Excalibur (1980) reż. John Boorman
#1


Po latach wróciłem do tej adaptacji legendy o królu Arturze, by sprawdzić, czy może poprawi mi się jej odbiór. Nie poprawił się.

Jest to jeden z tych filmów, które chciałem mieć w kolekcji głównie ze względu na tematykę i klimat, a o którym pamiętałem, że całościowo mnie nie zachwycił (widziałem go wcześniej dwa razy). Tak samo było i tym razem, przy czym należy zaznaczyć, że pierwsza połowa jest jak najbardziej w porządku, klimat i strona wizualna świetne (skojarzenia z Robinem z Sherwood nieuniknione), całkiem fajny Merlin, Artur (Nigel Terry) kojarzący się z Lukiem S...

Niestety im dalej w las tym gorzej. Gdy Artur obejmuje tron, zaczynają się niezgrabne przeskoki czasowe, narracja robi się rwana, pewne wątki są ucinane (potem postacie pojawiają się na chwilę w 1-2 scenach jak np Lancelot, o którym Artur mówi, że jest najlepszym z ludzi, choć głównym zajęciem Lancelota w filmie jest ruchanie żony Artura), cały motyw z Graalem wjeżdża nie wiadomo skąd. Rozegranie finału jest zdecydowanie zbyt szybkie i przy tym wyprane z wszelkich emocji, a scena w której Percival wraca do Artura, stwierdza, że nie wykonał polecenia i za chwilę jedzie ponownie by jednak je wykonać, wypada dość absurdalnie (jak coś, co zdecydowanie należało wyciąć).

W filmie pojawiają się między innymi Liam Neeson, Gabriel Byrne, Helen Mirren, Patrick Stewart i Robert Addie (Gisburne z RoS).

Pierwsza połowa 8/10, druga - 4/10, co nam w sumie daje 6/10

.
PS. Kadrowanie na BD jest koszmarne (na DVD było to samo, mówi się, że tylko laser disc wyglądał pod tym względem jak należy). Wygląda jak polskie filmy przycięte z 4:3 do 16:9. Ciasne kadry, poucinane czubki głów itd.


===EDIT===

I dwa posty wygrzeban e z krótkiej piłki:

Azgaroth napisał(a):Excalibur - film widziałem bardzo dawno i plebiscyt na filmy z 80-tych był świetną okazją żeby sobie go przypomnieć. Excalibur zapamiętałem jako świetne, mroczne fantasy dla dorosłych i okazuje się, że pamięć mam dobrą :) Przede wszystkim film posiada świetny klimat. Jest magicznie, a zarazem mrocznie. Niby historia dzieje się w naszym świecie, ale ma się wrażenie, że cała akcja rozgrywa się w jakiejś magicznej krainie. Klimat taki osiągnięto dzięki świetnym zdjęciom, nietypowemu oświetleniu i scenografią. Wszystko to wypada bardzo dobrze, choć niektóre elementy scenografii rażą sztucznością. Sama historia to dość wierna adaptacja Le Morte d'Arthur przez co do scenariusza trudno się przyczepić. Jedyne co czasem przeszkadzało to bardzo teatralna miejscami gra aktorska. Niemniej film świetny i obok Merlina z Samem Neillem jest najlepszą filmową opowieścią o Królu Arturze.
Phlogiston2 napisał(a):Według mnie właśnie scenariusz ciągnął w dół. Ma on dwie wady, a imię ich:

-Przeskoki czasowe
-Papierowe postacie

Przez pierwszą wadę ciężko było się z kimś utożsamiać. Z początku wydawało się to OK, ale później to zaczynało być męczące. W trakcie seansu nachodziły mnie dziwne myśli :), szło to mniej więcej tak:

"Ocho, Artur jednak przyjął koronę. Teraz pewnie Merlin będzie go uczył, jak być królem, podejmie pierwsze decyzje...ej co jest? Kto to? A, no tak Artur już dorósł. Ach, ten laluś to pewnie Lancelot. O, uwiódł Ginewrę. Artur ich widział, to będzie mieć straszne konsekwencję...Co jest?! Ach to Morgana. A gdzie Lancelot i Ginewra? Artur się wściekł i nawet o tym nie wspomnicie w dialogach. Co...Ach, szukają Graala. O, teraz mamy ostatnie starcie dobra i zła...Ale gdzie Lancelot? Czemu dajecie jakiegoś dziada? Co mnie obchodzi jakiś...A, więc ten dziadek to sir Lancelot.
Fajnie."

