http://i.imgur.com/jDSEa0k.jpg?1 (tagi nie działają)
Młody Flora chce iść na wojnę. Matka jest temu przeciwna, ale młody Flora jest zajadły. Panowie z karabinami przychodzą po młodego Florę. Młody Flora dołącza do białoruskiej partyzantki. To już 20-sta minuta filmu, a młody Flora czyści kocioł. Młody Flora zostaje z dziewczyną. To już 30-sta minuta filmu, a ja zastanawiam się, czy Elem Klimov to pseudonim Davida Lyncha. Nie, to jednak nie Lynch, ale jest psychodela. Młody Flora z towarzyszką podróży przeżywają ostrzał artyleryjski. Młody Flora jest zszkokowany (i lekko ogłuszony). Młody Flora wraca z kobitką do rodzinnej wioski. Młody Flora przeprawia się z kobitką przez bagno. Trwa to 5 minut. Jest psychodela. Młody Flora wariuje. Młody Flora trafia na oddział partyzantów. Młody Flora dostaje pierdolca. Jest psychodela. Młody Flora biegnie z krową przez 3 minuty.
,,,
Długo zabierałem się do tego filmu. Nie wiem, czy to była kwestia braku czasu, ochoty czy jakiegoś podskórnego uczucia (obawy?) mówiącego mniej więcej "nie oglądaj tego filmu". Bo to ponoć jeden z najmocniejszych obrazów wojny, ludzkiej znieczulicy i wszechobecnego zezwierzęcenia. No, trochę tak.
Klimov postawił na naturalizm i Idi i smotri to rzeczywiście brudny i cuchnący zgnilizną portret (nasz rodzimy Dom Zły przy całym swoim syfie wypada przy nim relatywnie "ładnie") wojny z punktu widzenia białoruskiego chłopca. Klimat jest - podobały mi się częste zbliżenia na twarze (bohaterowie w zasadzie patrzą sie w kamerę i wypowiadają kwestie) i muzyka chóralna jako składowa w budowaniu "tego"" świata i podkreślaniu "tych" wydarzeń. Podobało mi sie to przez jakieś 40 minut.
To jest właśnie mój główny (i w sumie jedyny) kłopot z tym filmem. To, że wojna jest zła (wybaczcie banalność stwierdzenia) powszechnie wiadomo. To, co robi z ludzkim umysłem można sobie wyobrazić. "Idi i smotri" pokazuje to świetnie (dodajcie do tego fakt, że film zrobili Rosjanie słynący z naturalistycznego podejścia do sprawy), takoż oddziaływuje ostro na psychikę. Ja natomiast pytam - po co to? Po co przez dwie godziny z okładem pokazywać w taki sposób wojnę? Wydarzeń nie ma tu za wiele - wrzuca się chłopaka w wir wojny, rozrzuca po kilku miejscówkach, pokazuje rzeź ludności, funduje mu dożywotni brainfuck. Szkoda, że gdzieś tak przed połową filmu nic mnie to już nie obchodzi. Bo wiem, że lepiej nie będzie, wiem, że młody Flora będzie miał przejebane, wiem, że happy endu nie uświadczę. Filmu nie oceniam, bo to ciężkie zadanie. Generalnie poniżej oczekiwań, ale czy to jest zły film? Nie. Czy niepotrzebny? Może tak, może nie. Na pewno nie dla mnie. Wolę już taki Gruz 200, który prócz ludzkiego skurwysyństwa (i bardzo, bardzo czarnego humoru) ma do zaoferowania jakąś historię.
Bardzo chętnie zaznajomię się z opiniami opozycyjnymi w stosunku do mojej. Ewentualną zjebkę i/lub stek wyzwisk przyjmę na klatę.
Młody Flora chce iść na wojnę. Matka jest temu przeciwna, ale młody Flora jest zajadły. Panowie z karabinami przychodzą po młodego Florę. Młody Flora dołącza do białoruskiej partyzantki. To już 20-sta minuta filmu, a młody Flora czyści kocioł. Młody Flora zostaje z dziewczyną. To już 30-sta minuta filmu, a ja zastanawiam się, czy Elem Klimov to pseudonim Davida Lyncha. Nie, to jednak nie Lynch, ale jest psychodela. Młody Flora z towarzyszką podróży przeżywają ostrzał artyleryjski. Młody Flora jest zszkokowany (i lekko ogłuszony). Młody Flora wraca z kobitką do rodzinnej wioski. Młody Flora przeprawia się z kobitką przez bagno. Trwa to 5 minut. Jest psychodela. Młody Flora wariuje. Młody Flora trafia na oddział partyzantów. Młody Flora dostaje pierdolca. Jest psychodela. Młody Flora biegnie z krową przez 3 minuty.
,,,
Długo zabierałem się do tego filmu. Nie wiem, czy to była kwestia braku czasu, ochoty czy jakiegoś podskórnego uczucia (obawy?) mówiącego mniej więcej "nie oglądaj tego filmu". Bo to ponoć jeden z najmocniejszych obrazów wojny, ludzkiej znieczulicy i wszechobecnego zezwierzęcenia. No, trochę tak.
Klimov postawił na naturalizm i Idi i smotri to rzeczywiście brudny i cuchnący zgnilizną portret (nasz rodzimy Dom Zły przy całym swoim syfie wypada przy nim relatywnie "ładnie") wojny z punktu widzenia białoruskiego chłopca. Klimat jest - podobały mi się częste zbliżenia na twarze (bohaterowie w zasadzie patrzą sie w kamerę i wypowiadają kwestie) i muzyka chóralna jako składowa w budowaniu "tego"" świata i podkreślaniu "tych" wydarzeń. Podobało mi sie to przez jakieś 40 minut.
To jest właśnie mój główny (i w sumie jedyny) kłopot z tym filmem. To, że wojna jest zła (wybaczcie banalność stwierdzenia) powszechnie wiadomo. To, co robi z ludzkim umysłem można sobie wyobrazić. "Idi i smotri" pokazuje to świetnie (dodajcie do tego fakt, że film zrobili Rosjanie słynący z naturalistycznego podejścia do sprawy), takoż oddziaływuje ostro na psychikę. Ja natomiast pytam - po co to? Po co przez dwie godziny z okładem pokazywać w taki sposób wojnę? Wydarzeń nie ma tu za wiele - wrzuca się chłopaka w wir wojny, rozrzuca po kilku miejscówkach, pokazuje rzeź ludności, funduje mu dożywotni brainfuck. Szkoda, że gdzieś tak przed połową filmu nic mnie to już nie obchodzi. Bo wiem, że lepiej nie będzie, wiem, że młody Flora będzie miał przejebane, wiem, że happy endu nie uświadczę. Filmu nie oceniam, bo to ciężkie zadanie. Generalnie poniżej oczekiwań, ale czy to jest zły film? Nie. Czy niepotrzebny? Może tak, może nie. Na pewno nie dla mnie. Wolę już taki Gruz 200, który prócz ludzkiego skurwysyństwa (i bardzo, bardzo czarnego humoru) ma do zaoferowania jakąś historię.
Bardzo chętnie zaznajomię się z opiniami opozycyjnymi w stosunku do mojej. Ewentualną zjebkę i/lub stek wyzwisk przyjmę na klatę.
20-08-2015, 17:11 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20-08-2015, 17:19 przez Norton.)
![[Obrazek: 2wfr1vo.jpg]](http://i58.tinypic.com/2wfr1vo.jpg)





