No obejrzałem, bo wszędzie wokół zachwyty i niestety się do nich nie dołączam. Po prostu taka sympatyczna zabawa w Agathę Christie, tyle że grubymi nićmi szyta. Nic, co zasługuje na taką frekwencję w RT czy Oscara za scenariusz, którego tyle osób Johnsonowi życzy.
Rian wyraźnie miał niezły fun tworząc tą historię, ale chyba momentami jego scenopisarskie ego w paru momentach ulegało powiększeniu i na siłę chciał się przypodobać pewnej grupie odbiorców. Z kilka razy uniosłem nawet brwi, ale większość tych żartów sprawiała wrażenie jakby Johnson chciał pozować na takiego Edgara Wrighta. Może to moje puste przekonanie, ale cała ta otoczka pachniała mi jakimś fałszem.
Broni się całkiem przywoicie wykombinowaną intrygą. Zdarzyło się jednak, że z trzykrotnie przewidziałem do czego dany moment poprowadzi. Dla przykładu rozmowa telefoniczna Langford i Armas - To samo z tym listem Plummera do Lee Curtis - Aktorzy? Craig nawet fajnie wyluzowany przed wejściem na plan kolejnego Bonda. Rola Armas polega głównie na uroku osobistym i to nawet działa, Evans sympatycznie szarżuje, z kolei Plummer do takich ról na starość jest stwożony. Ta cała rodzinka walcząca o spadek za to jakoś nie do końca wykorzystana. Shannon, Lee Curtis czy Collette jakby niby coś mieli dużo możliwości do pokazania, a jednak za dużo nie pokazali.
Ocena 6/10, a Johnson przynajmniej do momentu nadrobienia "Bricka" dołącza do osobistego panteonu najbardziej przehajpowanych przez krytykę reżyserów XXI wieku. Mimo wszystko przekonałem się, że to po prostu ten typ twórcy, który lubi trochę widza potrollować i nie ktoś, kto powinien był dostać wolną rękę przy oficjalnym epizodzie tak wielkiej i poważnie przez fandom traktowanej marki jak SW.
Rian wyraźnie miał niezły fun tworząc tą historię, ale chyba momentami jego scenopisarskie ego w paru momentach ulegało powiększeniu i na siłę chciał się przypodobać pewnej grupie odbiorców. Z kilka razy uniosłem nawet brwi, ale większość tych żartów sprawiała wrażenie jakby Johnson chciał pozować na takiego Edgara Wrighta. Może to moje puste przekonanie, ale cała ta otoczka pachniała mi jakimś fałszem.
Broni się całkiem przywoicie wykombinowaną intrygą. Zdarzyło się jednak, że z trzykrotnie przewidziałem do czego dany moment poprowadzi. Dla przykładu rozmowa telefoniczna Langford i Armas - To samo z tym listem Plummera do Lee Curtis - Aktorzy? Craig nawet fajnie wyluzowany przed wejściem na plan kolejnego Bonda. Rola Armas polega głównie na uroku osobistym i to nawet działa, Evans sympatycznie szarżuje, z kolei Plummer do takich ról na starość jest stwożony. Ta cała rodzinka walcząca o spadek za to jakoś nie do końca wykorzystana. Shannon, Lee Curtis czy Collette jakby niby coś mieli dużo możliwości do pokazania, a jednak za dużo nie pokazali.
Ocena 6/10, a Johnson przynajmniej do momentu nadrobienia "Bricka" dołącza do osobistego panteonu najbardziej przehajpowanych przez krytykę reżyserów XXI wieku. Mimo wszystko przekonałem się, że to po prostu ten typ twórcy, który lubi trochę widza potrollować i nie ktoś, kto powinien był dostać wolną rękę przy oficjalnym epizodzie tak wielkiej i poważnie przez fandom traktowanej marki jak SW.
07-12-2019, 12:58 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13-02-2020, 18:11 przez Kryst_007.)
Spoiler