Wiem, że twórcy mieli bardzo ambitne założenie, ale efekt jest taki, że non stop gubię wątek, i jak zacząłem się interesować czyimś losem, to zaraz znikał i delikwent pojawiał się godzinę później, albo wcale. To było, do kroćset fur beczek, frustrujące:). I tu przechodzimy do punktu drugiego. O postaciach(poza Morganą) nie wiem NIC. Artur jeszcze na początku ma jakieś wahania, ludzkie odruchy, można się z nim identyfikować, ale całą resztę filmu - kłoda. Lancelot zakochuje się w Ginewrze - bo tak. Mordred jest czystym złem bez najmniejszych wahań - bo tak. Tylko Morgana jest nieco rozwinięta, i da się o niej powiedzieć więcej niż dwa zdania(niemała w tym zasługa Helen Mirren), ale i ona,
zmienia się w chodzącą kliszę.

Pamiętacie Robin Hooda z Costnerem? Tam np. formowanie się drużyny, romans z Marion - wszystko to było zagrane i rozpisane w miarę naturalnie, po prostu wierzysz w to co widzisz. Wszystko jest zgodnie ze standardową wersją legendy, ale czujesz, że tak mogły wyglądać wydarzenia, które obrosły legendą. W Excaliburze widzę aktorów na koturnach, którzy drżą na samą myśl, że mogą wyjść milimetr poza kanoniczną wersję.

Jest dobra obsady, jest brud i syf, jest krew, jest Carmina Burana, jest nawet trochę epy, ale będę nieubłagany - bryk z lektury to zawsze bryk. Na pewno lepszy Excalibur niż, nie wiem "Zemsta" Wajdy, czy inny Pan Tadeusz, ale to nadal bryk, sorry :)

Chętnie zobaczyłbym siedmiogodzinny serial z tymi samymi aktorami, z tymi samymi zdjęciami, z tym samym klimatem i trochę zmodyfikowanym scenariuszem.

Odpowiedz
#2
Techniczna kwestia - blu jest fatalnie przycięty wydawcy zwyczajnie dokonali "zoom" obrazu i wyszło jak wyszło czyli fatalnie... Dlatego też wstrzymuje się z zakupem filmu do kolekcji, czekam na edycję 4K (w tym roku film ma 40 lecie, więc powinien niedługo się ukazać w UHD). Z kilku źródeł można znaleźć info że skan 4K jest już zrobiony i był pokazywany jakiś czas temu w kinach w UK i ponoć wygląda znakomicie w nowym masterze.

Co do samego filmu - zaraz obok Conana Barbarzyńcy, w mojej opinii "Excalibur" to najlepsze fantasy ever. Klimat, fantastyczne użycie muzyki klasycznej (Wagner, Orff, Prokofiev!), lokacje, dobór aktorów... I do tego niesamowita aura mistycyzmu... Uwielbiam wyprawę rycerzy w poszukiwaniu świętego Gralla, wątek Persifala (znów, muzyka Wagnera powala!), scenę powrotu Lancelota, a cała finałowa scena, czyli finalna bitwa, śmierć Artura i Mordreda, wrzucenie Excalibura do jeziora (znów Wagner wymiata!) to czysta magia kina.

Zdaję sobie oczywiście sprawę że film ma swoje wady szczególnie kiepsko zainscenizowane walki, jakoś tak ściśnięte w kadrze, do tego montaż momentami kuleje... Jednakże wspomniane bitwy, mimo że dość umowne, mają w sobie sporo teatralności, co wg mnie tylko dodaje sporo uroku i atmosfery. Wspomniany już wcześniej niesmowity, senny klimat tego filmu i najlepszy Merlin ever, sprawiają że ten film jest dla mnie bezdyskusyjnym faworytem fantasy obok wspomnianego Conana.

Odpowiedz
#3
No jak dla mnie niestety scenariuszowo niezgrabny, chwilami mocno niedomaga.

Może gdyby był z pół godziny dłuższy, wyszło by to jakoś sensowniej, a tak to nadrabia głównie klimatem. Co do muzyki - te wstawki z muzyką klasyczną szczerze mówiąc mnie nie zachwycały, miałem wręcz wrażenie, że wpieprzono ją tam bez większego pomyślunku i czasem są wręcz nieadekwatne do tego co widać na ekranie (takie muzyczne przedramatyzowanie w paru miejscach).

No ale Conanem też się specjalnie nie jaram (nie licząc genialnej muzyki).

Odpowiedz
#4
Straszna bieda, po powtórce. Nie wiem kto tu został gorzej obsadzony: Artur czy Merlin. Ogólnie wlecze się niesamowicie i posiada sporo zbędnych scen.

4/10
welcome to prime time bitch!

Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.

Odpowiedz
#5
Nicol Williamson to akurat urodził się by zagrać Merlina, więc cichaj tam ;)

Odpowiedz
#6
Czyli ten film, z którego AI wzięło to całe 80s dark fantasy. Plus jak czytałem, była to woda po kisielu po niezrealizowanym Władcy Pierścieni Boormana właśnie. Niektóre sceny tak kojarzyły się mi z LOTRem jak scena, gdy Parsifal przemierzał polanę z gnijącymi trupami czy bardziej fantazyjne elementy, jak Camelot zrobiony dosłownie ze złota i szkła.

Film wygląda obłędnie. Ustawienie kamery, kolory i inscenizacja aż przywodzą jakieś ikony. Oglądałem w wersji UHD z poprawnym aspect ratio (który wyszedł w lutym, co na pewno Gieferg o tym fakcie wie), więc teraz okazja, by ujrzeć w odpowiednim wyglądzie. I czuć tą mityczność, bo mimo, że dzieje się to niby w wiekach ciemnych (czyli jakiś V-VI wiek), a występują pełne zbroje płytowe które będą tysiąc lat później, a najbardziej zgodnie historycznie to są lasy, bo krajobraz jest zasnuty dziewiczymi puszczami. Ładny zabieg, gdy jest podzielona ojczyzna bohaterów (też nie kojarzę, żeby padła nazwy kraju. Cały czas określany jako "Land"), rycerze mają czarne zbroje, a po powstaniu Camelotu wszyscy mają zbroje srebrne i lśniące jak psu jaja. Też skojarzyło mi się z Robinem w Sherwood przez swój klimat, zwłaszcza jak Parsifal paraduje po lesie lub są umowne elementy fantastyczne.

Widząc podniosłość tego filmu myślałem, że dostanę stoickiego Merlina jak w Królu Arturze Fuquy czy wersji z Neillem, a to wciąż sarkastyczny i za mądry Merlin jak w bajkach, tyle że ma metalowy czepek zamiast spiczastej czapki. Morgana le Fay też była poza moimi tradycyjnymi wyobrażeniami, bo momentami przez stylówę kojarzyła mi się z Dodą (wogóle Helene jaka wtedy młodziutka). Mimo tej baśniowości jest ten brud, bo ludzie krwawią, Lance i Ginny uprawiają seks i to przy dziecku (tj. jelonku), a sceny pomoru podczas poszukiwań Parsifala są faktycznie upiorne, szczególnie jak trafia na powieszonych ludzi służących za karmnik dla gawronów. Wtedy też Parsifal i Urien mają w pełni zaśniedziałe zbroje. Widać, że R-ka w USA nie bez powodu.

Z obsady najbardziej zaskoczył Nigel Terry w roli Artura - od nastoletniego chłopka-roztropka, po nobliwego władcę, który coraz lepiej się wysławia. I wiarygodnie wypada w każdej inkarnacji. Ogólnie nieco teatralne aktorstwo mi nie przeszkadza, chociażby ze względu na obraną koncepcję. Co mi przeszkadzało, to większe przeskoki i większe skróty w drugiej połowie, jak np. Lancelot i Ginewra NAGLE znikają. Albo Artiego zabierają na jakiejś łodzi, bo nagle tak.  Także sądziłem, że Mordred nosi tę rzymską maskę (tu też z kolei przywodził mi jakoś na myśl Kaligulę. Tego filmu też nie widziałem), bo ukrywa jakąś deformację (a patrząc kim są jego starzy, to byłoby prawdopodobne). I faktycznie przydałoby się conajmniej dodatkowe pół godziny. I po jakimś czasie też przynudza.

Mimo mankamentów to na pewno czołówka filmów arturiańskich.

7/10 ze wskazaniem na 8/10

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  When Trumpets Fade (1998) reż. John Irvin (HBO) Spoilerowo 1 231 10-11-2025, 23:46
Ostatni post: Paszczak
  Oni żyją (1988) reż. John Carpenter Scheckley 7 655 21-08-2025, 15:12
Ostatni post: Scheckley
  Out For Justice (reż. John Flynn) Mental 48 14,478 24-07-2024, 12:32
Ostatni post: Bucho
  Seconds (1966, reż. John Frankenheimer) Derelict Machine 2 790 17-11-2023, 11:59
Ostatni post: Corn
  The Breakfast Club (1985) reż. John Hughes SonnyCrockett 50 14,129 07-06-2023, 11:50
Ostatni post: Gieferg
  Assault On Precinct 13 (1976) reż. John Carpenter wujo444 11 4,673 20-03-2023, 16:55
Ostatni post: shamar
  Triple 9 (2016) reż. John Hillcoat Mental 81 22,554 04-02-2023, 18:41
Ostatni post: Dr Strangelove
  Alone (2020) reż. John Hyams nawrocki 17 4,010 18-09-2022, 20:48
Ostatni post: Debryk
  Being John Malkovich / Być jak John Malkovich Gieferg 4 2,511 21-02-2022, 15:17
Ostatni post: Doppelganger
  The Highwaymen (reż. John Lee Hancock) Mental 11 3,327 06-02-2021, 23:36
Ostatni post: Debryk



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości