Jak krótko można opisać moje wrażenia po seansie "Black Swan"? Szału nie ma.
Aronofsky siadł i wymyślił, że będą dwie warstwy- rzeczywistość i psychodeliczne wizje, które będą się przeplatać i tworzyć dla bohaterki jeden świat. W świecie realnym bohaterka musi zerwać z niewinnością, poznać swoją wyuzdaną część osobowości (przez nocne imprezy, masturbację i ogólnie odkrywanie seksualności- Hell Yeah! Włdze kościelne będzą zachwycone takim podejściem do tematu... sztampa i najlżejsza linia oporu), aby tchnąć w swoją rolę prawdziwe emocje.
No i tutaj okazuje się, że prawdziwe życie bohaterki jest paralelą sztuki "Jezioro łabędzi". Niewinna baletnica to oczywiście biały łabędź, nieskalany, piękny, skromny, nieodporny na brutalność tego świata, której personifikacją jest niejako jej trener. Jednak w poszukiwaniu namiętności, którą będzie mogła przelać w rolę, odkrywa czarnego łabędzia, będącego mroczną częścią jej osobowości (czyli tak jak w sztuce, gdzie grany jest on przez tę samo osobę). Swoje skrywane pragnienia uosabia w postaciach z jej otoczenia- bunt przeciwko bezgranicznemu poświęceniu w byłej baletnicy Beth, seksualne fantazje w koleżance z pracy itd. Jednak wszystko to oblane jest sosem dosłowności, reżyser palcem pokazuje sceny i niemal krzyczy z ekranu "Symbolika! Symbolika!".
W końcu docieramy do finału. Bohaterka osiąga sukces, jej występ staje się perfekcyjny, wszyscy są zachwyceni, ale okazuje się, że ceną za jego osiągnięcie była największa ofiara. Brzmi banalnie? I tak jest. W tym momencie można przeprowadzić ostateczną analizę symboliki filmu, która będzie przypominać licealną rozprawkę (i chyba na to liczył reżyser):
Bohaterka w sztuce gra rolę księżniczki zaklętej w białego łabędzia oraz jej konkurentki- czarnego łabędzia, z którą walczy o względy księcia, o pocałunek, który zdejmie czar. Finalnie książę wybiera czarnego- zwycięża cielesność, seksualność, a biały łabędź rzuca się ze skały, gdyż nic więcej mu nie pozostaje. Fabuła filmu Darena to parafraza tej historii- Nina jest niczym łabędź zaklęty w ciele człowieka, jej księciem jest trener baletu, którego uwieść pragnie cielesna, seksualna część bohaterki. Im bardziej "mroczna" część jej osobowości przejmuje kontrolę nad Niną, tym jej występ staje się doskonalszy. Kulminacją jest uwiedzenie księcia, przez czarnego łabędzia- pocałunek, który Nina składa na ustach trenera. Ujawnia się dualizm historii. Nina staje się łabędziem (co Daren A. pokazał dosłownie), zostaje odczarowana, ale okazuje się być czarnym łabędziem, a nie białym- niewinność umiera, a z nią bohaterka. Krytycy zachwyceni, ja mniej.
Nie można się nie zgodzić, że historia skrojona jest pod symbolikę, prosta i nie pozostawiająca zbyt wiele pola dla wyobraźni, nie mająca zbyt wielu niedopowiedzeń. Trudno powiedzieć, czy taki był zamysł reżysera, by fabułę cechowała wręcz klasyczna prostota, gdzie wszystko jest symbolem. Do głowy przychodzi mi rodzime Wesele, gdzie mamy właśnie taką dosłowną Symbolikę z niespodziewanymi gośćmi, a także Szekspirowski Makbet- może Aronofsky chciał złożyć hołd tego typu sztuce. Możliwe jest również, że w pogoni za głębią, gdzieś się zgubił i powstała historyjka niczym niezaskakująca widza.
W imię przyzwoitości wypadałoby napisać coś o niekwestionowanych zaletach i wadach filmu.
