Obejrzane, dzięki temu wątkowi oczywiście. 8/10, jak na kompletnie nieznaną ekipę to dzieło wybitne - zdjęcia, realizm inscenizacji, muzyka (myślałem że to Cave), charakteryzacja chyba też - piękne, ze szlachetną surowością, umiarem i wyczuciem zrobione. Widok Dorffa mnie zaskoczył, bo ostatnie co z nim widziałem to "Backbeat" prawie trzy dekady temu. Ale piszę w sumie z powodu Nelsona - Holy Fuckin' Christ, dawno nie widziałem roli tak zionącej autentyzmem. Sceną na werandzie, kiedy stoi bokiem do bandy, podniósł mnie z kanapy. Jak on stoi! ;-) No po prostu stoi jak chłopu na weselu. A nie lubiłem gościa, u Coenów bardzo mnie irytował. Tak jak pisaliście, spokojnie na nomkę do Oscara nawet z opcją faworyta, tylko to nie te czasy. Koncertowo zbudowana postac i wpasowana w surową konwencję.
Ale porownania z "Unforgiven" jednak są wyrost, bo film Eastwooda ma szekspirowski ciężar wybitnego scenariusza, dającą się wyczuć głębię włożoną przez samego Eastwooda (dumał nad tym filmem 10 lat i to się czuje) i pozafilmowy kontekst, w którym za rolą Clinta stoi cały jego dorobek i wizerunek, ktorego "Unforgiven" jest autorską rewizją. No ale to nie wina twórców "Henry'ego".
Swoją drogą jakby Henry'ego zagrał Kris Kristoffersson (86 l.), to byłby też niezły numer na dokładkę :-)
Ale porownania z "Unforgiven" jednak są wyrost, bo film Eastwooda ma szekspirowski ciężar wybitnego scenariusza, dającą się wyczuć głębię włożoną przez samego Eastwooda (dumał nad tym filmem 10 lat i to się czuje) i pozafilmowy kontekst, w którym za rolą Clinta stoi cały jego dorobek i wizerunek, ktorego "Unforgiven" jest autorską rewizją. No ale to nie wina twórców "Henry'ego".
Swoją drogą jakby Henry'ego zagrał Kris Kristoffersson (86 l.), to byłby też niezły numer na dokładkę :-)
01-09-2022, 00:04 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01-09-2022, 00:08 przez Bibliomisiek.)





