o tym filmie chce się mysleć, rozmawiać) to sprawy niebanalne, żebym mógł stawiać w jednym rzędzie z produkcyjniakami typu "Unbroken", "The Imitation Game" czy "Teoria wszystkiego", a już na pewno nie mierzę tą samą miarą co Marveli. Co prawda efektownego pierdolnięcia nie ma, ale niewiele filmów w tym roku je miało (jeśli w ogóle).
29-12-2014, 12:54
Faak, ja nigdy nie zrozumiem zarzutu o "poprawność polityczną". Dla mnie to jakiś absurd. Nie rozumiem tego. Czy każdy film musi być wywrotowy i kontrowersyjny? I co w ogóle oznacza ta "poprawność polityczna". Jaki film jest niepoprawny politycznie?
"Wilk z Wall Street" jest dla mnie jak najbardziej poprawny, bo wyśmiewa obłąkany kapitalizm i idiotyczną rozrzutność, jest tylko nieco bardziej podkręcony od strony formalnej (głównie dzięki czysto technicznemu montażowi) - ale na tym poziomie już nie ma polityki. Dokładnie tak samo poprawny politycznie jest "12 years a slave", bo przekonuje do właściwej, zdrowej ideologicznie postawy odnośnie równości ras i sprawiedliwie traktuje o historii USA. Tak samo politycznie poprawny jest "Nightcrawler", bo atakuje pazerne na krew i sprzedające tragedie tabloidowe media i w złym świetle pokazuje pozbawionego moralnego kręgosłupa głównego bohatera. "Boyhood" też jest poprawny, choć daleko mu do polityki. Niepoprawności doszukiwałbym się np. w propagandowych filmach Trzeciej Rzeszy. Choć nie sądzę byście tego akurat szukali. Chętnie bym się dowiedział co ta "poprawność polityczna" oznacza i dlaczego na niej budowana jest niechęć do przypadkowo wybranych filmów. Zdaje sobie sprawę, że ewentualna poprawność czy niepoprawność zależy od miejsca siedzenia. Mi bliski jest socjal i lewicowe podejście do gospodarki, ale tak czy siak nie wiem co oznacza to pojęcie i nie rozumiem jego użycia.
Maciek Niedźwiedzki, proud to be a member of Forum KMF Film.org.pl since Sep 2013.
29-12-2014, 13:11 Niedźwiedzki napisał(a):"Boyhood" też jest poprawny, choć daleko mu do polityki. Niepoprawności doszukiwałbym się np. w propagandowych filmach Trzeciej Rzeszy. Choć nie sądzę byście tego akurat szukali. Chętnie bym się dowiedział co ta "poprawność polityczna" oznacza i dlaczego na niej budowana jest niechęć do przypadkowo wybranych filmów. W kontekście Oscarowej kategorii "best picture", to sprawa jasna - dużo dodatkowych punktów za temat o żydach, obronę homoseksualizmu, krytykę niewolnictwa bądź rasizmu wobec czarnych, albo hołd dla dawnego Hollywood. W dodatku film nie może się wychylać - nie może być zbyt kontrowersyjny, wulgarny albo nawet zbyt mocny w swojej wymowie. I tak rok temu wygrał przeciętniak czyli Zniewolony, chociaż Wilk z Wall Street bił go po prostu na głowę (ale nie przejdzie - wulgarny), a i Witaj w Klubie, czy Ratując pana Banksa a nawet Kapitan Philips były lepsze. 