Do pierwszych na pewno zaliczyć można aktorstwo: Natalie Portman dała po prostu niesamowity popis swoich umiejętności. Dawno nie widziałem tak naturalnej sceny radości, jak ta, gdy Nina ukrywa się w toalecie, by podzielić się z matką informacją o otrzymaniu głównej roli. Obok Portman bardzo dobrze wypada również Mila Kunis będąca przeciwieństwem czystości Niny. Jednakże postać ta nie jest banalna- zamiast złej, zepsutej wiedźmy, otrzymujemy pogodną, ale i "szaloną" dziewczynę czerpiącą z życia garściami. Kunis w tej roli czuje się bardzo swobodnie i naturalnie wypada na ekranie. Na uznanie zasługuje również muzyka, która w bardzo emocjonalny sposób podkreśla kadry- jest to wyraźny ukłon w stronę baletu, w którym właśnie muzyka w dużej mierze opowiada widzowi o emocjach bohaterów.
Film ma również niestety wady. Największa jest wspomniana wcześniej dosłowność- Aronofsky wpycha wszędzie efekty specjalne mające na celu ukazać obłęd Niny. Z początku jest to subtelne, jednak z biegiem czasu staje się nachalne i jest niczym paluch Darena wskazujący do znudzenia "głębię i symbolikę". Drażniące jest również użycie kamer cyfrowych, które atakują widza brzydkim, cyfrowym szumem w ciemnych scenach (kolorowe plamy, zamiast o wiele bardziej strawnego analogowego ziarna), co ewidentnie wpływa na odbiór materiału.
Ogólnie "Black Swan" można opisać słowami "bez szału" czyli jakieś 7/10. Można sie zastanowić, czemu Aronofsky nie poszedł na całość, nie zrezygnował z dosłowności, efektów specjalnych, czemu nie starał się stworzyć historii bardziej intrygującej, pozostawiającej więcej niedopowiedzeń. Czemu nie zrobił czegoś na miarę drugiego Mechanika lub Mulholland Drive. Może nie umiał... A może dobrze przekalkulował i stworzył film dla wszystkich (a szczególnie dla krytyków), co wyraźnie widać po liczbie zdobytych już nagród. W przypadku Mechanika (El Maquinista) było pod tym względem bardzo skromnie, a dla Mulholland Drive skończyło się głównie na nominacjach.
Aronofsky siadł i wymyślił, że będą dwie warstwy- rzeczywistość i psychodeliczne wizje, które będą się przeplatać i tworzyć dla bohaterki jeden świat. W świecie realnym bohaterka musi zerwać z niewinnością, poznać swoją wyuzdaną część osobowości (przez nocne imprezy, masturbację i ogólnie odkrywanie seksualności- Hell Yeah! Włdze kościelne będzą zachwycone takim podejściem do tematu... sztampa i najlżejsza linia oporu), aby tchnąć w swoją rolę prawdziwe emocje.
No i tutaj okazuje się, że prawdziwe życie bohaterki jest paralelą sztuki "Jezioro łabędzi". Niewinna baletnica to oczywiście biały łabędź, nieskalany, piękny, skromny, nieodporny na brutalność tego świata, której personifikacją jest niejako jej trener. Jednak w poszukiwaniu namiętności, którą będzie mogła przelać w rolę, odkrywa czarnego łabędzia, będącego mroczną częścią jej osobowości (czyli tak jak w sztuce, gdzie grany jest on przez tę samo osobę). Swoje skrywane pragnienia uosabia w postaciach z jej otoczenia- bunt przeciwko bezgranicznemu poświęceniu w byłej baletnicy Beth, seksualne fantazje w koleżance z pracy itd. Jednak wszystko to oblane jest sosem dosłowności, reżyser palcem pokazuje sceny i niemal krzyczy z ekranu "Symbolika! Symbolika!".
W końcu docieramy do finału. Bohaterka osiąga sukces, jej występ staje się perfekcyjny, wszyscy są zachwyceni, ale okazuje się, że ceną za jego osiągnięcie była największa ofiara. Brzmi banalnie? I tak jest. W tym momencie można przeprowadzić ostateczną analizę symboliki filmu, która będzie przypominać licealną rozprawkę (i chyba na to liczył reżyser):
Bohaterka w sztuce gra rolę księżniczki zaklętej w białego łabędzia oraz jej konkurentki- czarnego łabędzia, z którą walczy o względy księcia, o pocałunek, który zdejmie czar. Finalnie książę wybiera czarnego- zwycięża cielesność, seksualność, a biały łabędź rzuca się ze skały, gdyż nic więcej mu nie pozostaje. Fabuła filmu Darena to parafraza tej historii- Nina jest niczym łabędź zaklęty w ciele człowieka, jej księciem jest trener baletu, którego uwieść pragnie cielesna, seksualna część bohaterki. Im bardziej "mroczna" część jej osobowości przejmuje kontrolę nad Niną, tym jej występ staje się doskonalszy. Kulminacją jest uwiedzenie księcia, przez czarnego łabędzia- pocałunek, który Nina składa na ustach trenera. Ujawnia się dualizm historii. Nina staje się łabędziem (co Daren A. pokazał dosłownie), zostaje odczarowana, ale okazuje się być czarnym łabędziem, a nie białym- niewinność umiera, a z nią bohaterka. Krytycy zachwyceni, ja mniej.
Nie można się nie zgodzić, że historia skrojona jest pod symbolikę, prosta i nie pozostawiająca zbyt wiele pola dla wyobraźni, nie mająca zbyt wielu niedopowiedzeń. Trudno powiedzieć, czy taki był zamysł reżysera, by fabułę cechowała wręcz klasyczna prostota, gdzie wszystko jest symbolem. Do głowy przychodzi mi rodzime Wesele, gdzie mamy właśnie taką dosłowną Symbolikę z niespodziewanymi gośćmi, a także Szekspirowski Makbet- może Aronofsky chciał złożyć hołd tego typu sztuce. Możliwe jest również, że w pogoni za głębią, gdzieś się zgubił i powstała historyjka niczym niezaskakująca widza.
W imię przyzwoitości wypadałoby napisać coś o niekwestionowanych zaletach i wadach filmu.
Do pierwszych na pewno zaliczyć można aktorstwo: Natalie Portman dała po prostu niesamowity popis swoich umiejętności. Dawno nie widziałem tak naturalnej sceny radości, jak ta, gdy Nina ukrywa się w toalecie, by podzielić się z matką informacją o otrzymaniu głównej roli. Obok Portman bardzo dobrze wypada również Mila Kunis będąca przeciwieństwem czystości Niny. Jednakże postać ta nie jest banalna- zamiast złej, zepsutej wiedźmy, otrzymujemy pogodną, ale i "szaloną" dziewczynę czerpiącą z życia garściami. Kunis w tej roli czuje się bardzo swobodnie i naturalnie wypada na ekranie. Na uznanie zasługuje również muzyka, która w bardzo emocjonalny sposób podkreśla kadry- jest to wyraźny ukłon w stronę baletu, w którym właśnie muzyka w dużej mierze opowiada widzowi o emocjach bohaterów.
Film ma również niestety wady. Największa jest wspomniana wcześniej dosłowność- Aronofsky wpycha wszędzie efekty specjalne mające na celu ukazać obłęd Niny. Z początku jest to subtelne, jednak z biegiem czasu staje się nachalne i jest niczym paluch Darena wskazujący do znudzenia "głębię i symbolikę". Drażniące jest również użycie kamer cyfrowych, które atakują widza brzydkim, cyfrowym szumem w ciemnych scenach (kolorowe plamy, zamiast o wiele bardziej strawnego analogowego ziarna), co ewidentnie wpływa na odbiór materiału.
Ogólnie "Black Swan" można opisać słowami "bez szału" czyli jakieś 7/10. Można sie zastanowić, czemu Aronofsky nie poszedł na całość, nie zrezygnował z dosłowności, efektów specjalnych, czemu nie starał się stworzyć historii bardziej intrygującej, pozostawiającej więcej niedopowiedzeń. Czemu nie zrobił czegoś na miarę drugiego Mechanika lub Mulholland Drive. Może nie umiał... A może dobrze przekalkulował i stworzył film dla wszystkich (a szczególnie dla krytyków), co wyraźnie widać po liczbie zdobytych już nagród. W przypadku Mechanika (El Maquinista) było pod tym względem bardzo skromnie, a dla Mulholland Drive skończyło się głównie na nominacjach.
08-02-2011, 13:04






