Widząc pierwsze doniesienia o tym filmie, bardzo się na niego napaliłem. Ba, sam założyłem ten temat i regularnie pisałem o zapowiedziach itd.
I aby lepiej być przygotowany oglądnąłem debiut Panosa Cosmatosa "Beyond the Black Rainbow" i wtedy zapaliła mi się pierwsza lampka ostrzegawcza. Gdyż jak napisałem w swojej recenzji "Beyond the Black Rainbow" to gigantyczny przerost formy nad treścią. Ale dalej miałem nadzieję, że może przy "Mandy" Cosmatos się wyrobi i niestety się nie wyrobił :( "Mandy" powtarza wszystkie te same błędy co "Beyond The Black Rainbow", znowu mamy wielki przerost formy nad treścią. I w sumie też dalej nie do końca wiem, co chciał Cosmatos opowiedzieć? Chyba jedynie narkotyczny fazę, gdyż ani to horror, ani to grindhouse, ani prawdziwe kino zemsty.
Wiadomo można chwalić stronę wizualna, ale z czasem robiła się dla mnie zbyt nachalna. I miejscami było to dla mnie na granicy, czy też niejednokrotnie przekroczono reżyserską i operatorską masturbację. Tym bardziej, że mamy te wystylizowane zdjęcie, które w sumie nic nie dają. Mamy świetne ujęcie, ze świetnym podkładem jak Cage przygotowuje swoją broń. Świetna mocarna scena, ale w ostateczności nie robi z niej prawie żadnego użytku, poza jednym rzutem. Nawet walka na piły mechaniczne zapowiadała się w trailerze lepiej.
A tak wszystkich przeciwników Cage eliminuje bez większych problemów. Nawet świetnie się zapowiadający gang motocyklowych Cenobites w ostateczności i przy wyjawieniu tajemnicy wypada dość średnio.
I tak najmocniejszym elementem jest muzyka świętej pamięci Jóhanna Jóhannssona. Nie jest ona łatwa, ale w obrazie spisuje się naprawdę dobrze, tworzy odpowiedni klimat. Plus mamy takie piękne perełki jak "Mandy Love Theme" i "Children of the New Dawn".
Muzyka klasa, ale już sam film niestety nie i jeden z większych filmowych zawodów tego roku i nie mam ochoty już do niego wracać, tylko do soundtracku :(
4/10
P.S. Uwielbiam ten utwór, chociaż akurat w samym filmie był dość słabo wykorzystany:
I aby lepiej być przygotowany oglądnąłem debiut Panosa Cosmatosa "Beyond the Black Rainbow" i wtedy zapaliła mi się pierwsza lampka ostrzegawcza. Gdyż jak napisałem w swojej recenzji "Beyond the Black Rainbow" to gigantyczny przerost formy nad treścią. Ale dalej miałem nadzieję, że może przy "Mandy" Cosmatos się wyrobi i niestety się nie wyrobił :( "Mandy" powtarza wszystkie te same błędy co "Beyond The Black Rainbow", znowu mamy wielki przerost formy nad treścią. I w sumie też dalej nie do końca wiem, co chciał Cosmatos opowiedzieć? Chyba jedynie narkotyczny fazę, gdyż ani to horror, ani to grindhouse, ani prawdziwe kino zemsty.
Wiadomo można chwalić stronę wizualna, ale z czasem robiła się dla mnie zbyt nachalna. I miejscami było to dla mnie na granicy, czy też niejednokrotnie przekroczono reżyserską i operatorską masturbację. Tym bardziej, że mamy te wystylizowane zdjęcie, które w sumie nic nie dają. Mamy świetne ujęcie, ze świetnym podkładem jak Cage przygotowuje swoją broń. Świetna mocarna scena, ale w ostateczności nie robi z niej prawie żadnego użytku, poza jednym rzutem. Nawet walka na piły mechaniczne zapowiadała się w trailerze lepiej.
A tak wszystkich przeciwników Cage eliminuje bez większych problemów. Nawet świetnie się zapowiadający gang motocyklowych Cenobites w ostateczności i przy wyjawieniu tajemnicy wypada dość średnio.
I tak najmocniejszym elementem jest muzyka świętej pamięci Jóhanna Jóhannssona. Nie jest ona łatwa, ale w obrazie spisuje się naprawdę dobrze, tworzy odpowiedni klimat. Plus mamy takie piękne perełki jak "Mandy Love Theme" i "Children of the New Dawn".
Muzyka klasa, ale już sam film niestety nie i jeden z większych filmowych zawodów tego roku i nie mam ochoty już do niego wracać, tylko do soundtracku :(
4/10
P.S. Uwielbiam ten utwór, chociaż akurat w samym filmie był dość słabo wykorzystany:
10-10-2018, 02:36 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10-10-2018, 02:38 przez Lawrence.)

Spoiler