2 lata temu wygrał kompletnie przeciętny Artysta choć Wstyd, Wojownik, Moneyball są nieporównywalnie lepszymi filmami. A znalazłoby się jeszcze kilka kolejnych. A w tym roku pewnie pominą Birdman bo zbyt nowatorski, Whiplash bo zbyt... skromny? Mocny? Gone Girl bo zbyt rozrywkowy i tak dalej. desjudi napisał(a):czy się naprawdę nie wyróżnia? Trudno powiedzieć, czy to naprawdę najlepszy film roku (chyba nie), bo mam jeszcze kilka zaległości, ale forma (12 lat produkcji) i treść (o tym filmie chce się mysleć, rozmawiać) to sprawy niebanalne, żebym mógł stawiać w jednym rzędzie z produkcyjniakami typu "Unbroken", "The Imitation Game" czy "Teoria wszystkiego", a już na pewno nie mierzę tą samą miarą co Marveli. Co prawda efektownego pierdolnięcia nie ma, ale niewiele filmów w tym roku je miało (jeśli w ogóle). Ale ja go nie stawiam w jednym rzędzie z "Teorią wszystkiego", która w moim top30 tego roku raczej się nie zmieści. To nadal świetny film, z błyskotliwym pomysłem. Po prostu bardzo solidny. Dziwi mnie że znowu krytycy i celebryci (plus Obama) wybierają najbardziej banalny i najmniej wychylający się film jako najlepszy z całego roku, a takie bezkompromisowe, mocne produkcje jak Birdman, Whiplash czy Gone Girl są pomijane. Będę zawiedziony jeśli znowu najmniej wychylający się i mimo swoich zalet nadal dość bezjajeczny film zgarnie najważniejsze statuetki. Tak jak poprzednio właśnie Artysta czy Zniewolony. Wisienką na torcie byłaby jeszcze statuetka za najlepszą rolę pierwszoplanową dla Eddiego Redmayne w Theory of Everything, zamiast JK Simmonsa, Michaela Keatona, Steve'a Carrella albo Jake'a Gyllenhaala. McAvoy pewnie nawet nie ma co liczyć na nominację. 29-12-2014, 14:02 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29-12-2014, 14:29 przez Capt. Nascimento.) (29-12-2014, 09:36)desjudi napisał(a): Ale czy nie o bezcelowość chodzi w Boyhood? Albo inaczej - czy konstatacja o bezcelowości i przypadkowości nie jest wystarczającym celem? To jest konkretna droga i dziwię się, że jej nie zobaczyliście.Wszystko fajnie, ale tak mozna wytłumaczyć każdy film, który nie ma fabuły. Czy w filmie porno bezcelowość i przypadkowość nie jest przekazem? Przecież pan spotyka często przypadkiem panią, uprawiają seks, a potem kończa i więcej ich razem nie widzimy. Czy nie jest to dowód na to, że życie składa sie z ciągu scen, w których czasem kopulujemy, by potem zapomnieć o partnerze, partnerce? Bezcelowość i przypadkowość też można lepiej pokazac. Nie potrzeba na to prawie trzech godzin filmu. To, że film nie mówi i nie pokazuje niczego to nie jest moim zdaniem dobry powod, zeby go wychwalac, ze nie pokazuje niczego. Równie dobrze mogę nakręcić przez 12 dni motyla i będzie miało to tyle samo do powiedzenia o bezcelowości i przypadkowości. Tym bardziej mnie to irytuje, że tak naprawde sposob realizacji przez 12 lat NIJAK filmowi nie pomaga, ani nie dodaje poza "łał, 12 lat kręcił!". Dlaczego? Bo fajnie, ze bohaterowie sie zmieniaja (w Before Sunrise tez sie zmieniaja), ale to ciągle postać wg czyjegoś scenariusza. To tak jakby w tym filmie zastosowali wyjątkowo dobry mejkap. Komuś, kto szczegolnie ekscytuje sie realizacją polecam serię "Up" (zaczynając od "7 Up"). Czyli serię dokumentów, w których autor co siedem lat odwiedza dzieciaki, z którymi rozmawiał w latach 60-ych. To jest znacznie ciekawsze, bo przedstawia prawdziwych ludzi i prawdziwe życie zmieniające się przez lata. 29-12-2014, 14:51 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29-12-2014, 16:54 przez Gal Anonim.)
To ja tylko przypomnę, że jest inny film na B w tym roku, o wiele lepszy - Birdman ;)
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings 29-12-2014, 16:36
No i ta krótkometrażówka:
Kieślowski w 15 minut mówi więcej o życiu niż Linklater w niemal 3 godziny. :) 29-12-2014, 16:39 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29-12-2014, 16:40 przez Capt. Nascimento.)
Charles Bukowski też wiele mądrego mówi. Kupa książek, filmów tak mówiła. Eddie Vedder o tym śpiewa. Nie mówię przecież, że Boyhood jest oryginalny, ale w swej nieoryginalności jest znakomity. Czy może być lepszy? Nie wiem, jakoś nigdy nie starałem się rozkminiać tego co powinno być inaczej; biorę to, co dają :)
Crov, Boyhood pokazuje, mówi, a forma nie jest tylko mejkapem. Ja to widze, czuję. Jeśli tego nie widzisz (a widzisz podobieństwa do fabuł porno), to nie wiem o czym w sumie możemy dyskutować, no nie? :) 29-12-2014, 20:36
Nigdzie nie napisalem, że widze podobieństwa do fabuł porno - w porno przynajmniej się coś dzieje. ;) Napisalem, że brak historii można wytłumaczyc wszędzie.
Jezeli ja widzę nic i uważam, że to nie sztuka, a ty widzisz nic i mówisz, że to sztuka to nie ma o czym dyskutować, bo nie mamy podstaw do dyskusji. Jezeli nie potrafisz mi lepiej wyjaśnić swojego stwierdzenia, że "forma nie jest tylko mejkapem" tylko trzeba ją czuć, no to tym bardziej. (Nota bene, film formą poza faktem realizacji przez 12 lat nie wyróżnia się w ogole.) "Mnie się podobało", a "Mnie się nie podobało" to nie dyskusja. 29-12-2014, 21:11
Boyhood działa częściej między wierszami niż w scenach które w zamierzeniu miały być kluczowe.
Te momenty dorastania, potencjalnie najważniejsze momenty młodości - w większości wypadły niezbyt przekonywująco. Stąd moim zdaniem film udał się tylko połowicznie. Widziałem tysiąc razy lepiej pokazywany temat zakochiwania się, tysiąc razy lepiej pokazany motyw rozstania, znęcania się w szkole, alkoholizmu, właściwie wszystkiego co ten film pokazuje. Boyhood opowiada o stopniowym obdzieraniu ze złudzeń, "odczarowywaniu" spojrzenia na świat i przyzwyczajaniu się do codziennej szarości. Nie pomaga tu jednak mało pomysłowa i mało kreatywna reżyseria kluczowych scen z życia, ani niezbyt charyzmatyczny i przeciętnie zagrany główny bohater. 30-12-2014, 01:12 desjudi napisał(a):Ale czy nie o bezcelowość chodzi w Boyhood? Albo inaczej - czy konstatacja o bezcelowości i przypadkowości nie jest wystarczającym celem? To jest konkretna droga i dziwię się, że jej nie zobaczyliście. Nie jest to wydumana interpretacja, a dość czytelny przekaz i cholernie daleki od filozoficznych rozkmin albo intelektualnych szpagatów takiego Gusa van Santa. Na pewno nic wielce odkrywczego, ale z drugiej strony właśnie w taki sposób powinno się mówić o najprostszych sprawach. Linklater zawsze tak robił. Ja to zauważyłem, ale to nie zmienia faktu, że - moim skromnym - to w tym filmie po prostu nie działa. W skrajnych przypadkach bezcelowość może być celem, ale nie rozumiem, dlaczego całe 12 lat życia miało by być bezcelowe. Jak patrzę na swoje doświadczenia z tamtych lat, to wcale ich tak nie odbieram. Problemem jest zresztą bohater, który ma mniej charakteru niż pick-up, którym jeździ w ostatniej części filmu, i na wszystko reaguje tak samo. Przeprowadzka i zostawienie kumpli? Wyjebane. Dziewczyna? Wyjebane. Rozwód matki? Wyjebane. I ja niby wiem, że Linklater chciał pokazać sceny pomiędzy najważniejszymi momentami życia, a nie same najważniejsze momenty, ale to doprowadza do skrajnej, nieprzeniknionej nudy, która ten film ogarnia. Mówiąc o "ostentacyjnych wspomnieniach" mam na myśli te landmarki, wpychane w fabułę zupełnie bez celu. Każdy rok musi mieć swój leitmotiv - od Britney, przez Pottera, po Obamę. Dla mnie to właśnie jest szczyt pretensjonalności, bo niby Linklater chce być tak bardzo uniwersalny, ale wszędzie upycha odniesienia do konkretnych momentów z historii polityki i popkultury. Cytat:Scena z Potterem trwa z 20 sekund i obrazuje tylko jedną z fascynacji głównego bohatera w konkretnym miejscu i czasie. Problem właśnie w tym, że ta scena nie obrazuje fascynacji. Bohater idzie na promocję w stroju czarodzieja, kupuje książkę i koniec. Równie dobrze mógłby stać w kolejce po dżem. Cytat:Nie wiem jak mozna z niej wyciągać wnioski odnośnie całego filmu, a nie zwrócić odrobiny uwagi na słowa padające z ust Hawke'a czy ewolucję głównego bohatera, jego sposobu na zycie i tego jak życie jego/ich kształtuje Tu nie chodzi o to, że z tej sceny wyciągam wnioski - po prostu ta scena jak dla mnie najlepiej podsumowuje ten film :). Jeśli chodzi o ewolucję bohatera i jego sposobu na życie - no właśnie, jaką ewolucję? Bohater od początku do końca nie ma ani sposobu na życie, ani konkretnego pomysłu, nic go właściwie nie jara. Nie zauważyłem też, żeby życie go specjalnie kształtowało, bo po prostu się przez nie prześlizguje.
"to że gej sobie nie może wziąć ślubu to jest sprawa kościoła" - vast
30-12-2014, 08:26
Gdybyście kazali mi ocenić Boyhood na poziomie pojedynczych elementów, powiedzieć na ile ciekawą to opowiada historię (a jako takiej tu przecież nie ma) czy też spojrzeć krytycznie na osobowość głównego bohatera, a na całość jak na każdy inny film, to chyba nie byłbym zachwycony. Jest jednak coś, dzięki czemu wiem, że zobaczyłem obraz wyjątkowy - nie chciałem, żeby się skończył. Tak po prostu.
(30-12-2014, 08:26)Motoduf napisał(a): Mówiąc o "ostentacyjnych wspomnieniach" mam na myśli te landmarki, wpychane w fabułę zupełnie bez celu. Każdy rok musi mieć swój leitmotiv - od Britney, przez Pottera, po Obamę. Dla mnie to właśnie jest szczyt pretensjonalności, bo niby Linklater chce być tak bardzo uniwersalny, ale wszędzie upycha odniesienia do konkretnych momentów z historii polityki i popkultury.Nie zgadzam się absolutnie! To znaczy tak, jasne, te rzeczy niby są po to, by widz miał odniesienie dla czasu w którym toczy się akcja, ale wyobraź sobie, że ktoś kręci twoje życie, by zmontować z tego potem film dokumentalny - naprawdę nie byłoby tam miejsca dla tego, co cię w danym czasie interesowało? Czego słuchałeś, oglądałeś, co czytałeś? Dla mnie to było przeurocze, a mała tańcząca i śpiewająca "Ooops!..." Spears mnie rozczuliła, bo pamiętam jak dzisiaj gdy widziałem ten teledysk po raz pierwszy :) 07-01-2015, 23:47 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08-01-2015, 00:01 przez Mierzwiak.) Mierzwiak napisał(a):Nie zgadzam się absolutnie! To znaczy tak, jasne, te rzeczy niby są po to, by widz miał odniesienie dla czasu w którym toczy się akcja, ale wyobraź sobie, że ktoś kręci twoje życie, by zmontować z tego potem film dokumentalny - naprawdę nie byłoby tam miejsca dla tego, co cię w danym czasie interesowało? Czego słuchałeś, oglądałeś, co czytałeś? Dla mnie to było przeurocze, a mała tańcząca i śpiewająca "Ooops!..." Spears mnie rozczuliła, bo pamiętam jak dzisiaj gdy widziałem ten teledysk po raz pierwszy :) Oczywiście, że byłoby na to miejsce, ale moim zdaniem w "Boyhood" wypada to okropnie nienaturalnie. Zauważ, że każdy rok to w filmie 10-15 minut i za każdym razem Linklater musi wepchnąć jakiś hicior, czy to popkulturowy, czy polityczny. "Ooops!..." było mega urokliwe, tu się zgodzę, ale głównie dlatego, że było pierwsze :). Kiedy gdzieś w połowie filmu Linklater poświęca na przykład kilka dobrych minut Obamie, to automatycznie miałem ochotę ten film wyłączyć w pizdu, mimo że do Obamy nic nie mam. Zresztą, to się łączy z drugim problemem, bo jak dla mnie Mason tak naprawdę nie interesuje się totalnie niczym - nigdy nie widzimy, żeby coś czytał czy oglądał (no dobra, w jednej scenie matka czyta mu Pottera), jedyna jego dłuższa rozmowa z kolegami to jakieś głupie pieprzenie o... pieprzeniu itd. Dopiero pod koniec pojawia się ta fotografia, a i tutaj Mason zachowuje się trochę tak, jakby chciał, a nie mógł. Może to wina beznadziejnego aktora (ja wiem, że to był dzieciak, ale dzieci też potrafią wspaniale grać), może scenariusza, nie wiem.
"to że gej sobie nie może wziąć ślubu to jest sprawa kościoła" - vast
08-01-2015, 03:14
Podpisuję się pod słowami Crova.
Początek jeszcze był intrygujący, ale im dłużej "Boyhood" trwa, tym bardziej męczy. Do tego stopnia, że nie dałem rady skończyć, zostało mi jakieś 50 minut. Dla mnie to najbardziej przeceniony film, nie tylko roku, ale chyba nawet dekady.
https://www.filmweb.pl/user/Nawrocki/activity
https://letterboxd.com/nawrocki/list/best-movies-of-2020s/ https://letterboxd.com/nawrocki/list/2024-movies/ 09-01-2015, 18:20
a widzisz, ja pochłanąłem go po raz drugi, bez popitki, z czystą przyjemnością i znowu z poczuciem najbardziej bezpretensjonalnego kina ostatnich lat. Ktto wie, może perspektywa ojcowsko-bliższaczterdziestce gra ważną rolę. Teoretycznie mógłbym wejść w polemikę z Motodufem i Crovem, ale mi się zwyczajnie nie chce. Nie dlatego, że ich argumenty uważam za niegodne, bo wiele mądrego mówią, ale po prostu chodzi o emocje i życiowe doświadczenie, które Boyhood w jakiś osobliwy, mocno subiektywny sposób, przywołuje. I to cenię i dlatego z ich oceną nie zgadzam się w żaden sposób.
Świetny, niegłupi kawałek wartościowego kina. 09-01-2015, 23:27 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09-01-2015, 23:31 przez desjudi.)
Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem, ale czy ty sugerujesz, ze wydarzenia z Boyhood czesciowo pokrywaly sie z Twoimi doswiadczeniami zyciowymi i dlatego na Ciebie działa? Bo jezeli tak to mysle, ze wydarzenia z Boyhood pokrywaja sie z doswiadczeniami 99% widzów, bo są na tyle generyczne i opowiedziane z dystansu, ze nawet problem pijącego ojczyma wydaje sie byc gdzies kompletnie z boku, na tyle, ze kazdy widz moglby sie z nim utozsamiac. ;)
09-01-2015, 23:56 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09-01-2015, 23:56 przez Gal Anonim.) |
| Użytkownicy przeglądający ten wątek: |
| 1 gości |