Waking Life
#1
przeniesione z tematu o "Before sunset/sunrise"

Mało znany, to na pewno. Obejrzałem już ze 20 razy, zacząłem trochę poprawiać dostępne w necie tłumaczenie (miejscami są byki wykrzywiające całkiem sens wypowiedzi, a w tym filmie to niezwykle istotne). No to chyba wystarcza by stwierdzić, czy lubię ;)

Pokazałem żonie, oto jej wrażenia: http://breathing.pl/?p=160

Ja też coś kiedyś próbowałem naskrobać, ale ostatecznie nigdzie tego nie opublikowałem. No to niech będzie tu :)

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to zastosowana przez twórców filmu technika. Połączenie klasycznego obrazu z animacją dało piorunujący efekt. Pozwoliło pozostawić wrażenie realności, a zarazem wprowadzić umowność, abstrakcję i surrealizm. W połączeniu z ciekawą ścieżką dźwiękową sprawia to, że "Waking life" stanowi nową jakość od strony formalnej. A forma jest tu wszakże jedynie tłem dla treści.

Treść najlepiej opisze Adaś Miauczyński: "... to o tyle trudne, że film nie ma klasycznej akcji. Coś w rodzaju snu na jawie!". Główny bohater (którego imienia nie poznajemy) przyjeżdża do jakiegoś miasta, a następnie spotyka się po kolei z szeregiem osób. Kolejne epizody są powiązane właściwie tylko osobą bohatera (postać tą gra Wiley Wiggins, więc tak ją będę dla ułatwienia nazywał) i właściwie mogłyby być ułożone w innej kolejności.

Film można odbierać na trzech (a może więcej?) poziomach. Na pierwszym poziomie umieściłbym treści rozmów (czy raczej monologów), w których Wiggins bierze czynny lub bierny udział. Mam wrażenie, że reżyser Richard Linklater włożył w usta swoich bohaterów własne przemyślenia na temat nurtujących go zagadnień. Umowna forma byłaby tu pretekstem do przekazania owych treści. Czego tu nie ma - usłyszymy rozmowy o ewolucji, wolnej woli, języku, stosunkach społecznych, poezji, buncie, filmie... Twórcy stosujący taką technikę nader często wpadają w pułapkę "przeintelektualizowania" i przegadania filmu (czy książki), w efekcie czego przekazywane treści stają się oderwanym od rzeczywistości bełkotem. Jeszcze częściej zdarza się przegięcie w drugą stronę, co jest nawet gorsze - z powodu braku dostatecznej wiedzy tyrady bohaterów są pełne pseudointelektualnych i pseudonaukowych zwrotów, jednak roi się w nich od nieścisłości i nonsensów. Jak się pewnie domyślacie, Linklater w żadną z tych pułapek nie wpadł - wygłaszane w filmie monologi są merytorycznie poprawne, a formalnie interesujące. Co więcej, są również odkrywcze - nie jest to sterta truizmów, które każdy słyszał po wiele razy. Kilka z nich zakończonych jest efektowną puentą, która mocno wbija się w pamięć i powoduje, że cała wypowiedź nabiera nowego sensu. Można mieć pretensje do Linklatera, że niektóre wygłaszane kwestie są wtórne - większość z nich została już opublikowana w filozoficznych i naukowych książkach - ale uważam, że nawet jeśli tak jest, to nie ujmuje to niczego "Waking Life". Film może stanowić zgrabny "bryk" dla ludzi słabiej oczytanych; jednak bryk w sensie pozytywnym - bo stawia pytania, a nie daje jednoznacznych odpowiedzi. Skłania do myślenia i poszukiwań. Chęć sięgnięcia do źródeł literackich jest po obejrzeniu tego filmu niesamowicie silna.

Jak już napisałem, forma i fabuła filmu może być przykrywą dla treści przekazywanych przez Linklatera na pierwszym poziomie odbioru. Tu jednakże fabuła stanowi drugi poziom, który wprowadza widza w zagadnienia snu świadomego (z angielskiego LD - Lucid Dream). Jako że wszystkiego na ten temat nie da się przekazać między wierszami, Wiggins usłyszy od jednego ze swych rozmówców całkiem długi wykład z dziedziny LD. Ten poziom zainteresował mnie osobiście tym bardziej, że swego czasu trenowałem techniki LD i miałem w tej materii nawet pewne małe sukcesy. Pierwsze, co zrobiłem po obejrzeniu filmu, to zaplanowałem na noc tzw. "test rzeczywistości". Chodzi o to, aby spróbować wykonać jakąś czynność, która jest niemożliwa w rzeczywistości a możliwa we śnie, lub też na odwrót. Po wyrobieniu sobie nawyku robienia testów rzeczywistości na jawie człowiek w końcu zaczyna je robić także we śnie - a to pierwszy krok do uświadomienia sobie, że się śni. Ja w noc po "Waking Life" zrobiłem we śnie test rzeczywistości i... udał się. Nie zorientowałem się, że śpię. Trenuję jednak nadal. Zainteresowanych odsyłam do Internetu, np. http://odmienne.spojrzenie.com/ (przy czym zaznaczam, iż nie podpisuję się pod zamieszczonymi tam artykułami z innych działów, jak np. "Poza fizycznym ciałem").

Trzeci poziom filmu to już tzw. "problem egzystencjalny". Wnioskując ze strzępów monologów, z rozwoju fabuły i informacji trafiających do Wigginsa, sądzę, iż Linklater ma coś jeszcze do powiedzenia. Jest to pytanie (lub delikatna sugestia), pozbawione może sensu praktycznego (bo nie można na nie odpowiedzieć), ale skłaniające do chwili zadumy i mogące zaprzeć na moment dech w piersiach. Nie napiszę, jakie to pytanie, bo każdy może "usłyszeć" je w innym kształcie. Dla tych zaś, którzy usłyszą je tak samo jak ja, byłby to spojler. ;)

Film powstał w roku 2001, lecz o ile mi wiadomo nie trafił jeszcze do Polski. Czyżby nikt z obozu Gutek Film lub Solopan nie widział "Waking Life"?
fb.com/bart.poznaniak

Odpowiedz
#2
Cytat z krótkiej piłki mojego autorstwa:

Waking Life - ale dziwny film. Spodziewałem się typowych Linklaterowskich nawijek, umieszczonych - dla odmiany - w senno - schizowych klimatach, otrzymałem zbiór felietonów dubbingowanych chyba przez wszystkich możliwych kumpli reżysera (nawet Soderbergh się pojawia). Widać że facet kręcił to właściwie tylko dla siebie. Nie powiem, to całe filozofowanie często nawet interesujące jest, udało się uchwycić specyficzny senny klimat (czy lataliście kiedyś we śnie?), ale takiej np. fabuły brak; główny bohater chodzi sobie po prostu od jednej gadającej głowy do drugiej. Wrażenia jak na serii wykładów, ale za to wizual i muzyka rewelacyjne. Tym niemniej film tylko dla fanów eksperymentów lub praktyków świadomego śnienia. Pozostali wymiękną po pięciu minutach.

5/10


Ocena to minimum obiektywizmu z mojej strony; Waking Life podobało mi się bardzo, ale nie jestem do końca pewien, czy dzieło Linklatera można potraktować jako film. to po prostu poglądy reżysera na sprawy nasze doczesne (acz nie tylko), umieszczone w takim medium, w jakim facet czuł się najpewiej. jako że z wiekszością teorii forsowanych w jego filmach się zgadzam, WL dostarczyło mi całkiem sporo tzw. bodźców intelektualnych. Polecam również sprawdzić, kim są poszczególne osoby podkładające głosy. A włączyłem to w zasadzie tylko ze względu na wzmiankowany epizodzik Delpy i Hawke'a :-)
Why are you firing wallnuts at me?

Odpowiedz
#3
Jarod, po co obiektywizm i 5/10, jeśli film podobał ci się bardzo??

Ja Waking Life nie znoszę, zbyt pretensjonalne, napuszone. O Ważnych Rzeczach w jak najbardziej Wyrafinowanej Formie? Czemu nie, ale akurat to mi nie podeszło. Animacja cudna, przez efekt podrygania (postaci, tła, kolorów) przekręcić się można, ja to kupuję. Poza animacją - moim zdaniem, nie warto. Banał, i to nudny.
DON'T BLINK AND TURN LEFT.

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  After.Life mroziek 16 5,190 28-03-2025, 03:48
Ostatni post: shamar
  Life (2017, reż Daniel Espinosa) Pelivaron 63 17,438 01-06-2024, 02:09
Ostatni post: Mefisto
  Life of Pi (Życie Pi) - reż. Ang Lee desjudi 94 25,432 02-11-2015, 13:15
Ostatni post: shamar
  Tree Of Life Rodia 147 29,978 23-09-2012, 17:32
Ostatni post: Joe Chip
  A Bittersweet Life Mental 3 2,751 07-06-2011, 22:49
Ostatni post: Anielski_Pyl
  My Life In Ruins Anonymous 3 1,829 01-08-2009, 21:56
Ostatni post: Anonymous
  Dan in Real Life Anonymous 1 1,632 07-06-2009, 19:59
Ostatni post: Anonymous



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości